21.09.2024, 22:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2024, 22:24 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Niestety myli mnie Panienka Łowcza z jałówką czy innym jelonkiem - odrzekł gładko z uniesionymi brwiami. - Niemniej oddalę się z równą gracją specjalnie na życzenie Pani- zapewnił w ramach tej ich szczególnej interakcji towarzyskiej.
Pełna kultura, oczywiście. Właśnie taka powinna obowiązywać w wyższych sferach. Oboje byli ludźmi wysokiego stanu. Bawiło go to, że ich dotychczasowe interakcje przebiegały bardzo różnie. Niemalże skrajnie i to częstokroć na przestrzeni jednej rozmowy. Ich początkowe relacje także wyglądały diametralnie inaczej od tych teraz.
Nie wydawało mu się, żeby miał czego żałować, ale parokrotnie zastanawiał się, co by było, gdyby nie odtrącił tamtej wyciągniętej ręki. Jednakże to nie byłoby w jego stylu a on niemal zawsze działał w pierwszej kolejności z samym sobą. Dopiero na kolejnych miejscach była rodzina, powołanie, bliscy mu ludzie z otoczenia i tak dalej. Gdzieś tam nawet prawo, choć ten wypad teraz był świadectwem, że prawo mógł adekwatnie naginać, jeśli miał taką potrzebę.
Z prawem bywał na bakier. Nie wszystkie reguły miały dla niego sens. Nie czuł respektu wobec czegoś, co głównie było dyktowane strachem. Kiedyś nawet odbył taką rozmowę z kobietą, z którą się teraz kłócił a niedługo potem los podłożył im okazję do udowodnienia, że wymiar sprawiedliwości nie był sprawiedliwy. Gdyby postanowili zgłosić się z trupem do stróżów prawa, prawdopodobnie stałyby się dużo gorsze rzeczy. Ponieśliby nieswoje konsekwencje cięższe od wyrzutów sumienia i koszmarów sennych a także poróżnienia się wtedy w szklarni.
Nie wyszło źle, ale mogło być gorzej. Tym bardziej, że ich prawdziwe kolory wychodziły właśnie teraz, kiedy za sobą nie przepadali. Znacznie ciężej byłoby, gdyby to się działo, podczas gdy próbowaliby się zaprzyjaźnić. Tu nie było już co popsuć.
- Znowu próbujemy uratować kogoś, kto najprawdopodobniej jest już martwy - zauważył uprzejmie, bo chyba zapomniała, jaka to była misja ratunkowa. - Więc czy ja wiem. Jak dla mnie możesz sądzić cokolwiek.
Jeśli to jej ułatwiało pozostanie w koncentracji to jasne. Teraz było łatwiej. Był dzień. Słońce miało dopiero wstać a nie zachodzić. Nie padał śnieg ani tym bardziej nie było zamieci śnieżnej. Szli, żeby nieść pomoc a nie trupa. Okoliczności idealne. Niemalże, bo w opuszczonej posiadłości mogli znaleźć niemal cokolwiek. Od trupów po szabrowników, niebezpieczne zjawy, opętanych ludzi, magiczne bestie czy groźne rośliny.
Ambroise pamiętał ten fragment o jedynym uciekinierze na stałe już teraz zamkniętym w Lecznicy Dusz. Ciekawiło go czy do Geraldine też to dotarło, bo jeśli tak to ani trochę się tym nie przejęła. Typowa poszukiwaczka adrenaliny. To go niespecjalnie dziwiło. Zastanawiał się wyłącznie jak szybko mogła odzrobić jego starania przywrócenia jej do dobrego stanu zdrowia.
- W końcu jesteś jego najdroższą córką - podsumował bez zawahania, wzruszając ramionami.
Jak na jego oko, pewnie niedługo miała znowu wylądować na stole. Nie dawał jej nawet okrągłych tygodni. Raczej to była kwestia dni. Kiedy oznajmiła, że idzie sama, postanowił zmienić to na godziny albo minuty. Standardowo wzruszył ramionami.
- Mam ci życzyć powodzenia? - Spytał, taksując ją wzrokiem i pozwalając jej odejść zanim w ogóle zaczął podejmować jakąkolwiek decyzję.
Niespiesznie spojrzał na zegarek, westchnął i wygodniej oparł się o drzewo. W tej pozycji odczekał kolejne minuty, po których upływie znów westchnął. Nikt się nie pojawił a on chyba nie chciał wracać do domu z całkowicie pustymi rękami. Równie dobrze mógł się rozejrzeć po okolicy, więc niespiesznie ruszył po lekko zasypanych śladach kobiety. Nie spieszył się, żeby ją dogonić.
Pełna kultura, oczywiście. Właśnie taka powinna obowiązywać w wyższych sferach. Oboje byli ludźmi wysokiego stanu. Bawiło go to, że ich dotychczasowe interakcje przebiegały bardzo różnie. Niemalże skrajnie i to częstokroć na przestrzeni jednej rozmowy. Ich początkowe relacje także wyglądały diametralnie inaczej od tych teraz.
Nie wydawało mu się, żeby miał czego żałować, ale parokrotnie zastanawiał się, co by było, gdyby nie odtrącił tamtej wyciągniętej ręki. Jednakże to nie byłoby w jego stylu a on niemal zawsze działał w pierwszej kolejności z samym sobą. Dopiero na kolejnych miejscach była rodzina, powołanie, bliscy mu ludzie z otoczenia i tak dalej. Gdzieś tam nawet prawo, choć ten wypad teraz był świadectwem, że prawo mógł adekwatnie naginać, jeśli miał taką potrzebę.
Z prawem bywał na bakier. Nie wszystkie reguły miały dla niego sens. Nie czuł respektu wobec czegoś, co głównie było dyktowane strachem. Kiedyś nawet odbył taką rozmowę z kobietą, z którą się teraz kłócił a niedługo potem los podłożył im okazję do udowodnienia, że wymiar sprawiedliwości nie był sprawiedliwy. Gdyby postanowili zgłosić się z trupem do stróżów prawa, prawdopodobnie stałyby się dużo gorsze rzeczy. Ponieśliby nieswoje konsekwencje cięższe od wyrzutów sumienia i koszmarów sennych a także poróżnienia się wtedy w szklarni.
Nie wyszło źle, ale mogło być gorzej. Tym bardziej, że ich prawdziwe kolory wychodziły właśnie teraz, kiedy za sobą nie przepadali. Znacznie ciężej byłoby, gdyby to się działo, podczas gdy próbowaliby się zaprzyjaźnić. Tu nie było już co popsuć.
- Znowu próbujemy uratować kogoś, kto najprawdopodobniej jest już martwy - zauważył uprzejmie, bo chyba zapomniała, jaka to była misja ratunkowa. - Więc czy ja wiem. Jak dla mnie możesz sądzić cokolwiek.
Jeśli to jej ułatwiało pozostanie w koncentracji to jasne. Teraz było łatwiej. Był dzień. Słońce miało dopiero wstać a nie zachodzić. Nie padał śnieg ani tym bardziej nie było zamieci śnieżnej. Szli, żeby nieść pomoc a nie trupa. Okoliczności idealne. Niemalże, bo w opuszczonej posiadłości mogli znaleźć niemal cokolwiek. Od trupów po szabrowników, niebezpieczne zjawy, opętanych ludzi, magiczne bestie czy groźne rośliny.
Ambroise pamiętał ten fragment o jedynym uciekinierze na stałe już teraz zamkniętym w Lecznicy Dusz. Ciekawiło go czy do Geraldine też to dotarło, bo jeśli tak to ani trochę się tym nie przejęła. Typowa poszukiwaczka adrenaliny. To go niespecjalnie dziwiło. Zastanawiał się wyłącznie jak szybko mogła odzrobić jego starania przywrócenia jej do dobrego stanu zdrowia.
- W końcu jesteś jego najdroższą córką - podsumował bez zawahania, wzruszając ramionami.
Jak na jego oko, pewnie niedługo miała znowu wylądować na stole. Nie dawał jej nawet okrągłych tygodni. Raczej to była kwestia dni. Kiedy oznajmiła, że idzie sama, postanowił zmienić to na godziny albo minuty. Standardowo wzruszył ramionami.
- Mam ci życzyć powodzenia? - Spytał, taksując ją wzrokiem i pozwalając jej odejść zanim w ogóle zaczął podejmować jakąkolwiek decyzję.
Niespiesznie spojrzał na zegarek, westchnął i wygodniej oparł się o drzewo. W tej pozycji odczekał kolejne minuty, po których upływie znów westchnął. Nikt się nie pojawił a on chyba nie chciał wracać do domu z całkowicie pustymi rękami. Równie dobrze mógł się rozejrzeć po okolicy, więc niespiesznie ruszył po lekko zasypanych śladach kobiety. Nie spieszył się, żeby ją dogonić.