19.09.2024, 10:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.09.2024, 11:03 przez Florence Bulstrode.)
Oczy dziecka były wielkie i… jakby pozbawione koloru, a kiedy Florence w nie patrzyła, poczuła się nagle dziwnie. Wzdrygnęła się i spróbowała odsunąć, gdy dotarło do niej, co jest nie tak: nie chodziło tylko o strój dziecka, ale też wionęło od niego chłodem i… nie miało przyszłości: żadnej, którą Bulstrode mogłaby dostrzec. Zrozumiała, że mają do czynienia z duchem za późno.
Zapałka zapłonęła błękitnym światłem.
Florence odruchowo uniosła dłoń ku skroni, gdy poczuła nagły, piekący ból: a potem ciemność, która otaczała ich oboje stała się głębsza i przez moment spowijał ich mrok.
Chwilę później znów rozbłysło światło.
Nie było bardzo jasne: zbliżał się już zmierzch. Florence zamrugała, odruchowo sięgając ku bratu, by schwycić go za przedramię, gdy zorientowała się, że noc zamieniła się w dzień, a londyńska ulica… w las. Pod stopami mieli mech i paprocie, otaczały ich drzewa, wysokie, pradawne, ale niektóre z nich… połamane. Ziemię zaścielały gałęzie, poniewierające się wokół, jakby ledwo co przeszła tędy wichura, a kiedy Bulstrode rozglądała się, wciągnęła nagle powietrze ze świstem, palce mocniej wczepiła w ubranie brata. Bo jej wzrok padł prosto na oderwaną rękę, pokrwawioną, poranioną, spoczywającą pomiędzy drzewami.
Widok sam w sobie był już nieprzyjemny, jako uzdrowicielka jednak zniosłaby go zapewne ze spokojem, gdyby nie dezorientacja i tak nagłe… przeniesienie.
– Teleportowała nas gdzieś? – spytała, puszczając wreszcie brata, uświadamiając sobie, że schwycenie go to głupi odruch, że w takich chwilach przede wszystkim sięga się po różdżkę. Sięgnęła po tę pośpiesznie, wciąż się rozglądając, próbując zrozumieć, gdzie są i wypatrzeć to coś, co mogło urwać tę…
…dłoń.
Zaraz.
- Cóż. Miałam nadzieję, że znajdziemy kogoś żywego. Możliwie w całości. Niech pan ich przez chwilę nie rusza, proszę.
Głos, jej własny, rozbrzmiał wyraźnie, chociaż Florence nie otworzyła ust. I druga Florence, ta trochę rozczochrana, w ubraniu w nieładzie, wyłoniła się spomiędzy krzaków, zbliżając do ręki. Choć była tuż obok nic, zdawała się ich nie dostrzegać, gdy przykucała przy ręce, poddając ją oględzinom. A ta Florence, która tego wieczora była z bratem w Galerii Averych, wzdrygnęła się ponownie, bo rozpoznała i to ubranie, i tę scenę. Beltane. Przeszukiwanie lasu… Odwróciła głowę, spoglądając tam, gdzie w dziurze powinna leżeć oderwana noga i tak… była tam.
Byli w Kniei Godryka, 2 maja 1972, kilkanaście godzin po tym, jak doszło do walk na Polanie, a ludzie uciekali w las, przed śmierciożercami i rozszalałą wichurą.
Zapałka zapłonęła błękitnym światłem.
Florence odruchowo uniosła dłoń ku skroni, gdy poczuła nagły, piekący ból: a potem ciemność, która otaczała ich oboje stała się głębsza i przez moment spowijał ich mrok.
Chwilę później znów rozbłysło światło.
Nie było bardzo jasne: zbliżał się już zmierzch. Florence zamrugała, odruchowo sięgając ku bratu, by schwycić go za przedramię, gdy zorientowała się, że noc zamieniła się w dzień, a londyńska ulica… w las. Pod stopami mieli mech i paprocie, otaczały ich drzewa, wysokie, pradawne, ale niektóre z nich… połamane. Ziemię zaścielały gałęzie, poniewierające się wokół, jakby ledwo co przeszła tędy wichura, a kiedy Bulstrode rozglądała się, wciągnęła nagle powietrze ze świstem, palce mocniej wczepiła w ubranie brata. Bo jej wzrok padł prosto na oderwaną rękę, pokrwawioną, poranioną, spoczywającą pomiędzy drzewami.
Widok sam w sobie był już nieprzyjemny, jako uzdrowicielka jednak zniosłaby go zapewne ze spokojem, gdyby nie dezorientacja i tak nagłe… przeniesienie.
– Teleportowała nas gdzieś? – spytała, puszczając wreszcie brata, uświadamiając sobie, że schwycenie go to głupi odruch, że w takich chwilach przede wszystkim sięga się po różdżkę. Sięgnęła po tę pośpiesznie, wciąż się rozglądając, próbując zrozumieć, gdzie są i wypatrzeć to coś, co mogło urwać tę…
…dłoń.
Zaraz.
- Cóż. Miałam nadzieję, że znajdziemy kogoś żywego. Możliwie w całości. Niech pan ich przez chwilę nie rusza, proszę.
Głos, jej własny, rozbrzmiał wyraźnie, chociaż Florence nie otworzyła ust. I druga Florence, ta trochę rozczochrana, w ubraniu w nieładzie, wyłoniła się spomiędzy krzaków, zbliżając do ręki. Choć była tuż obok nic, zdawała się ich nie dostrzegać, gdy przykucała przy ręce, poddając ją oględzinom. A ta Florence, która tego wieczora była z bratem w Galerii Averych, wzdrygnęła się ponownie, bo rozpoznała i to ubranie, i tę scenę. Beltane. Przeszukiwanie lasu… Odwróciła głowę, spoglądając tam, gdzie w dziurze powinna leżeć oderwana noga i tak… była tam.
Byli w Kniei Godryka, 2 maja 1972, kilkanaście godzin po tym, jak doszło do walk na Polanie, a ludzie uciekali w las, przed śmierciożercami i rozszalałą wichurą.