18.09.2024, 18:28 ✶
Było coś niewinnego w tych oczach. Coś, co zdążył zauważyć już wcześniej. Coś, co go przyciągnęło, lecz nie w tej dobry sposób, w który powinno. On był niszczycielem - kroczył po gruzach, zostawiając za sobą zniszczenie i popiół. Na wszystkich bogów, nie potrafił nawet utrzymać przy sobie swojej narzeczonej, która przecież podzielała wszystkie jego wizje w stu procentach. Być może właśnie dlatego się z tym pogodził: że już zawsze będzie sam, że każdy kto się do niego zbliży - obróci się w piach. A jednocześnie czuł nieodpartą pokusę, by zbliżać się do tej niewinności i sprawdzać, czy tym razem pod wpływem jego dotyku wszystko runie jak domek z kart.
- Nie wiem - odpowiedział szczerze, zerkając na Charlesa leniwym spojrzeniem. Nie wiedział, bo o tym nie myślał. Czy to był jednorazowy wyskok? Najpewniej tak, chociaż kto wie, może niewinność Mulcibera przyciągnie go znowu. Cholera, nie powinien był dać się ponieść emocjom, bo przecież wszystko mogło się posypać. Jak piasek na plaży, który próbowało się pochwycić, ale przesypywał się przez palce. A przecież miał plan i był on idealny, lecz nie założył tego jednego małego czynnika ludzkiego. Jego samego. Lestrange westchną, mimowolnie przekrzywiając głowę. Musnął czubek głowy Charlesa w uspokajającym geście. - Podejrzewam, że nic?
Zapytał ostrożnie, wpatrując się gdzieś w ścianę ponad jego ciałem.
- Zostawię ci klucze i nie będę cię nachodził. Nie będę w żaden sposób naruszać twojej strefy komfortu, chyba że sam będziesz tego chciał. A dzisiaj... Dzisiaj zanim zamkniesz oczy wypijesz grzecznie eliksir, żeby jutro móc napisać do brata, że macie miejsce do spania. Zbierzesz siły, opracujesz plan i za kilka miesięcy odwdzięczysz mi się, wysyłając mi pudło najpiękniejszych i najskuteczniejszych relaksacyjnych świec, które widział Londyn - czy naprawdę w niego wierzył, czy może po prostu starał się ponownie zaszczepić w Mulciberze jakąś pewność siebie? Być może to drugie, bo na świecach to znał się jak mugol na lataniu. Były świece, miały knot, wypalały się a niektóre z nich pachniały. Ot, cała filozofia według Rodolphusa.
- Nie wiem - odpowiedział szczerze, zerkając na Charlesa leniwym spojrzeniem. Nie wiedział, bo o tym nie myślał. Czy to był jednorazowy wyskok? Najpewniej tak, chociaż kto wie, może niewinność Mulcibera przyciągnie go znowu. Cholera, nie powinien był dać się ponieść emocjom, bo przecież wszystko mogło się posypać. Jak piasek na plaży, który próbowało się pochwycić, ale przesypywał się przez palce. A przecież miał plan i był on idealny, lecz nie założył tego jednego małego czynnika ludzkiego. Jego samego. Lestrange westchną, mimowolnie przekrzywiając głowę. Musnął czubek głowy Charlesa w uspokajającym geście. - Podejrzewam, że nic?
Zapytał ostrożnie, wpatrując się gdzieś w ścianę ponad jego ciałem.
- Zostawię ci klucze i nie będę cię nachodził. Nie będę w żaden sposób naruszać twojej strefy komfortu, chyba że sam będziesz tego chciał. A dzisiaj... Dzisiaj zanim zamkniesz oczy wypijesz grzecznie eliksir, żeby jutro móc napisać do brata, że macie miejsce do spania. Zbierzesz siły, opracujesz plan i za kilka miesięcy odwdzięczysz mi się, wysyłając mi pudło najpiękniejszych i najskuteczniejszych relaksacyjnych świec, które widział Londyn - czy naprawdę w niego wierzył, czy może po prostu starał się ponownie zaszczepić w Mulciberze jakąś pewność siebie? Być może to drugie, bo na świecach to znał się jak mugol na lataniu. Były świece, miały knot, wypalały się a niektóre z nich pachniały. Ot, cała filozofia według Rodolphusa.