19.09.2024, 00:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.09.2024, 00:39 przez Cameron Lupin.)
Robi się coraz dziwniej, stwierdził z niezadowoleniem Cameron, wyczuwając przedziwną pewność siebie przebijającą się między słowami starszego czarodzieja. Pierwsze słyszał, aby jakiekolwiek formy magii, a konkretnie wykwity magii żywiołów mogły jakkolwiek oczekiwać czegokolwiek od istot żywych. Magia zauroczenia czy bóstwa pokroju Pani Księżyca to jedna sprawa, ale... Zaklęte roślinki będące produktem surowej magii? Nie. Po prostu nie.
Na szczęście Samuel nie podzielił się z młodym medykiem swoimi teoriami na temat tego, czego oczekiwała od niego Knieja Godryka i dziedzictwo Greengrassów. Gdyby dane mu było wysłuchać tej przedziwnej opowieści, to chyba zacząłby rozważać wezwanie jakiegoś zespołu ratunkowego z Lecznicy Dusz. Czarodzieje miewali naprawdę różne odchyły, które wynikały z nadmiernego eksperymentowania z określonymi technikami magicznymi, ale pewne sprawy... Pewnie sprawy naprawdę powinny zostać omówione w gabinecie specjalisty.
— Robię, co mogę — oznajmił Lupin, przesuwając różdżką w okolicy miejsca łączącego korzeń z koszulą mężczyzny.
Działanie zaklęcia... Zdziwiło go. Naprawdę oczekiwał, że magia rozproszenia wystarczy, aby oswobodzić przeklętego, a tymczasem czar nie zrobił nawet ryski na strukturze rośliny. Nie poruszyła się. Nie wycofała. Po prostu trwała, jakby prawa magii Rozproszenia w najmniejszym stopniu jej nie dotyczyły. Cameron dotknął czubkiem różdżki fragmentu korzenia pnączy, sprawiając, że w powietrze wzniosły się drobinki błyszczące pyłku.
— Cholera — mruknął pod nosem, próbując cofnąć się gwałtownie.
Na nic się to jednak nie zdało, a gdy tylko pyłek opadł na jego ręce, te zapłonęły żywym ogniem. A przynajmniej było to jedyne określenie, jakie rozbłysło w głowie Camerona, gdy poczuł falę oparzeń prześlizgującą się po wierzchu jego dłoni i przenosząc się do jej wewnętrznej strony, aby zaraz pokryć całą masą pęcherzy i bąbli jego palce. Lupin rzucił się na podłogę, opierając obolałe dłonie o chodnik w nadziei, że chociaż minimalnie zmniejszy to odczuwany ból.
Na szczęście Samuel nie podzielił się z młodym medykiem swoimi teoriami na temat tego, czego oczekiwała od niego Knieja Godryka i dziedzictwo Greengrassów. Gdyby dane mu było wysłuchać tej przedziwnej opowieści, to chyba zacząłby rozważać wezwanie jakiegoś zespołu ratunkowego z Lecznicy Dusz. Czarodzieje miewali naprawdę różne odchyły, które wynikały z nadmiernego eksperymentowania z określonymi technikami magicznymi, ale pewne sprawy... Pewnie sprawy naprawdę powinny zostać omówione w gabinecie specjalisty.
— Robię, co mogę — oznajmił Lupin, przesuwając różdżką w okolicy miejsca łączącego korzeń z koszulą mężczyzny.
Działanie zaklęcia... Zdziwiło go. Naprawdę oczekiwał, że magia rozproszenia wystarczy, aby oswobodzić przeklętego, a tymczasem czar nie zrobił nawet ryski na strukturze rośliny. Nie poruszyła się. Nie wycofała. Po prostu trwała, jakby prawa magii Rozproszenia w najmniejszym stopniu jej nie dotyczyły. Cameron dotknął czubkiem różdżki fragmentu korzenia pnączy, sprawiając, że w powietrze wzniosły się drobinki błyszczące pyłku.
— Cholera — mruknął pod nosem, próbując cofnąć się gwałtownie.
Na nic się to jednak nie zdało, a gdy tylko pyłek opadł na jego ręce, te zapłonęły żywym ogniem. A przynajmniej było to jedyne określenie, jakie rozbłysło w głowie Camerona, gdy poczuł falę oparzeń prześlizgującą się po wierzchu jego dłoni i przenosząc się do jej wewnętrznej strony, aby zaraz pokryć całą masą pęcherzy i bąbli jego palce. Lupin rzucił się na podłogę, opierając obolałe dłonie o chodnik w nadziei, że chociaż minimalnie zmniejszy to odczuwany ból.
(Aktywność Fizyczna) Unik x1
Rzut O 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana