18.09.2024, 17:18 ✶
Melodia jej głosu koiła, puls jej serca otulał, a ciepło ciała było najlepszą ucieczką, najlepszym uspokajającym eliksirem. Dłoń niespiesznie mierzwiąca włosy, uścisk, za którym tęsknił, o którym śnił. Umęczony wczorajszym dniem, umęczony nocą, teraz chłonął jej słowa jak gąbka, wierząc we wszystko co mu powie, powierzając jej swoje serce i dostając ciepłą kołdrę spokoju i miłości, których tak bardzo mu brakowało.
– Klątwa. To była jej klątwa. Kiedy ojciec umarł, usłyszałem tylko pisk i łopot skrzydeł. Silne emocje u mnie przywołują rośliny, u niej zaś sprawiały, że przemieniała się w sokoła. To nie była animagia, tylko coś o wiele gorszego. Ten ptak, był inny, większy, groźniejszy. Zmieniała się tak już wcześniej, mówiła że jej dusza nie znosi ludzkiego ciała, więc czasem obrasta piórami. Ja... ja też tak mam, że źle się czuje jako człowiek, ale zawsze mam nad tym kontrolę. Ona nie miała. – opowiadał cicho zasłuchany w nią, głaszcząc miękkie plecy, szeptając prawdy, które dusił przez całe życie.
– Myślałem, że wróci. Wykopałem grób ojcu, trumnę zbiłem mu już wcześniej bo prosił, bo... bo wiedział, że zbliża się jego czas. Zamknąłem jego oczy i wołałem ją wtedy, wołałem długo, ale nie przyleciała. Pewnie dlatego, że mocno śnieżyło, wiesz w grudniu, w grudniu tamtego roku było dużo śniegu. – Umilkł wzdrygając się, choć było mu ciepło. Umilkł przygnieciony wspomnieniem o którym nie chciał pamiętać. – Zamieniłem się po wszystkim w niedźwiedzia, tak jak ona, żeby... żeby nie myśleć przez chwile, żeby uciec przed roślinami. Biegłem długo na najwyższe wzgórze Kniei, gdzie zawsze zostawiam to co mnie boli i... wtedy pomogło. Ale wciąż.... wciąż mnie to boli, gdy do tego wracam – przełknął ślinę i przycisnął ją do siebie mocniej. – Przepraszam, że Ci nie powiedziałem prawdy wtedy. Sądziłem, że tak będzie Ci łatwiej, podróżować, robić kursy, otwierać cukiernie w Paryżu. Że będzie Ci łatwiej beze mnie bo ja... co mogłem Ci wtedy dać, z małą leśniczówką, siennikiem we wspólnej izbie? A teraz no... Gdyby nie Longbottomowie, to że Bee dała mi wybudować ten warsztat przy ich murze... – obiecał że nie będzie mówić o sobie źle, ale miał problem. Myśli kłębiły się, a poczucie, że zmarnował Norze życie znowu wzrosło. Ukrył w niej twarz, by nie widziała jak przekrwione ma oczy, jak cały drży w smutku i gniewie na samego siebie.
– Klątwa. To była jej klątwa. Kiedy ojciec umarł, usłyszałem tylko pisk i łopot skrzydeł. Silne emocje u mnie przywołują rośliny, u niej zaś sprawiały, że przemieniała się w sokoła. To nie była animagia, tylko coś o wiele gorszego. Ten ptak, był inny, większy, groźniejszy. Zmieniała się tak już wcześniej, mówiła że jej dusza nie znosi ludzkiego ciała, więc czasem obrasta piórami. Ja... ja też tak mam, że źle się czuje jako człowiek, ale zawsze mam nad tym kontrolę. Ona nie miała. – opowiadał cicho zasłuchany w nią, głaszcząc miękkie plecy, szeptając prawdy, które dusił przez całe życie.
– Myślałem, że wróci. Wykopałem grób ojcu, trumnę zbiłem mu już wcześniej bo prosił, bo... bo wiedział, że zbliża się jego czas. Zamknąłem jego oczy i wołałem ją wtedy, wołałem długo, ale nie przyleciała. Pewnie dlatego, że mocno śnieżyło, wiesz w grudniu, w grudniu tamtego roku było dużo śniegu. – Umilkł wzdrygając się, choć było mu ciepło. Umilkł przygnieciony wspomnieniem o którym nie chciał pamiętać. – Zamieniłem się po wszystkim w niedźwiedzia, tak jak ona, żeby... żeby nie myśleć przez chwile, żeby uciec przed roślinami. Biegłem długo na najwyższe wzgórze Kniei, gdzie zawsze zostawiam to co mnie boli i... wtedy pomogło. Ale wciąż.... wciąż mnie to boli, gdy do tego wracam – przełknął ślinę i przycisnął ją do siebie mocniej. – Przepraszam, że Ci nie powiedziałem prawdy wtedy. Sądziłem, że tak będzie Ci łatwiej, podróżować, robić kursy, otwierać cukiernie w Paryżu. Że będzie Ci łatwiej beze mnie bo ja... co mogłem Ci wtedy dać, z małą leśniczówką, siennikiem we wspólnej izbie? A teraz no... Gdyby nie Longbottomowie, to że Bee dała mi wybudować ten warsztat przy ich murze... – obiecał że nie będzie mówić o sobie źle, ale miał problem. Myśli kłębiły się, a poczucie, że zmarnował Norze życie znowu wzrosło. Ukrył w niej twarz, by nie widziała jak przekrwione ma oczy, jak cały drży w smutku i gniewie na samego siebie.