21.09.2024, 16:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2024, 17:27 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- No. Nie dzisiaj - przyznał jej rację, chociaż w rzeczywistości to wcale nie było grzeczne przytaknięcie.
Zresztą nie mogłaby się takiego spodziewać. Nie po nim. To, że nie protestował ani nie zaprzeczał tylko pokiwał głową o niczym nie świadczyło. Kompletnie. Liczyło się to drobne słówko. Malutkie zaznaczenie, że owszem, dzisiaj mu tego nie powiedziała. Świadczyło o tym, że usłyszał to wielokrotnie wcześniej. Nie musiała mu dziś mówić, że jest ignorantem. Zapewniła go o tym tysiące razy na zapas, podczas gdy się kłócili. Gdyby to były zdrapki, miałby jeszcze solidny plik do wykorzystania. Teraz by jedną taką zdrapał.
- Wszystko jest ważne. Tym bardziej, że nie dajesz mi zbyt wielu szczegółów. Gdybyś nie zaczęła o tym mówić - namyślił się przez chwilę - to i tak niewiele by dało. Musiałbym to z ciebie wyciągać. Po drodze pewnie zrobiłoby się niemiło. Naobrażałabyś mnie w imię swojej prywatności zanim doszlibyśmy do tego samego. Zobacz jak łatwo nam poszło - roztoczył przed nią wizję, o której cieszył się, że się nie spełniła.
Tak naprawdę nigdy nie mógł mieć pewności, co miało wyjść z ich dyskusji. Alkohol bywał sprzymierzeńcem w rozwiązywaniu ust, bo ułatwiał mówienie o trudnościach. Jednocześnie czasami sprawiał, że nazbyt łatwo przechodzili w tryb obrony i ataku. Przeskakując bez trudu z jednego w drugie w miarę wewnętrznej potrzeby. Raz to była "twoja wina, bo traktowałeś mnie jak nieodpowiedzialne, niesamodzielne dziecko i nie dałeś mi pomóc" a raz "twoja wina, bo uważałeś, że mogę wziąć wszystko na siebie i udźwignę cały ciężar, kiedy ty będziesz olewać problemy". Raz było źle, raz było jeszcze gorzej. Czasami miał wrażenie, że nieważne co zrobił, rozchodziło się o oddychanie w niewłaściwy sposób i sam fakt istnienia.
Nie wybielał się przy tym. Był równie trudny. Jego lont czasami wręcz nie istniał. Szczególnie w przypadku tak skomplikowanych relacji jak ta. Co było bardziej problematyczne, jego charakter był uporczywie stabilny. Upierdliwie jednorodnie stawiał na swoim. Alkohol poza rozwiązywaniem języka nie działał na to, że był łatwiejszy czy trudniejszy w obyciu. A jedynie sprawiał, że czasami na trzeźwo nie pamiętał niektórych rzuconych słów. Choć w tym także nie panowały konkretne reguły, bo na trzeźwo bywał bardzo pamiętliwy. Po alkoholu to samo. Pewne rzeczy zapominał wybiórczo, inne przywoływał z zatrważająco naturalną trafnością. Wytykał ich rozmowom nieprzewidywalność, bo była przewidywalna po obu stronach.
- Założyłaś ochronkę dla dzieci? Nie poznaję cię coraz bardziej, Rina - skwitował z niedowierzaniem, przypatrując się Geraldine, jakby co najmniej oznajmiła mu, że zaczęła zakładać swój mieszkaniowy kult.
Ta osoba, którą znał raczej nie sprowadziłaby sobie na głowę tylu współlokatorów. Jasne. Wiedział, że relacje rodzinne są dla niej niemalże wszystkim. Szczególnie w przypadku Astarotha (tego drugiego rzekomego bliźniaka w to nie mieszał, bo nadal próbował go ulokować w historii). Natomiast był pełen zdziwienia, że dała dziewczynie Astarotha zamieszkać pod wspólnym dachem. Tym bardziej, że jej rodzina miała wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić coś tej parce w innej lokalizacji. Nagła skłonność kobiety do towarzystwa brzmiała bardzo niecodziennie. Jeszcze raz uważnie się jej przypatrzył.
- Wracając. Poza samym sobą... ...choć to tu bym może kwestionował po naszych mdłych kontaktach... ...no... ...może już się lubi, okres buntu i tak dalej... ...poza samym sobą, lubi aż dwie osoby. Z czego jedna to jego siostra a druga dziewczyna. To niezwykłe osiągnięcie. Naprawdę - ironizował.
Oczywiście, dało się wyczuć, że nie miał na celu jechać po bracie Yaxleyówny. A jedynie wyrażał swoją opinię odnośnie tego, że był to bardzo specyficzny człowiek, z którym sam Ambroise nie do końca wiedział, jakie ma relacje. Zawsze gdzieś tam podskórnie odnosił wrażenie, że Astaroth mógłby mu podać jego własne struny głosowe na tacy, gdyby wmieszał się w jego kłótnię z Geraldine. Z drugiej strony nigdy nie wdali się w prywatny konflikt. Niespecjalnie mieli o czym rozmawiać, więc tego też nie robili. Byli bardzo neutralni. Tak się przynajmniej wydawało.
- Bliźnięta - westchnął, przecierając policzek wolną ręką i próbując nie zabrzmieć, jakby wątpił w otaczającą ich rzeczywistość. - Geraldine, kurwa, ty nawet nie jesteś z czerwca a ten człowiek... ...no... ...nie wiem, okay? Sama mówisz, że on istnieje i nie istnieje. Nie widziałem go ani razu a twój bliźniak powinien rzucić wszystko i być przy tobie chociażby wtedy, kiedy sama wiesz - skwitował ostatecznie.
Po wypadku wszyscy wariowali. Widział wysyłane sowy. Słyszał rozmowy o przekazaniu informacji. Nie wszyscy członkowie rodziny mogli się pojawić i być. Jasne. Natomiast to była następna rysa na szkle. Może już nawet raczej pęknięcie. Jeśli miała bliźniaka, którego to on nie pamiętał, bo dawał dupy ze zbieraniem o niej informacji. To ten człowiek powinien być pierwszym, który czatowałby pod drzwiami. Mówiła o trosce i o więzi, ale ani razu go nie widział. Ani tam wtedy. Ani nigdy. Nie przedstawili się sobie. To nie grało. To chyba było właśnie to. Oświecenie.
- Czy pamiętasz, żebym chociaż raz dostał od niego w mordę? - Spytał niespodziewanie. To był ten komentarz, który zawierał w sobie wszystkie wątpliwości i od cholery prawd. - Rina, pamiętasz, żeby mi chociaż groził? Nie? - Prowokował ją w tym momencie do pomyślenia o czymś, co brzmiało, jakby musiało mieć miejsce. - Nie tylko nie obił mi ryja... ...a sama przyznasz, że kurewsko bym się o to prosił i to nie raz a za całokształt tego, co ci robiłem - przyznał i bardzo dyskretnie pominął ten element, który nagiął dla celu pokazania jej dziury w całym. To, że wielokrotnie robili sobie to wszystko razem. I zazwyczaj miał problem z braniem na siebie całej winy.
- No właśnie. Ja nawet go nie znam ani on mnie - dokończył mocno akcentując ostatnie słowa.
Nie był masochistą. Nie prosił się o bęcki. Potrafił prowokować bijatyki i na ogół wcale nie unikał rozwiązań siłowych. Gdyby trzeba było to pewnie skonfrontowałby się z tym człowiekiem. Problem w tym, że tamten nigdy nie wyraził chęci bronienia siostry, która miałaby być oczkiem w głowie. Sprowokowany brat bliźniak nie powinien trzymać się na uboczu. Gdyby ktoś odstawił choć jedną trzecią cyrków, które kiedyś były między nim a Geraldine integralną częścią tygodnia (coś jak lista zakupów na sobotę, przynajmniej jedna spina na zakończenie albo rozpoczęcie tygodnia) własnej siostrze Greengrassa to Ambroise dosłownie wykopałby go razem z drzwiami. Nieważne jak bardzo protestowałaby Roo. A nie zwykł zapewniać Roselyn, że jest jego oczkiem w głowie i będzie ją bronić. To było niewypowiedziane, ale bardzo naturalne.
No i nieważne co by się stało, nie skrzywdziłby własnej siostry a o czymś takim mówiła Geraldine. O ataku tego człowieka, jej rzekomego brata na nią. Dochodziło do tego trochę niejasności. Nadal mu wiele nie wyjaśniła. Dawała mu bardzo, bardzo połowiczne informacje. Usiłował się nie irytować, ale przeskakiwanie z faktu do nowego faktu było męczące. Mimo to, cholera, to była Geraldine i to pijana, więc próbował dawać jej trochę więcej cierpliwości.
- Florence nie ostrzegła cię przed tym jak to się stało tylko po fakcie? - Spytał.
Pomijając fakt, co sądził o takim jasnowidzeniu wstecznym, jego brwi się uniosły, ale próbował nie być zbyt oceniający. Naprawdę niewiele wiedział o tej całej sytuacji. Szczątkowe informacje nie składały się w jedną całość. A przynajmniej nie w taką logiczną, której by chciał. Mimo to był zobowiązany, żeby się nie wycofać tylko spróbować wszystko poskładać do kupy. W końcu był uzdrowicielem i to robił, prawda? Jego fachem było składanie do kupy na podstawie szczątkowych informacji o stanie pacjenta.
- Nie będziesz mieć sobie nic do zarzucenia - zapewnił, jakby to on był tym jasnowidzem i właśnie widział przyszłość. - Jeśli za radzenie sobie uznajesz chlanie na umór w barze to muszę ci przyznać, że dobrze to robisz, ale wszystko inne zdecydowanie ci nie wychodzi, więc zachowaj te uwagi dla siebie a ja zachowam swoje. Rozkurwimy ten problem, skoro jest już także mój. A jest. Potem mnie znowu nie zobaczysz, okay? Nie będę oczekiwać nic w zamian.
Był z tym bardzo poważny. Mogła o nim powiedzieć wiele, ale niemalże zawsze dotrzymywał słowa. Było to dla niego istotne. Jeśli musiał złamać obietnicę to musiał mieć ku temu bardzo istotny powód. Rzucanie słów na wiatr nie było w jego stylu. Wszelkie zapewnienia były przemyślane i przekalkulowane.
- Bo ma więcej niż pięć lat? - Zamrugał na słowa Geraldine odnośnie Astarotha i tego, że miałby próbować ją gryźć.
Rozumiał, że ćpuny bywały różne. Do Munga trafiały naprawdę skrajne przypadki, ale po bracie kobiety spodziewałby się jakiegoś opamiętania. Gryzienie ludzi nie było normalne, nawet podczas odwyku. No, chyba że wiązała mu wtedy ręce i nogi, więc zęby były jedyną bronią, ale Ambroise nie zamierzał tego wszystkiego kwestionować. Nie o to chodziło.
Zresztą założył sobie, że kiedy wyjdą z baru i dojdą do mieszkania Geraldine, wtedy zapewne sam na własnej skórze przekonać się, jak źle się działo w królestwie Yaxleyów. Nie chciał wierzyć, że pozwoliła zamienić swoje mieszkanie w menelnię. Choć kto ją tam wiedział. Tego dnia nie zachowywała się jak ona. Miał nadzieję, że uda mu się spokojnie odprowadzić ją do domu. Potem chciał myśleć dalej.
Toteż kiedy skorzystała z podpory, podtrzymał ją i powolutku ruszyli we właściwym kierunku. Do baru miał wrócić później, aby opłacić rachunek. Zawsze wyrównywał rachunki.
Zresztą nie mogłaby się takiego spodziewać. Nie po nim. To, że nie protestował ani nie zaprzeczał tylko pokiwał głową o niczym nie świadczyło. Kompletnie. Liczyło się to drobne słówko. Malutkie zaznaczenie, że owszem, dzisiaj mu tego nie powiedziała. Świadczyło o tym, że usłyszał to wielokrotnie wcześniej. Nie musiała mu dziś mówić, że jest ignorantem. Zapewniła go o tym tysiące razy na zapas, podczas gdy się kłócili. Gdyby to były zdrapki, miałby jeszcze solidny plik do wykorzystania. Teraz by jedną taką zdrapał.
- Wszystko jest ważne. Tym bardziej, że nie dajesz mi zbyt wielu szczegółów. Gdybyś nie zaczęła o tym mówić - namyślił się przez chwilę - to i tak niewiele by dało. Musiałbym to z ciebie wyciągać. Po drodze pewnie zrobiłoby się niemiło. Naobrażałabyś mnie w imię swojej prywatności zanim doszlibyśmy do tego samego. Zobacz jak łatwo nam poszło - roztoczył przed nią wizję, o której cieszył się, że się nie spełniła.
Tak naprawdę nigdy nie mógł mieć pewności, co miało wyjść z ich dyskusji. Alkohol bywał sprzymierzeńcem w rozwiązywaniu ust, bo ułatwiał mówienie o trudnościach. Jednocześnie czasami sprawiał, że nazbyt łatwo przechodzili w tryb obrony i ataku. Przeskakując bez trudu z jednego w drugie w miarę wewnętrznej potrzeby. Raz to była "twoja wina, bo traktowałeś mnie jak nieodpowiedzialne, niesamodzielne dziecko i nie dałeś mi pomóc" a raz "twoja wina, bo uważałeś, że mogę wziąć wszystko na siebie i udźwignę cały ciężar, kiedy ty będziesz olewać problemy". Raz było źle, raz było jeszcze gorzej. Czasami miał wrażenie, że nieważne co zrobił, rozchodziło się o oddychanie w niewłaściwy sposób i sam fakt istnienia.
Nie wybielał się przy tym. Był równie trudny. Jego lont czasami wręcz nie istniał. Szczególnie w przypadku tak skomplikowanych relacji jak ta. Co było bardziej problematyczne, jego charakter był uporczywie stabilny. Upierdliwie jednorodnie stawiał na swoim. Alkohol poza rozwiązywaniem języka nie działał na to, że był łatwiejszy czy trudniejszy w obyciu. A jedynie sprawiał, że czasami na trzeźwo nie pamiętał niektórych rzuconych słów. Choć w tym także nie panowały konkretne reguły, bo na trzeźwo bywał bardzo pamiętliwy. Po alkoholu to samo. Pewne rzeczy zapominał wybiórczo, inne przywoływał z zatrważająco naturalną trafnością. Wytykał ich rozmowom nieprzewidywalność, bo była przewidywalna po obu stronach.
- Założyłaś ochronkę dla dzieci? Nie poznaję cię coraz bardziej, Rina - skwitował z niedowierzaniem, przypatrując się Geraldine, jakby co najmniej oznajmiła mu, że zaczęła zakładać swój mieszkaniowy kult.
Ta osoba, którą znał raczej nie sprowadziłaby sobie na głowę tylu współlokatorów. Jasne. Wiedział, że relacje rodzinne są dla niej niemalże wszystkim. Szczególnie w przypadku Astarotha (tego drugiego rzekomego bliźniaka w to nie mieszał, bo nadal próbował go ulokować w historii). Natomiast był pełen zdziwienia, że dała dziewczynie Astarotha zamieszkać pod wspólnym dachem. Tym bardziej, że jej rodzina miała wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić coś tej parce w innej lokalizacji. Nagła skłonność kobiety do towarzystwa brzmiała bardzo niecodziennie. Jeszcze raz uważnie się jej przypatrzył.
- Wracając. Poza samym sobą... ...choć to tu bym może kwestionował po naszych mdłych kontaktach... ...no... ...może już się lubi, okres buntu i tak dalej... ...poza samym sobą, lubi aż dwie osoby. Z czego jedna to jego siostra a druga dziewczyna. To niezwykłe osiągnięcie. Naprawdę - ironizował.
Oczywiście, dało się wyczuć, że nie miał na celu jechać po bracie Yaxleyówny. A jedynie wyrażał swoją opinię odnośnie tego, że był to bardzo specyficzny człowiek, z którym sam Ambroise nie do końca wiedział, jakie ma relacje. Zawsze gdzieś tam podskórnie odnosił wrażenie, że Astaroth mógłby mu podać jego własne struny głosowe na tacy, gdyby wmieszał się w jego kłótnię z Geraldine. Z drugiej strony nigdy nie wdali się w prywatny konflikt. Niespecjalnie mieli o czym rozmawiać, więc tego też nie robili. Byli bardzo neutralni. Tak się przynajmniej wydawało.
- Bliźnięta - westchnął, przecierając policzek wolną ręką i próbując nie zabrzmieć, jakby wątpił w otaczającą ich rzeczywistość. - Geraldine, kurwa, ty nawet nie jesteś z czerwca a ten człowiek... ...no... ...nie wiem, okay? Sama mówisz, że on istnieje i nie istnieje. Nie widziałem go ani razu a twój bliźniak powinien rzucić wszystko i być przy tobie chociażby wtedy, kiedy sama wiesz - skwitował ostatecznie.
Po wypadku wszyscy wariowali. Widział wysyłane sowy. Słyszał rozmowy o przekazaniu informacji. Nie wszyscy członkowie rodziny mogli się pojawić i być. Jasne. Natomiast to była następna rysa na szkle. Może już nawet raczej pęknięcie. Jeśli miała bliźniaka, którego to on nie pamiętał, bo dawał dupy ze zbieraniem o niej informacji. To ten człowiek powinien być pierwszym, który czatowałby pod drzwiami. Mówiła o trosce i o więzi, ale ani razu go nie widział. Ani tam wtedy. Ani nigdy. Nie przedstawili się sobie. To nie grało. To chyba było właśnie to. Oświecenie.
- Czy pamiętasz, żebym chociaż raz dostał od niego w mordę? - Spytał niespodziewanie. To był ten komentarz, który zawierał w sobie wszystkie wątpliwości i od cholery prawd. - Rina, pamiętasz, żeby mi chociaż groził? Nie? - Prowokował ją w tym momencie do pomyślenia o czymś, co brzmiało, jakby musiało mieć miejsce. - Nie tylko nie obił mi ryja... ...a sama przyznasz, że kurewsko bym się o to prosił i to nie raz a za całokształt tego, co ci robiłem - przyznał i bardzo dyskretnie pominął ten element, który nagiął dla celu pokazania jej dziury w całym. To, że wielokrotnie robili sobie to wszystko razem. I zazwyczaj miał problem z braniem na siebie całej winy.
- No właśnie. Ja nawet go nie znam ani on mnie - dokończył mocno akcentując ostatnie słowa.
Nie był masochistą. Nie prosił się o bęcki. Potrafił prowokować bijatyki i na ogół wcale nie unikał rozwiązań siłowych. Gdyby trzeba było to pewnie skonfrontowałby się z tym człowiekiem. Problem w tym, że tamten nigdy nie wyraził chęci bronienia siostry, która miałaby być oczkiem w głowie. Sprowokowany brat bliźniak nie powinien trzymać się na uboczu. Gdyby ktoś odstawił choć jedną trzecią cyrków, które kiedyś były między nim a Geraldine integralną częścią tygodnia (coś jak lista zakupów na sobotę, przynajmniej jedna spina na zakończenie albo rozpoczęcie tygodnia) własnej siostrze Greengrassa to Ambroise dosłownie wykopałby go razem z drzwiami. Nieważne jak bardzo protestowałaby Roo. A nie zwykł zapewniać Roselyn, że jest jego oczkiem w głowie i będzie ją bronić. To było niewypowiedziane, ale bardzo naturalne.
No i nieważne co by się stało, nie skrzywdziłby własnej siostry a o czymś takim mówiła Geraldine. O ataku tego człowieka, jej rzekomego brata na nią. Dochodziło do tego trochę niejasności. Nadal mu wiele nie wyjaśniła. Dawała mu bardzo, bardzo połowiczne informacje. Usiłował się nie irytować, ale przeskakiwanie z faktu do nowego faktu było męczące. Mimo to, cholera, to była Geraldine i to pijana, więc próbował dawać jej trochę więcej cierpliwości.
- Florence nie ostrzegła cię przed tym jak to się stało tylko po fakcie? - Spytał.
Pomijając fakt, co sądził o takim jasnowidzeniu wstecznym, jego brwi się uniosły, ale próbował nie być zbyt oceniający. Naprawdę niewiele wiedział o tej całej sytuacji. Szczątkowe informacje nie składały się w jedną całość. A przynajmniej nie w taką logiczną, której by chciał. Mimo to był zobowiązany, żeby się nie wycofać tylko spróbować wszystko poskładać do kupy. W końcu był uzdrowicielem i to robił, prawda? Jego fachem było składanie do kupy na podstawie szczątkowych informacji o stanie pacjenta.
- Nie będziesz mieć sobie nic do zarzucenia - zapewnił, jakby to on był tym jasnowidzem i właśnie widział przyszłość. - Jeśli za radzenie sobie uznajesz chlanie na umór w barze to muszę ci przyznać, że dobrze to robisz, ale wszystko inne zdecydowanie ci nie wychodzi, więc zachowaj te uwagi dla siebie a ja zachowam swoje. Rozkurwimy ten problem, skoro jest już także mój. A jest. Potem mnie znowu nie zobaczysz, okay? Nie będę oczekiwać nic w zamian.
Był z tym bardzo poważny. Mogła o nim powiedzieć wiele, ale niemalże zawsze dotrzymywał słowa. Było to dla niego istotne. Jeśli musiał złamać obietnicę to musiał mieć ku temu bardzo istotny powód. Rzucanie słów na wiatr nie było w jego stylu. Wszelkie zapewnienia były przemyślane i przekalkulowane.
- Bo ma więcej niż pięć lat? - Zamrugał na słowa Geraldine odnośnie Astarotha i tego, że miałby próbować ją gryźć.
Rozumiał, że ćpuny bywały różne. Do Munga trafiały naprawdę skrajne przypadki, ale po bracie kobiety spodziewałby się jakiegoś opamiętania. Gryzienie ludzi nie było normalne, nawet podczas odwyku. No, chyba że wiązała mu wtedy ręce i nogi, więc zęby były jedyną bronią, ale Ambroise nie zamierzał tego wszystkiego kwestionować. Nie o to chodziło.
Zresztą założył sobie, że kiedy wyjdą z baru i dojdą do mieszkania Geraldine, wtedy zapewne sam na własnej skórze przekonać się, jak źle się działo w królestwie Yaxleyów. Nie chciał wierzyć, że pozwoliła zamienić swoje mieszkanie w menelnię. Choć kto ją tam wiedział. Tego dnia nie zachowywała się jak ona. Miał nadzieję, że uda mu się spokojnie odprowadzić ją do domu. Potem chciał myśleć dalej.
Toteż kiedy skorzystała z podpory, podtrzymał ją i powolutku ruszyli we właściwym kierunku. Do baru miał wrócić później, aby opłacić rachunek. Zawsze wyrównywał rachunki.