21.09.2024, 18:12 ✶
Jej dłonie wyglądały, jakby były pokryte siniakami; w nocy wykwitły na nich fioletowo-niebiesko-zielone plamy, niemalże wdzięcznie zdobiąc skórę kobiety. Podobny widok można było zastać, przyglądając się policzkowi Moiry - jednak wprawne oko po chwili zauważyłoby, że trudno tu mówić o jakichkolwiek obrażeniach.
Po prostu spędziła noc na malowaniu.
Niedbałym ruchem poprawiła naprędce spleciony warkocz, pozwalając mu opaść na tył czarnego płaszcza; dziś wspaniałomyślnie ubrała coś bardziej kwiecistego (i czystszego), niż zwykle, chociaż kłamstwem byłoby twierdzenie, że i temu ubiorowi udało się uciec niszczycielskiemu wpływowi nowych farb, które ostatnio sobie załatwiła. Może i były ciut za silne, może i plamy trudno schodziły, ale wszelki ten trud wynagradzał efekt, które pozostawiały na płótnie.
Stając wreszcie w progu, obejrzała się przez ramię; dym kadzideł, które wcześniej rozpaliła, leniwie unosił się w pomieszczeniu, spowijając już i tak rozanielonych gości przyjemnym odrętwieniem. Czasami zastanawiała się, jak to jest, unosić się tak w chmurach. Nieskończenie wiele razy już uchwycała to na swoich obrazach; niczym zamknięte za szkłem, to odczucie nie było przeznaczone dla niej. Jej wzrok przesunął się po porcelanowym dzbanku, który właśnie został przez kogoś podniesiony; ledwo chwilę obserwowała błysk płynu lanego do szklanki. W końcu nie wychodziła z Herbaciarni, by podziwiać to, co działo się w środku.
Lekkim krokiem znalazła się na zewnątrz, posyłając wokół siebie stukot słupkowych obcasów i wsunęła dłonie w kieszenie. Miejscówka? Baldwin i jego pomysły. Nigdy nie brała ich na poważnie, bo przecież wychodziły od niego - nie miała jednak dzisiaj nic lepszego do roboty, a skoro była mowa o sztuce i o tym, o czym rozmawiali ostatnim razem...
Ktoś leżał na ziemi; skąd indziej dobiegał krzyk, opleciony codziennym gwarem tych bardziej szemranych ulic. Światła świec przyjemnie migotały dookoła; część z nich była tymi, które Moira sama zrobiła. Niektóre były tymi mniej udanymi, które wyrzuciła ze swojego pokoju. Na Ścieżkach nic tak naprawdę się nie marnowało.
Bez trudu dostrzegła blond włosy, które zdawały się niczym latarnia w dali. Rezydenci zazwyczaj omijali właścicieli tych pukli szerokim łukiem; nikt nie chciał zadzierać z Malfoyami. Powinna się cieszyć, że ten jeden chciał zadzierać właśnie z nią?
Czy rzucić go na pożarcie Matce za to, że ośmielił się tu pokazać?
Mimo wszystko skierowała się w jego stronę dość leniwie, nie czując potrzeby spieszenia się dla kogoś takiego, jak on; chociaż dzielili zainteresowania, to jednak...
Chińskie szczury?
Uniosła wysoko brew, będąc już na tyle blisko, by móc usłyszeć część jego wypowiedzi. Bez większego zastanowienia wymierzyła mu, wciąż dość lekkie, kopnięcie w łydkę, a w jej oczach błysnęło poirytowanie.
— Uważaj, te chińskie szczury bardzo lubią pożerać blondasków — mruknęła, posyłając nieprzyjazne spojrzenie szczurowi, który wychylał głowę z kieszeni Baldwina. Gdyby była w swojej kociej formie, na pewno zapolowałaby na niego.
— Więc? Gdzie ta twoja wspaniała miejscówka? Czy faktycznie masz zamiar tu stać, aż coś cię nie pożre?
Po prostu spędziła noc na malowaniu.
Niedbałym ruchem poprawiła naprędce spleciony warkocz, pozwalając mu opaść na tył czarnego płaszcza; dziś wspaniałomyślnie ubrała coś bardziej kwiecistego (i czystszego), niż zwykle, chociaż kłamstwem byłoby twierdzenie, że i temu ubiorowi udało się uciec niszczycielskiemu wpływowi nowych farb, które ostatnio sobie załatwiła. Może i były ciut za silne, może i plamy trudno schodziły, ale wszelki ten trud wynagradzał efekt, które pozostawiały na płótnie.
Stając wreszcie w progu, obejrzała się przez ramię; dym kadzideł, które wcześniej rozpaliła, leniwie unosił się w pomieszczeniu, spowijając już i tak rozanielonych gości przyjemnym odrętwieniem. Czasami zastanawiała się, jak to jest, unosić się tak w chmurach. Nieskończenie wiele razy już uchwycała to na swoich obrazach; niczym zamknięte za szkłem, to odczucie nie było przeznaczone dla niej. Jej wzrok przesunął się po porcelanowym dzbanku, który właśnie został przez kogoś podniesiony; ledwo chwilę obserwowała błysk płynu lanego do szklanki. W końcu nie wychodziła z Herbaciarni, by podziwiać to, co działo się w środku.
Lekkim krokiem znalazła się na zewnątrz, posyłając wokół siebie stukot słupkowych obcasów i wsunęła dłonie w kieszenie. Miejscówka? Baldwin i jego pomysły. Nigdy nie brała ich na poważnie, bo przecież wychodziły od niego - nie miała jednak dzisiaj nic lepszego do roboty, a skoro była mowa o sztuce i o tym, o czym rozmawiali ostatnim razem...
Ktoś leżał na ziemi; skąd indziej dobiegał krzyk, opleciony codziennym gwarem tych bardziej szemranych ulic. Światła świec przyjemnie migotały dookoła; część z nich była tymi, które Moira sama zrobiła. Niektóre były tymi mniej udanymi, które wyrzuciła ze swojego pokoju. Na Ścieżkach nic tak naprawdę się nie marnowało.
Bez trudu dostrzegła blond włosy, które zdawały się niczym latarnia w dali. Rezydenci zazwyczaj omijali właścicieli tych pukli szerokim łukiem; nikt nie chciał zadzierać z Malfoyami. Powinna się cieszyć, że ten jeden chciał zadzierać właśnie z nią?
Czy rzucić go na pożarcie Matce za to, że ośmielił się tu pokazać?
Mimo wszystko skierowała się w jego stronę dość leniwie, nie czując potrzeby spieszenia się dla kogoś takiego, jak on; chociaż dzielili zainteresowania, to jednak...
Chińskie szczury?
Uniosła wysoko brew, będąc już na tyle blisko, by móc usłyszeć część jego wypowiedzi. Bez większego zastanowienia wymierzyła mu, wciąż dość lekkie, kopnięcie w łydkę, a w jej oczach błysnęło poirytowanie.
— Uważaj, te chińskie szczury bardzo lubią pożerać blondasków — mruknęła, posyłając nieprzyjazne spojrzenie szczurowi, który wychylał głowę z kieszeni Baldwina. Gdyby była w swojej kociej formie, na pewno zapolowałaby na niego.
— Więc? Gdzie ta twoja wspaniała miejscówka? Czy faktycznie masz zamiar tu stać, aż coś cię nie pożre?