Przepiękna Norwegia, kolejny z krajów, w którym właściwie nigdy nie był. Przeżywał podróże przez Charlotte, Jonathana i przede wszystkim przez Antoniusza. Natchniony zapachem i językiem lodowców wiatr przenikał ubrania i omiótł przyjemnie skórę. W porównaniu do upałów, jakie spadły na Anglię, przejmowały chłodem. Morpheus przez chwilę przyglądał się przestrzeni, w której pozostawił ich świstoklik, dokładnie nigdzie, pośród rozległych wzgórz, pokrytych ciemną zielenią i plamistymi brązami. Gdzieniegdzie wystawały ostre skały, z których wykuto tutejszych ludzi.
Jasnowidzów, którzy wykuwali sobie oczy, aby lepiej widzieć wolę Odyna, zreformowanych proroków w obdartych szatach, żądających wysokiej zapłaty za swoje usługi. Wieszczów oszalałych od ziół, niszczących ich ciała, na rzecz objawienia boskiego.
Sięgnął ku przyjacielowi, gotów wybrać się tam, gdzie tamten wskaże, teleportując ich do magicznej mekki naukowców i zatrzymał się w pół ruchu, dłoń wyciągnięta, palce rozstawione w połowie chwytu, jak złapana przez barokowego malarza chwila pomiędzy figurą świętego i wyznawcą. Moment zanim nastąpiło uzdrowienie.
Morpheus odetchnął nowym powietrzem i wolą nowych bogów.
Miecz (rozczarowanie/kłótnie)
Miecz ciął słodką nadzieję, a usta Morpheusa wykrzywiły się. Miecz jako rozczarowanie bardzo mocno uderzał w bliską mu symbolikę.
— Któregoś z nas czeka rozczarowanie. Widziałem miecz, stal, która zamiast ciąć, ześlizguje się.
Później zaś znaleźli się pośród esencji największych umysłów Norwegii oraz innych myślicieli, których dzieła nie docierały na zielone wyspy Anglii ze względu na zakwalifikowanie działań tego typu jako czarnomagiczne i bezwzględnie złe. Każda minuta była tak bardzo cenna, ale też on miał ich dwa razy tyle. Wiele wiele razy więcej. Cofał się i cofał i cofał, po to tylko, by naprawić przyszłość. Morpheus, w rubinach, pasowałby do potężnych lwów z wieży gryfonów. Z jego twarzy nie schodził uśmiech, jakby cały czas był nieco rozbawiony, jakby miał w głowie jakiś doskonały żart i tylko czekał, aby go opowiedzieć.
W rzeczywistości był niesamowicie podekscytowany perspektywami, bo czym innym są stare, mgliste woluminy na temat prywatnej praktyki, a czymś zupełnie innym uporządkowana wiedza, wytłuszczona bez tabu, krok po kroku. Oczywiście, krzywdę dało się zrobić umiejętnie rzuconą alohomorą, chodziło jednak o konkretny. Już zachłannie skanował półki. Doskonałe miejsce.
Precyzyjne narzędzia, a nie obuchy.
Potaknął przyjacielowi.
— Przydatny? A jest ładny? — zapytał, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Chciał jednak zobaczyć chociaż na chwilę rozluźnienie, znajome wachlowanie oczami, zamiast spiętej sylwetki, która mogła służyć jednemu z ulubionych muzyków Shafiq'a, tak był naciągnięty. Młoteczki stresu przekręcały się i wcale nie dbały o to, czy jest zachowana elastyczność. Jak Stradivarius w rękach przedszkolaka.