— To prawda, ale myślę, że o to mi chodzi. Będę starał się o posadę szefa Komnaty Przepowiedni. Nowy, dojrzały ja. Może doda mi wrażenia autorytetu — oznajmił, otwierając paczkę z papierosami i wkładając jednego do ust. Wysunął z paczki kolejnego i wyciągnął w stronę Jessiego. Odpalił swojego od różdżki i zaciągnął się. W sierpniu palił wyjątkowo dużo, jakby wywoływał już omeny ogni, które spopielą Anglię i pożarów, które będą trawić ich dusze i ciała. Nie chodziło o samo stanowisko,ale fakt, że chciał trzymać rękę na pulsie odnośnie każdej przepowiedni. Wiedzieć. Wiedzieć. Zamknięty w obsydianowych komnatach władca czasu, który zadecyduje, co się wydarzy.
— Jeden bliźniak zabił drugiego, aby przenieść jego duszę do swojego ciała i go zjadł. Zamierzam później poczytać o tym, bo jestem szczerze zainteresowany sprawą, ale nie mam czasu. W każdym razie, próby czarnomagiczne. — Morpheus zobaczył, że coraz częściej gubi wątek, nie kończy zdań, mylą mu się kolejności zdarzeń. Był tak bardzo zmęczony, ale gdy próbował się wyciszyć, myślał tylko o tym, jak sylaby jego imienia układały się na języku Vakela Dolohova, głosem odmiennym, bo dorosłym, dojrzałym. A w mroku sypialni łatwo było wyobrazić sobie, że wymawia je, jak kiedyś. Longbottomowi zrobiło się niedobrze, żółć podeszła do gardła. Może to kwestia złogów magicznych we dworku.
Tak będzie sobie powtarzał.
I rzeczywiście przestrzeń, gdzieś pod membraną rzeczywistości wygrywała nieczyste nuty rozstrojenia. Jak przez mgłę pozostałości po wypaczonej magii i jej konsekwencje poruszały się, niczym głodne, słabowite bestie. Na oślep wystawiały języki, szukając istnienia, o które mogą się zaczepić, aby wysysać życie i sprowadzać nieszczęścia.
— I co sądzi twoje eksperckie spojrzenie? — zapytał, wypuszczając z płuc kłęby dymu, zarówno ustami, jak i nosem. Kłęby układały się w zwiewne kształty, które od razu porywał przeciąg. Nie zamierzał mieszać się w ekspertyzę, w końcu Jessie wie najlepiej.
Butelka (przyjemność)
Dym oddechu kotłował się dookoła niego i... Było tam. Wróżba. Spojrzenie wujka na chwilę rozmyło się, straciło swoją ostrość, a on uśmiechnął się pod nosem. Longbottomowie mieli cały wachlarz uśmiechów, od tych firmowych, przez kurtuazyjne, po najszczersze wyrazy radości. Ten jednak nie należał do rodziny Morpheusa po mieczu, lecz tej po kądzieli. Tajemniczych wynalazców, szalonych naukowców.
—Czeka cię coś przyjemnego — oznajmił mu wprost. Tego zamierzał się trzymać.