18.09.2024, 20:48 ✶
– O której magicznej wodzie mówisz, bo widziałem dwie – powiedział, przecierając dłonią twarz, próbując pobudzić się do życia. Paradoksalnie obie te wody były związane z jakimiś omamami z tym, że jedna pokazała mu miłą perspektywę wyjścia z pracy wcześniej, a druga zafundowała mu koszmar tego lata. Już miał w sumie powiedzieć, że chciał tu zajrzeć tylko na chwilę, ale... Ale śniadanie było w sumie miłą perspektywą, tak jak posiedzenie chwilę na krześle, bo chyba jednak jego nogi jeszcze nie rozbudziły się do końca. Poza tym Millie zaczęła gadać głupoty, więc trzeba było na nie odpowiedzieć. Zwłaszcza, że za cholerę nie rozumiał czemu miałby mówić, że nie był z Brenną, kiedy ten temat nigdy się nie pojawił
– Ale o czym ty w ogóle mó...– Urwał, bo dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że ten temat się jednak pojawił. Co prawda w najgorszym możliwym momencie, ale jednak się pojawił. – A. Przepraszam, że nie miałem czasu tego wyprostować, kiedy zaczęły się omamy — poprawił się, siadając jednak obok Moody, a swoją torbę zawiesił na oparciu krzesła. Zanim jednak dokończył myśl, rzucił Brennie naprawdę przepraszające spojrzenie, bo nie chciał przecież aby znalazła się przez tą pomyłkę w jakiejś niekomfortowej sytuacji. – Byłoby mi jednak niezmiernie miło Millie, gdybyś wysłała mi jakąś rozpiskę, w której dni według ciebie jestem gejem, a w które nie, bo zaczynam się w tym gubić. – Chyba mówił trochę za dużo i bez sensu, ale możliwe że złośliwością i tymi odzywkami próbował odzyskać jakąś równowagę w ich znajomości, zachwianą przez wczorajsze wydarzenia. Było mu głupio. Głupio, że widziała go w takim stanie. Głupio, że nie był w stanie sam sobie pomóc, a jednocześnie czuł olbrzymią wdzięczność za to, że wczoraj tam była, a wszystkie jej przytyki nie dotyczyły tej konkretnej sytuacji.
– Sześć lat – mruknął, nalewając sobie czarną kawę do kubka i od razu wziął łyka. Sześć lat... Brzmiało to zdecydowanie lepiej, zanim powiedział to na głos. Na kolejne słowa Millie i jej pomysł na wspólne wspedzenie czasu jedynie uniósł brwi do góry. Mógł się jej odwdzięczyć za wczoraj tak, że nie będzie tego komentować.
– Nie wiem – zwrócił się ponownie do Brenny, nieco bojąc się zapytać o oczywiste sprawy związane z ich klątwą. – Praca? Jakieś wyjazdy? – Ile lat jeszcze będziemy wpadać na siebie w dziwne daty, bo coraz mniej przestaje mi to przeszkadzać, a to jest niepokojące.
Sięgnął po tosta z miodem, ale gdy tylko zdążył go ugryźć Millie sprawiła, że niemal się zakrztusił.
– Co? – spytał, wciąż przeżuwając kawałek chleba, zerkając przy okazji na Brennę, czy może ona nie rozumiała lepiej o co chodziło ich przyjaciółce, a potem gdy już przełknął kawałek chleba dokończył. – Mięso mi nie smakuje. I jaka znowu religia. Co jest nie tak z boczkiem? Wcześniej jadłaś boczek. – Czasami nie wiedział, czy powinien się o nią martwić, czy też nie, a wtedy zakładał, że lepiej było się po prostu martwić.
– Ale o czym ty w ogóle mó...– Urwał, bo dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że ten temat się jednak pojawił. Co prawda w najgorszym możliwym momencie, ale jednak się pojawił. – A. Przepraszam, że nie miałem czasu tego wyprostować, kiedy zaczęły się omamy — poprawił się, siadając jednak obok Moody, a swoją torbę zawiesił na oparciu krzesła. Zanim jednak dokończył myśl, rzucił Brennie naprawdę przepraszające spojrzenie, bo nie chciał przecież aby znalazła się przez tą pomyłkę w jakiejś niekomfortowej sytuacji. – Byłoby mi jednak niezmiernie miło Millie, gdybyś wysłała mi jakąś rozpiskę, w której dni według ciebie jestem gejem, a w które nie, bo zaczynam się w tym gubić. – Chyba mówił trochę za dużo i bez sensu, ale możliwe że złośliwością i tymi odzywkami próbował odzyskać jakąś równowagę w ich znajomości, zachwianą przez wczorajsze wydarzenia. Było mu głupio. Głupio, że widziała go w takim stanie. Głupio, że nie był w stanie sam sobie pomóc, a jednocześnie czuł olbrzymią wdzięczność za to, że wczoraj tam była, a wszystkie jej przytyki nie dotyczyły tej konkretnej sytuacji.
– Sześć lat – mruknął, nalewając sobie czarną kawę do kubka i od razu wziął łyka. Sześć lat... Brzmiało to zdecydowanie lepiej, zanim powiedział to na głos. Na kolejne słowa Millie i jej pomysł na wspólne wspedzenie czasu jedynie uniósł brwi do góry. Mógł się jej odwdzięczyć za wczoraj tak, że nie będzie tego komentować.
– Nie wiem – zwrócił się ponownie do Brenny, nieco bojąc się zapytać o oczywiste sprawy związane z ich klątwą. – Praca? Jakieś wyjazdy? – Ile lat jeszcze będziemy wpadać na siebie w dziwne daty, bo coraz mniej przestaje mi to przeszkadzać, a to jest niepokojące.
Sięgnął po tosta z miodem, ale gdy tylko zdążył go ugryźć Millie sprawiła, że niemal się zakrztusił.
– Co? – spytał, wciąż przeżuwając kawałek chleba, zerkając przy okazji na Brennę, czy może ona nie rozumiała lepiej o co chodziło ich przyjaciółce, a potem gdy już przełknął kawałek chleba dokończył. – Mięso mi nie smakuje. I jaka znowu religia. Co jest nie tak z boczkiem? Wcześniej jadłaś boczek. – Czasami nie wiedział, czy powinien się o nią martwić, czy też nie, a wtedy zakładał, że lepiej było się po prostu martwić.