20.09.2024, 00:39 ✶
Mimo że zareagowała dosyć bezpardonowo, a Rodolphus zawtórował jej jeszcze ostrzej, Scylla zerknęła na Atreusa z wyrazem uprzejmej obojętności, który wydawał się wcale nie odpowiadać na jego irytację. Choć doskonale zauważyła, jak unosi palec i przedrzeźniwszy ją przekazuje swoją bezgłośną opinię, jej uwaga szybko zniknęła w zupełnie innym kierunku. Gdy tylko Rodolphus podał jej pakunek, oczy Scylli rozjaśniły się. Natychmiast straciła zainteresowanie resztą rozmowy, skupiając się całkowicie na tym, co teraz dla niej miało znaczenie - na bransoletce.
Środkowy palec mógł sobie wsadzić tam, gdzie mu słońce nie doświecało.
- Dziękuję - rzuciła jeszcze, nawiązując po raz ostatni kontakt wzrokowy z Lestrangem na kilka kolejnych długich chwil.
Z delikatnością, której normalnie by się po niej nie spodziewano, przesunęła palcami po zimnym metalu. Na chwilę odcięła się od rzeczywistości, zapominając o maskach, nekromancji i całej tej sytuacji. Jej wzrok stał się nieco nieobecny, jakby właśnie zakładanie bransoletki było czymś mistycznym, co wymagało pełnej koncentracji.
- Fajnie - mruknęła, kiedy usłyszała jakiekolwiek dźwięki dookoła, ale było jasne, że mówi to raczej odruchowo, nie rozumiejąc nawet, na co odpowiada. Gdyby rozumiała, raczej użyłaby innego słowa - żeby określić fajnym dwie kobiety zachowujące się jak dziwki, trzeba być albo cynikiem, albo okrutnikiem, a Scylli daleko było do obydwu.
Z cichym trzaskiem zapięcia bransoletka znalazła swoje miejsce na jej nadgarstku, a Scylla w końcu podniosła wzrok, jakby wracając z dalekiej podróży. Przez dłuższą chwilę patrzyła na Atreusa i Rodolphusa, próbując odczytać kontekst rozmowy, którą całkowicie przegapiła.
- Mars - stwierdziła nagle, zupełnie pomijając kwestię kobiet zachowujących się nieprzyzwoicie i mężczyzn przeobrażających się w złodziei. - Bogiem może być Mars. Patron wojny i konfliktu. Choć maski nie do końca pasują mi do Rzymu, to była raczej domena teatru greckiego... - wymamrotała, przechylając głowę i przyglądając się dowodom zbrodni, jakby miała znaleźć w nich jakieś bezpośrednie powiązanie do jednej lub drugiej kultury antycznej. Wiedziała sporo na ten temat, bo chcąc poznać genezę swojego imienia, wertowała mitologię i antyczne dzieła jak natchniona, gdy była dzieckiem. Choć nadal nie rozumiała ironii nazwania jej Scyllą, morskim potworem, z którego wyrastało sześć dzikich psów, cała reszta treści była jej znajoma.
Aczkolwiek w kwestii ratusza nie dzwoniło jej w żadnym kościele.
- Wahadełko? Chyba jakieś przy sobie mam - oznajmiła, po czym zanurkowała dłonią w małej torebce, którą miała przewieszoną przez ramię. Po paru chwilach uporczywego grzebania w końcu doszukała się srebrnego łańcuszka z ciężarkiem u końca. Wyciągnęła przed siebie najpierw zaciśniętą pięść, a potem rozluźniła palce, by następnie wypadło z nich zawieszone między jej palcami wahadełko. Stała tam teraz przed nimi z rozbrajającym uśmiechem i pozwoliła zawieszce dyndać na boki frywolnie, wyglądając na dumną ze swojej zdobyczy. - Tylko czy mamy mapę? - Zapytała z nadzieją w głosie, poważniejąc na twarzy, bo tego akurat ze sobą nie zabrała.
Środkowy palec mógł sobie wsadzić tam, gdzie mu słońce nie doświecało.
- Dziękuję - rzuciła jeszcze, nawiązując po raz ostatni kontakt wzrokowy z Lestrangem na kilka kolejnych długich chwil.
Z delikatnością, której normalnie by się po niej nie spodziewano, przesunęła palcami po zimnym metalu. Na chwilę odcięła się od rzeczywistości, zapominając o maskach, nekromancji i całej tej sytuacji. Jej wzrok stał się nieco nieobecny, jakby właśnie zakładanie bransoletki było czymś mistycznym, co wymagało pełnej koncentracji.
- Fajnie - mruknęła, kiedy usłyszała jakiekolwiek dźwięki dookoła, ale było jasne, że mówi to raczej odruchowo, nie rozumiejąc nawet, na co odpowiada. Gdyby rozumiała, raczej użyłaby innego słowa - żeby określić fajnym dwie kobiety zachowujące się jak dziwki, trzeba być albo cynikiem, albo okrutnikiem, a Scylli daleko było do obydwu.
Z cichym trzaskiem zapięcia bransoletka znalazła swoje miejsce na jej nadgarstku, a Scylla w końcu podniosła wzrok, jakby wracając z dalekiej podróży. Przez dłuższą chwilę patrzyła na Atreusa i Rodolphusa, próbując odczytać kontekst rozmowy, którą całkowicie przegapiła.
- Mars - stwierdziła nagle, zupełnie pomijając kwestię kobiet zachowujących się nieprzyzwoicie i mężczyzn przeobrażających się w złodziei. - Bogiem może być Mars. Patron wojny i konfliktu. Choć maski nie do końca pasują mi do Rzymu, to była raczej domena teatru greckiego... - wymamrotała, przechylając głowę i przyglądając się dowodom zbrodni, jakby miała znaleźć w nich jakieś bezpośrednie powiązanie do jednej lub drugiej kultury antycznej. Wiedziała sporo na ten temat, bo chcąc poznać genezę swojego imienia, wertowała mitologię i antyczne dzieła jak natchniona, gdy była dzieckiem. Choć nadal nie rozumiała ironii nazwania jej Scyllą, morskim potworem, z którego wyrastało sześć dzikich psów, cała reszta treści była jej znajoma.
Aczkolwiek w kwestii ratusza nie dzwoniło jej w żadnym kościele.
- Wahadełko? Chyba jakieś przy sobie mam - oznajmiła, po czym zanurkowała dłonią w małej torebce, którą miała przewieszoną przez ramię. Po paru chwilach uporczywego grzebania w końcu doszukała się srebrnego łańcuszka z ciężarkiem u końca. Wyciągnęła przed siebie najpierw zaciśniętą pięść, a potem rozluźniła palce, by następnie wypadło z nich zawieszone między jej palcami wahadełko. Stała tam teraz przed nimi z rozbrajającym uśmiechem i pozwoliła zawieszce dyndać na boki frywolnie, wyglądając na dumną ze swojej zdobyczy. - Tylko czy mamy mapę? - Zapytała z nadzieją w głosie, poważniejąc na twarzy, bo tego akurat ze sobą nie zabrała.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga