16.01.2023, 22:38 ✶
Widać było, że się tu nie czuje do końca swobodnie, ale nie ze względu na ich towarzystwo, a przez całe to otoczenie. Brak swobody nie odejmował mu jednak stylu - wiedzieli, że nie jest sobą, bo go już dobrze znali i wiedzieli, jak porusza się i mówi w zaciszu swojego domostwa. Tutaj był inny - przyjmował sztywną pozycję gwiazdy, za którą się uważał. Spacerowało z nimi właśnie to oblicze Vakela, które znane było prasie - to był Vakel w swojej postaci medialnej. Nie dało się tego wyczuć wyłącznie w tym, jak do nich mówił. Z prywatnej strony płynęły z niego głównie słowa, ale również uznanie - oboje byli dla niego na tyle wartościowi, żeby się nie puszył aż tak bardzo, jak to miał w zwyczaju. Normalnie nie lubił, kiedy ktokolwiek mu przerywał albo wtrącał swoje trzy grosze. Kiedy jednak zrobił to Peregrinus, Dolohov nawet nie mrugnął - wysłuchał go spokojnie i nim jakkolwiek to skomentował, kilka przydługich sekund wpatrywał się w górujące nad nimi korony drzew.
- Bardzo poetyckie ujęcie faktu, iż Wielka Brytania zmaga się aktualnie z wojną domową - przyznał, ale nie zrobił przy tym kroku w bok, aby zrobić swojemu asystentowi miejsce i umożliwić spacer obok nich, a nie za nimi. Zaraz po tym zwrócił się bezpośrednio do Lyssy. - To ci dopiero, że nie wyściubiłaś nosa z mojego mieszkania ani razu... Nie umiem inaczej wyjaśnić tego, żeś ominęła grozę wiszącą nad moim państwem. W tym roku obchodzić będziemy drugą rocznicę odkopania przez grupę rebeliantów sposobu myślenia sprzed kilku epok.
On również nie spodziewał się tego, aby jakikolwiek atak miał nastąpić akurat dzisiaj. Nie miało to jednak absolutnie nic wspólnego z polityką i (co zapewne by go wielce rozbawiło) wiarą w kompetencję obecnej Ministry Magii. Po prostu uznał, że gdyby miało wydarzyć się tu coś, co by wykraczało poza normalność, to akurat on musiałby takie zdarzenie dostrzec już wcześniej. Nie, nie miał zmysłów wyostrzonych bardziej niż żaden inny jasnowidz, ale... jego wielkie ego nie dopuszczało do jego myśli scenariusza, w którym mogłoby to potoczyć się choćby odrobinę inaczej.
- Potrzebują - powtórzył po nim, nie mając zamiaru zaprzeczyć jego myśli, nie omieszkał jednak dodać tu smutnej prawdy, jaka gnieździła się gdzieś w wielkim niedopowiedzeniu - ale najwyraźniej nie przeszkodziło to wielu w zrezygnowaniu z próby funkcjonowania normalnie. Widać tu po prostu gołym okiem, że te ataki, które miały miejsce w ostatnich latach, zasiały w sercach anglików ziarno grozy.
Takie drobne gesty jak delikatny uśmiech Trelwaneya, nawet jeżeli posłany w eter, niegdyś wprawiłyby Dolohova w zakłopotanie, a później go zaraził, wymuszając lekkie uniesienie kącików własnych ust w górę. Teraz jednak jego myśli zajęte były kimś innym. Nie przystało w towarzystwie zerkać na zegarek, a jednak Dolohov robił to dosyć regularnie, jakby odliczał czas pozostały do powrotu Annaleigh.
- A nawet niech to, co powiem będzie gigantycznym nietaktem - zniżył nieco głos na wypadek, gdyby jakieś wścibskie ucho chciało go podsłuchać - ale Ostara zawsze wydawała mi się nieco oziębła w zestawieniu z Beltane. Bo to też mi widowisko - stragany z nasionami. Miną dwa miesiące i wszyscy będą pamiętać tylko to, który mężczyzna tym razem najszybciej wspiął się na pal.
- Bardzo poetyckie ujęcie faktu, iż Wielka Brytania zmaga się aktualnie z wojną domową - przyznał, ale nie zrobił przy tym kroku w bok, aby zrobić swojemu asystentowi miejsce i umożliwić spacer obok nich, a nie za nimi. Zaraz po tym zwrócił się bezpośrednio do Lyssy. - To ci dopiero, że nie wyściubiłaś nosa z mojego mieszkania ani razu... Nie umiem inaczej wyjaśnić tego, żeś ominęła grozę wiszącą nad moim państwem. W tym roku obchodzić będziemy drugą rocznicę odkopania przez grupę rebeliantów sposobu myślenia sprzed kilku epok.
On również nie spodziewał się tego, aby jakikolwiek atak miał nastąpić akurat dzisiaj. Nie miało to jednak absolutnie nic wspólnego z polityką i (co zapewne by go wielce rozbawiło) wiarą w kompetencję obecnej Ministry Magii. Po prostu uznał, że gdyby miało wydarzyć się tu coś, co by wykraczało poza normalność, to akurat on musiałby takie zdarzenie dostrzec już wcześniej. Nie, nie miał zmysłów wyostrzonych bardziej niż żaden inny jasnowidz, ale... jego wielkie ego nie dopuszczało do jego myśli scenariusza, w którym mogłoby to potoczyć się choćby odrobinę inaczej.
- Potrzebują - powtórzył po nim, nie mając zamiaru zaprzeczyć jego myśli, nie omieszkał jednak dodać tu smutnej prawdy, jaka gnieździła się gdzieś w wielkim niedopowiedzeniu - ale najwyraźniej nie przeszkodziło to wielu w zrezygnowaniu z próby funkcjonowania normalnie. Widać tu po prostu gołym okiem, że te ataki, które miały miejsce w ostatnich latach, zasiały w sercach anglików ziarno grozy.
Takie drobne gesty jak delikatny uśmiech Trelwaneya, nawet jeżeli posłany w eter, niegdyś wprawiłyby Dolohova w zakłopotanie, a później go zaraził, wymuszając lekkie uniesienie kącików własnych ust w górę. Teraz jednak jego myśli zajęte były kimś innym. Nie przystało w towarzystwie zerkać na zegarek, a jednak Dolohov robił to dosyć regularnie, jakby odliczał czas pozostały do powrotu Annaleigh.
- A nawet niech to, co powiem będzie gigantycznym nietaktem - zniżył nieco głos na wypadek, gdyby jakieś wścibskie ucho chciało go podsłuchać - ale Ostara zawsze wydawała mi się nieco oziębła w zestawieniu z Beltane. Bo to też mi widowisko - stragany z nasionami. Miną dwa miesiące i wszyscy będą pamiętać tylko to, który mężczyzna tym razem najszybciej wspiął się na pal.
with all due respect, which is none