21.09.2024, 17:25 ✶
Uśmiechnął się pod nosem z wyższością. Tym wyraźnie, że wiedział, że nie mogła tego dostrzec pod osłoną grubego szalika, który miał na twarzy. Naprawdę usiłował przekazać tylko najważniejsze informacje wszystkim członkom grupy. Tak sobie założył na samym początku. No cóż. Usiłował, ale praktycznie od razu złapał się na tym, że prawdopodobnie mu się to nie powiedzie. Jak do tej pory dołączyła do niego tylko Geraldine a z nią ewidentnie nie umiał nie wymieniać (nie) uprzejmości. Czy czuł wyrzuty sumienia? W żadnym razie.
- Ależ Droga Geraldine - odparł, bo nie mógł jej określić Moja Droga.
Na to sobie nie pozwalał. Szczególnie, że to od niego wyszło pierwsze załamanie rozwijającej się relacji.
- Dawno temu ustaliliśmy, że świat kręci się wokół ciebie a my wszyscy jesteśmy po to, aby spełniać twe oczekiwania lub wypierdalać - był pozornie bardzo pogodny, ton jego głosu wyrażał lekkość a oczy mu błyszczały.
Oczywiście, że był całkowicie, niezaprzeczalnie niepoważny. Jeśli to ją miało podkurwić, to nie był jego problem. Jeśli to miała olać, również nie jego. A jeśli potrafiła mieć autoironiczne poczucie humoru? Także nie dałby sobie orderu za rozbawienie jej. Tak właściwie to nie wiedział, po co się angażuje w tę rozmowę. Najwyraźniej musieli coś robić, żeby nie tkwić w ciszy. Jakkolwiek ładny nie byłby widok pustych, spokojnych pól to ewidentnie nie była idylla przeznaczona dla nich.
A przynajmniej odkąd byli tu razem, bo wcześniej jak najbardziej doceniał ciszę i spokój. Był człowiekiem żyjącym w zgodzie z naturą. Takie widoki poruszały odpowiednie struny w jego duszy, podczas gdy za poruszenie tych niewłaściwych była teraz odpowiedzialna Geraldine Yaxley. Widocznie świat nie lubił dysharmonii.
- Znasz ten las? - Wbrew pozorom nie kwestionował jej umiejętności a wyłącznie pytał o szansę powodzenia.
Nie był człowiekiem, który należał do zbyt spokojnych czarodziejów, ale jednocześnie nie ładował się w niebezpieczeństwo bez jakichkolwiek potrzeby. Nawet jeśli tą potrzebą była impulsywność, jego działania zawsze były czymś dyktowane. Dopóki nie widział sensu w narażaniu się, ciężko go było przekonać do ruszenia dupy. Nie musiała go o nic prosić ani niczym zachęcać a jedynie przekazać swój punkt widzenia i pomysły.
- Otrzymałem za to godziwą zapłatę - zapewnił, żeby nie czuła się zobowiązana do niczego poza dalszym powracaniem do zdrowia.
Mimo że od tamtego czasu minęło już trochę, rekonwalescencja była stałym procesem. W takim przypadku najpewniej wieloletnim. Nawet, jeżeli rany fizyczne zdążyły się zagoić to pozostawała kwestia ran psychicznych. Tych nie dało się wyleczyć kilkoma eliksirami i plasterkiem. Coś o tym wiedział.
Nie chciał od niej wymuszonej wdzięczności. Pamiętał to, co wtedy mówiła. Nie omieszkał wspomnieć o swojej bardzo ocenionej pomocy. Wycenionej i ocenionej przez całą rodzinę Yaxleyówny, choć w przeciwieństwie do Geraldine po samym zabiegu, większość doceniała jego starania. Nie chciał skrywać urazy zbyt długo. Po trudnych wypadkach mówiło się różne rzeczy, jednakże nie zwykł przyjmować zawoalowanych przeprosin. Albo mu dziękowała, albo nie. To było takie proste.
- To było poza twoją kontrolą. Mogłaś, owszem, ale miałaś silną wolę przetrwania. Najważniejsze, że teraz doceniasz życie - wzruszył ramionami.
Ona zmieniła ton, on również nie planował być dłużej uszczypliwy czy ironiczny. Nie chciał być dla niej nieuprzejmy bez potrzeby. Przecież czekała ich dalsza współpraca w zakresie akcji ratunkowej. Równie dobrze mogli sobie nie wchodzić na głowy i nie grać na nerwach.
- Cieszę się, że jest lepiej, Geraldine - odezwał się cicho, pokiwał głową i wbił wzrok w pole, rozglądając się czy ktoś ktoś nie nadchodzi. Czas mijał a oni ciągle byli sami.
- Ależ Droga Geraldine - odparł, bo nie mógł jej określić Moja Droga.
Na to sobie nie pozwalał. Szczególnie, że to od niego wyszło pierwsze załamanie rozwijającej się relacji.
- Dawno temu ustaliliśmy, że świat kręci się wokół ciebie a my wszyscy jesteśmy po to, aby spełniać twe oczekiwania lub wypierdalać - był pozornie bardzo pogodny, ton jego głosu wyrażał lekkość a oczy mu błyszczały.
Oczywiście, że był całkowicie, niezaprzeczalnie niepoważny. Jeśli to ją miało podkurwić, to nie był jego problem. Jeśli to miała olać, również nie jego. A jeśli potrafiła mieć autoironiczne poczucie humoru? Także nie dałby sobie orderu za rozbawienie jej. Tak właściwie to nie wiedział, po co się angażuje w tę rozmowę. Najwyraźniej musieli coś robić, żeby nie tkwić w ciszy. Jakkolwiek ładny nie byłby widok pustych, spokojnych pól to ewidentnie nie była idylla przeznaczona dla nich.
A przynajmniej odkąd byli tu razem, bo wcześniej jak najbardziej doceniał ciszę i spokój. Był człowiekiem żyjącym w zgodzie z naturą. Takie widoki poruszały odpowiednie struny w jego duszy, podczas gdy za poruszenie tych niewłaściwych była teraz odpowiedzialna Geraldine Yaxley. Widocznie świat nie lubił dysharmonii.
- Znasz ten las? - Wbrew pozorom nie kwestionował jej umiejętności a wyłącznie pytał o szansę powodzenia.
Nie był człowiekiem, który należał do zbyt spokojnych czarodziejów, ale jednocześnie nie ładował się w niebezpieczeństwo bez jakichkolwiek potrzeby. Nawet jeśli tą potrzebą była impulsywność, jego działania zawsze były czymś dyktowane. Dopóki nie widział sensu w narażaniu się, ciężko go było przekonać do ruszenia dupy. Nie musiała go o nic prosić ani niczym zachęcać a jedynie przekazać swój punkt widzenia i pomysły.
- Otrzymałem za to godziwą zapłatę - zapewnił, żeby nie czuła się zobowiązana do niczego poza dalszym powracaniem do zdrowia.
Mimo że od tamtego czasu minęło już trochę, rekonwalescencja była stałym procesem. W takim przypadku najpewniej wieloletnim. Nawet, jeżeli rany fizyczne zdążyły się zagoić to pozostawała kwestia ran psychicznych. Tych nie dało się wyleczyć kilkoma eliksirami i plasterkiem. Coś o tym wiedział.
Nie chciał od niej wymuszonej wdzięczności. Pamiętał to, co wtedy mówiła. Nie omieszkał wspomnieć o swojej bardzo ocenionej pomocy. Wycenionej i ocenionej przez całą rodzinę Yaxleyówny, choć w przeciwieństwie do Geraldine po samym zabiegu, większość doceniała jego starania. Nie chciał skrywać urazy zbyt długo. Po trudnych wypadkach mówiło się różne rzeczy, jednakże nie zwykł przyjmować zawoalowanych przeprosin. Albo mu dziękowała, albo nie. To było takie proste.
- To było poza twoją kontrolą. Mogłaś, owszem, ale miałaś silną wolę przetrwania. Najważniejsze, że teraz doceniasz życie - wzruszył ramionami.
Ona zmieniła ton, on również nie planował być dłużej uszczypliwy czy ironiczny. Nie chciał być dla niej nieuprzejmy bez potrzeby. Przecież czekała ich dalsza współpraca w zakresie akcji ratunkowej. Równie dobrze mogli sobie nie wchodzić na głowy i nie grać na nerwach.
- Cieszę się, że jest lepiej, Geraldine - odezwał się cicho, pokiwał głową i wbił wzrok w pole, rozglądając się czy ktoś ktoś nie nadchodzi. Czas mijał a oni ciągle byli sami.