19.09.2024, 17:31 ✶
– Jak mi urwie rękę, to krwawienie zatamujesz, ale ręki nie odzyskam. Jak wtedy uduszę Nell jedną, gdy już się na to zdecyduję? – rzucił Shafiq, z typowym dla ciebie bardzo pozytywnym podejściem do życia.
Cathal, niestety wciąż bez gustownego kapelusza i bicza, którym i tak nie umiałby się posługiwać, również wędrował wzdłuż ścian, sprawdzając kamienie w świetle lumos. Czuł się prawie tak, jakby znów tkwił w Egipcie, w jednej z pułapek zostawionych przez starożytnych, nie w starej, dobrej Anglii, gdzie takie rzeczy… no, zdarzały się, ale raczej nie na porządku dziennym. Ale odkąd zaczęli pracować w Walii, odkrył, że chyba nie doceniał potencjału rodzimych wysp pod względem dawnej magii, tajemnic i archeologii. W końcu zadarł nawet głowę, spoglądając na lepiące się pod sufitem pajęczyny, zastanawiając się, czy czegoś nie zasłaniają: być może przejście dalej było na górze, i dlatego ten stwór tutaj nie zdechł z głodu? Zanim zdążył namyśleć się i zdecydować, w jaki sposób usunąć je najlepiej, żeby nic na nich nie spadło, drgnął, wyrwany ze stanu zawieszenia przez Guinevere.
Ruszył w jej stronę, unosząc różdżkę i płatki śniegu znów zabłysły błękitem i bielą.
– To nie runy – powiedział bez namysłu. Kształt nie przypominał żadnych, jakie by kiedykolwiek widział, obojętne czy w szkolnych podręcznikach, starych księgach czy na ścianach prastarych grobowców. – Winter. Może to jakiś ich symbol, związany z nazwiskiem? Ale skoro reagują na światło, prawdopodobnie nasączono je jakąś magią, tak czasem robi się z runami, żeby zareagowały na konkretne zaklęcia…
Poruszył różdżką, rzucając najsilniejsze znane mu zaklęcie rozpraszające. Blask płatków śniegu przygasł, tylko po to, by zaraz rozjarzyć się znowu: Shafiq zapewne miał więc rację, reagowały na czary. Pytaniem pozostawało, jaki konkretny czar należało rzucić?
– Przypomina mi to cholerne, błyszczące motyle z jednego grobowca pod Hogsmeade – mruknął mimowolnie, i przez chwilę pamięć usłużnie podsuwała mu kształty motyli, wyrzeźbionych w płytach i same, magiczne motyle, które zwabione światłem dało się przenieść w odpowiednie miejsce.
Cathal, niestety wciąż bez gustownego kapelusza i bicza, którym i tak nie umiałby się posługiwać, również wędrował wzdłuż ścian, sprawdzając kamienie w świetle lumos. Czuł się prawie tak, jakby znów tkwił w Egipcie, w jednej z pułapek zostawionych przez starożytnych, nie w starej, dobrej Anglii, gdzie takie rzeczy… no, zdarzały się, ale raczej nie na porządku dziennym. Ale odkąd zaczęli pracować w Walii, odkrył, że chyba nie doceniał potencjału rodzimych wysp pod względem dawnej magii, tajemnic i archeologii. W końcu zadarł nawet głowę, spoglądając na lepiące się pod sufitem pajęczyny, zastanawiając się, czy czegoś nie zasłaniają: być może przejście dalej było na górze, i dlatego ten stwór tutaj nie zdechł z głodu? Zanim zdążył namyśleć się i zdecydować, w jaki sposób usunąć je najlepiej, żeby nic na nich nie spadło, drgnął, wyrwany ze stanu zawieszenia przez Guinevere.
Ruszył w jej stronę, unosząc różdżkę i płatki śniegu znów zabłysły błękitem i bielą.
– To nie runy – powiedział bez namysłu. Kształt nie przypominał żadnych, jakie by kiedykolwiek widział, obojętne czy w szkolnych podręcznikach, starych księgach czy na ścianach prastarych grobowców. – Winter. Może to jakiś ich symbol, związany z nazwiskiem? Ale skoro reagują na światło, prawdopodobnie nasączono je jakąś magią, tak czasem robi się z runami, żeby zareagowały na konkretne zaklęcia…
Poruszył różdżką, rzucając najsilniejsze znane mu zaklęcie rozpraszające. Blask płatków śniegu przygasł, tylko po to, by zaraz rozjarzyć się znowu: Shafiq zapewne miał więc rację, reagowały na czary. Pytaniem pozostawało, jaki konkretny czar należało rzucić?
– Przypomina mi to cholerne, błyszczące motyle z jednego grobowca pod Hogsmeade – mruknął mimowolnie, i przez chwilę pamięć usłużnie podsuwała mu kształty motyli, wyrzeźbionych w płytach i same, magiczne motyle, które zwabione światłem dało się przenieść w odpowiednie miejsce.