21.09.2024, 21:25 ✶
- Za mocno sobie wzięłaś do serca maksymę, że zło nigdy nie odpoczywa? - Spytał trochę łagodniej niż przewidywał, uśmiechając się do niej również ciepłej niż miał to w planach. - Normalni ludzie niestety muszą. Nawet tacy twardzi jak ty - zapewnił, bo przez cały wieczór jej powtarzał, że nie była słaba, więc nie mógł teraz powiedzieć inaczej.
Chciał, żeby twardo stanęła na nogach, ale do tego potrzebowała wytrzeźwieć. Nawet tak tylko trochę. Aktualnie nawet wtedy, kiedy stała prosto to nie stała prosto. Bujała się mimo woli. Znał ten stan, bo był w nim nie raz nie dwa. Nawet razem setki razy pokonywali ten i inne dystanse do jej mieszkania. Lubił tę lokalizację, ale wdrapywanie się na samą górę wymagało bardzo dużo krzepy od pijanego człowieka. Całe szczęście tym razem był zupełnie trzeźwy. Całe nieszczęście, bo po pijaku może byłoby mu łatwiej zrozumieć Geraldine. Chociaż po prawdzie czy kiedykolwiek ją rozumiał? Czasami myślał, że tak a potem pokazywała mu, że nie.
- Jasne, że dasz, siłaczko - wyjątkowo nie próbował podważyć słów Geraldine, bo wolał się skupić na tym, żeby podtrzymywać ją na schodach.
Wbrew temu, co mówiła, on raczej z powątpiewaniem przyglądał się jej próbom pokonania niezliczonej ilości schodów. Kiedyś po pijaku próbował policzyć wszystkie stopnie. Kilka razy do tego podchodził. Za każdym razem nie na trzeźwo, bo na trzeźwo nie miał aż takich problemów z pokonywaniem odległości w górę. Kiedyś wielokrotnie żartował z tych poalkoholowych wojaży kończących się pokracznie, bo za każdym razem musieli jeszcze przebyć te metry na samą górę.
Teraz jak za dawnych czasów piął się po schodach, cały czas trzymając jedną rękę na krzyżu kobiety. Gotowy, żeby ją łapać w razie potrzeby. Zresztą szybko zmienił taktykę i znowu podparł ją sobie na ramieniu, ignorując ewentualnie pijackie protesty. Po drugiej stronie miała poręcz, więc jakoś im to szło. Nie za szybko, ale posuwali się do przodu kroczek po kroczku jak para staruszków, którą nie mieli być.
No. Może osobno tak. Nie razem. To jej obiecał nawet tego wieczoru. Załatwią problemy i wszystko się rozmyje tak jak powinno, włącznie z nim. Wyszedł ze swojego cienia, bo sytuacja tego wymagała, ale to nie znaczyło, że zmienił zdanie. Było im lepiej osobno. Razem stanowili zbyt wybuchową mieszankę. I nieważne, że to boleśnie szczypało w piersi. Przełknął tą gorycz raz, więc drugi również.
Teraz korzystał z myśli o tym, żeby zmobilizować swoje siły i dojść na górę bez dania Geraldine zwalić się ze schodów. Odetchnął z ulgą, kiedy znaleźli się na górze nie mijając nikogo po drodze. Niemal poprosił ją o przekazanie mu klucza, ale sama zabrała się za próby otwarcia zamka a on nie chciał się z nią kłócić na klatce schodowej, gdyby uparła się, że załatwi sprawę z wejściem do mieszkania. Wreszcie drzwi ustąpiły. Znaleźli się w mieszkaniu.
Ambroise cicho zamknął za nimi drzwi. Jak do tej pory zachowywali się znacznie ciszej niż przewidywał. Cieszyło go to. W końcu obiecał Geraldine, że uda się wejść niepostrzeżenie do mieszkania. Zrobił kilka kroków w stronę wnętrza korytarza nie zapalając światła, po czym przystanął na widok nieznanego zwierzęcia. Psa. Tak. Nawet jako ignorant w sprawach stworzeń wiedział, że to pies. Bez przesady. Natomiast nie znał go ani nigdy wcześniej nie widział. Szczęście w nieszczęściu zwierzę kompletnie go zignorowało.
- Masz tu jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć? - Spytał spokojnie z uniesionymi brwiami, gdy blondynka witała się z pupilem.
No tak. Geraldine miała pod opieką dwoje dzieciaków (w tym przynajmniej jednego ćpuna i prawdopodobnie co najmniej współuzależnienioną podlotkę). Do tego mieszkała także z psem. Gdzieś na pewno urzędowała jeszcze jakaś papuga a w którejś szafie podnajęła miejsce zaprzyjaźnionemu boginowi. Raz na jakiś czas wpadał do nich wszystkich jej nowonarodzony dwudziesto dziewięcioletni brat bliźniak. O północy urządzali sobie razem seanse w towarzystwie Florence Bulstrode, która przepowiadała im wszystkim przeszłość i ponurym głosem mówiła o rzeczach, które się już wydarzyły. Wtedy Geraldine wybuchała płaczem słabej kobiety, ale jej młodszy brat ćpun (bo bliźniak był po prostu pojebany) był tak miły, żeby ograniczyć gryzienie słabowitej siostry. Nawet na chwilę przestawał szarpać się na kanapie, do której go przywiązywano za ręce i nogi (to dlatego zęby były jego jedyną bronią), bo szanował te rodzinne chwile.
Standardowy dzień w melinie Yaxleyówny w środku magicznego Londynu, w którym jej pies szczekał dupą a marzenia się spełniały. Greengrass nie miał już żadnych pytań. Zresztą prawdopodobne, że nie dostałby odpowiedzi, bo tak wyglądał ten wieczór, że mało co było mu szczegółowo wyjaśniane.
- Idę - odpowiedział cicho, dając się pociągnąć za rękę, ale trochę sztywno ruszając w tamtym kierunku.
Dziwnie było nie być pijanym ani w żaden sposób zaaferowanym wizytą a jednak powtarzać znajome kroki w znanym mieszkaniu. W ciemnościach nie widział czy coś się zmieniło. To nasuwało wspomnienia, których nie chciał.
Chciał, żeby twardo stanęła na nogach, ale do tego potrzebowała wytrzeźwieć. Nawet tak tylko trochę. Aktualnie nawet wtedy, kiedy stała prosto to nie stała prosto. Bujała się mimo woli. Znał ten stan, bo był w nim nie raz nie dwa. Nawet razem setki razy pokonywali ten i inne dystanse do jej mieszkania. Lubił tę lokalizację, ale wdrapywanie się na samą górę wymagało bardzo dużo krzepy od pijanego człowieka. Całe szczęście tym razem był zupełnie trzeźwy. Całe nieszczęście, bo po pijaku może byłoby mu łatwiej zrozumieć Geraldine. Chociaż po prawdzie czy kiedykolwiek ją rozumiał? Czasami myślał, że tak a potem pokazywała mu, że nie.
- Jasne, że dasz, siłaczko - wyjątkowo nie próbował podważyć słów Geraldine, bo wolał się skupić na tym, żeby podtrzymywać ją na schodach.
Wbrew temu, co mówiła, on raczej z powątpiewaniem przyglądał się jej próbom pokonania niezliczonej ilości schodów. Kiedyś po pijaku próbował policzyć wszystkie stopnie. Kilka razy do tego podchodził. Za każdym razem nie na trzeźwo, bo na trzeźwo nie miał aż takich problemów z pokonywaniem odległości w górę. Kiedyś wielokrotnie żartował z tych poalkoholowych wojaży kończących się pokracznie, bo za każdym razem musieli jeszcze przebyć te metry na samą górę.
Teraz jak za dawnych czasów piął się po schodach, cały czas trzymając jedną rękę na krzyżu kobiety. Gotowy, żeby ją łapać w razie potrzeby. Zresztą szybko zmienił taktykę i znowu podparł ją sobie na ramieniu, ignorując ewentualnie pijackie protesty. Po drugiej stronie miała poręcz, więc jakoś im to szło. Nie za szybko, ale posuwali się do przodu kroczek po kroczku jak para staruszków, którą nie mieli być.
No. Może osobno tak. Nie razem. To jej obiecał nawet tego wieczoru. Załatwią problemy i wszystko się rozmyje tak jak powinno, włącznie z nim. Wyszedł ze swojego cienia, bo sytuacja tego wymagała, ale to nie znaczyło, że zmienił zdanie. Było im lepiej osobno. Razem stanowili zbyt wybuchową mieszankę. I nieważne, że to boleśnie szczypało w piersi. Przełknął tą gorycz raz, więc drugi również.
Teraz korzystał z myśli o tym, żeby zmobilizować swoje siły i dojść na górę bez dania Geraldine zwalić się ze schodów. Odetchnął z ulgą, kiedy znaleźli się na górze nie mijając nikogo po drodze. Niemal poprosił ją o przekazanie mu klucza, ale sama zabrała się za próby otwarcia zamka a on nie chciał się z nią kłócić na klatce schodowej, gdyby uparła się, że załatwi sprawę z wejściem do mieszkania. Wreszcie drzwi ustąpiły. Znaleźli się w mieszkaniu.
Ambroise cicho zamknął za nimi drzwi. Jak do tej pory zachowywali się znacznie ciszej niż przewidywał. Cieszyło go to. W końcu obiecał Geraldine, że uda się wejść niepostrzeżenie do mieszkania. Zrobił kilka kroków w stronę wnętrza korytarza nie zapalając światła, po czym przystanął na widok nieznanego zwierzęcia. Psa. Tak. Nawet jako ignorant w sprawach stworzeń wiedział, że to pies. Bez przesady. Natomiast nie znał go ani nigdy wcześniej nie widział. Szczęście w nieszczęściu zwierzę kompletnie go zignorowało.
- Masz tu jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć? - Spytał spokojnie z uniesionymi brwiami, gdy blondynka witała się z pupilem.
No tak. Geraldine miała pod opieką dwoje dzieciaków (w tym przynajmniej jednego ćpuna i prawdopodobnie co najmniej współuzależnienioną podlotkę). Do tego mieszkała także z psem. Gdzieś na pewno urzędowała jeszcze jakaś papuga a w którejś szafie podnajęła miejsce zaprzyjaźnionemu boginowi. Raz na jakiś czas wpadał do nich wszystkich jej nowonarodzony dwudziesto dziewięcioletni brat bliźniak. O północy urządzali sobie razem seanse w towarzystwie Florence Bulstrode, która przepowiadała im wszystkim przeszłość i ponurym głosem mówiła o rzeczach, które się już wydarzyły. Wtedy Geraldine wybuchała płaczem słabej kobiety, ale jej młodszy brat ćpun (bo bliźniak był po prostu pojebany) był tak miły, żeby ograniczyć gryzienie słabowitej siostry. Nawet na chwilę przestawał szarpać się na kanapie, do której go przywiązywano za ręce i nogi (to dlatego zęby były jego jedyną bronią), bo szanował te rodzinne chwile.
Standardowy dzień w melinie Yaxleyówny w środku magicznego Londynu, w którym jej pies szczekał dupą a marzenia się spełniały. Greengrass nie miał już żadnych pytań. Zresztą prawdopodobne, że nie dostałby odpowiedzi, bo tak wyglądał ten wieczór, że mało co było mu szczegółowo wyjaśniane.
- Idę - odpowiedział cicho, dając się pociągnąć za rękę, ale trochę sztywno ruszając w tamtym kierunku.
Dziwnie było nie być pijanym ani w żaden sposób zaaferowanym wizytą a jednak powtarzać znajome kroki w znanym mieszkaniu. W ciemnościach nie widział czy coś się zmieniło. To nasuwało wspomnienia, których nie chciał.