22.09.2024, 10:00 ✶
Parsknął.
- Poleciłbym się na przyszłość, ale nie - zaznaczył zgodnie z tym, co kiedyś ustalili.
Nie polecał się do usług Yaxleyównie, bo nie chciał być jej przyjacielem. Z drugiej strony już raz pogardziła jego usługami i odesłała go do domu, mimo że było to wtedy wbrew wszelkim prawom logiki. Nie zamierzał proponować jej tego ponownie. Miał swoją godność. Nie współpracował tam, gdzie go nie chciano. Ich potencjalna wspólna wyprawa była wynikiem przypadku. Chciał ją odbyć i (jak ją zapewnił) ochoczo wypierdalać. Szczególnie, że los mógł nie być po ich stronie.
- Odkąd jedyny uciekinier z naszego miejsca drapie ściany w Lecznicy Dusz - skwitował poważnie, bo jeśli o tym nie słyszała to była najwyższa pora, żeby ją uświadomił. - Ja też nie pałam taką chęcią - odpowiedział zgodnie z prawdą.
Zresztą im nie płacono za chowanie ludzi. Mieli ich odnaleźć. Najlepiej w jednym kawałku, w którym zaginieni sami o własnych siłach mogliby opuścić gęstwinę. Jeśli znaleźliby trupy, pewnie mieliby trochę większy problem ze sprowadzeniem ciał i zagubionego towaru. O tym ostatnim też musieli pamiętać. Ambroise podejrzewał, że we wszystkim nawet bardziej chodziło o to, co mieli przy sobie tamci ludzie niż o samych zagubionych. Oczywiście nie mówił tego na głos. Pewne rzeczy wolał okryć milczeniem.
- Wybacz, ale nie zrozumiem - stwierdził bez większego rozemocjonowania, wzruszając ramionami.
Nie wiedział ile o nim słyszała. Tak właściwie to nie bardzo go to obchodziło. Miał to gdzieś dokładnie tak jak ona zapewne miała jego i jego prywatę. Nie był jedyną córką. To było raczej logiczne i nie do podważenia. Chodziło mu raczej o to, że nie był też tym wyjątkowym, ukochanym synem. Jasne. Ojciec go kochał, ale nie uwielbiał. Od tego miał swoją młodą żonę i Roselyn, która była tym oczkiem w głowie. Jako syn, Ambroise miał inne zadania do wypełnienia niż bycie rodzinną perełką.
- Jak tam sobie chcesz - odpowiedział za nią zanim nie oddaliła się i zniknęła w lesie.
Odprowadził ją wzrokiem przez całą łąkę zanim nie zaczął podejmować decyzji o zaczekaniu, pójściu za Geraldine, powrocie do domu lub jakiekolwiek inne opcje tam miał. Każda miała swoje zalety i wady. Byłoby łatwiej, gdyby ktoś się pojawił na miejscu spotkania, bo w większej grupie można było liczyć na wzrost bezpieczeństwa. Z drugiej strony, chyba nie chciał współpracować ze spóźnialskimi olewającymi terminy. Nie za bardzo też chciał wracać z pustymi rękami, więc zdecydował się na ten spacer za Yaxleyówną, którą najwyraźniej solidnie tym zaskoczył.
Nie uniósł rąk do góry ani nic. Kiedy wycelowała w niego kuszę posłał jej pytające spojrzenie. Sądził, że lepiej rozpoznawała ludzi od zwierząt. W końcu szedł cicho, ale nie usiłował być przesadnie łowczy. Nie chciał dostać strzałą. No bez przesady.
- Mówiłem. Nie jestem jałówką ani jelonkiem - skomentował, mijając ją spokojnym krokiem.
Na ten moment nie miał żadnego problemu z poruszaniem się po gęstym lesie. Przypominał mu jego własną głuszę. Był przyzwyczajony do cichego poruszania się po Kniei, żeby nie płoszyć tam magicznych i niemagicznych zwierząt a także z powodzeniem obserwować otoczenie. Nawet na swoich znajomych terenach czaiło się nieoczekiwane niebezpieczeństwo gotowe zaatakować znienacka, więc tym bardziej tutaj w nieznajomej gęstwinie uważał na każdy krok. Otwarcie dawał Geraldine do zrozumienia, że nie musi go traktować jak laika. Zresztą powinna domyślić się, że z lasami bywał bardziej za pan brat niż z miejskimi zaułkami.
Bez problemu mniej więcej zorientował się w kierunku, w którym miałby stać pałacyk. Choć słońce nie za bardzo docierało do nich przez zimozielone liście i gęsto poplątane gałęzie drzew, nie było aż tak źle jak można byłoby zakładać. Zresztą zaraz miał nadejść wschód słońca i otoczenie miało stać się jeszcze jaśniejsze.
Niemal w tym samym momencie, w którym o tym pomyślał natrafił na nadkruszony, rozsypany do połowy słupek ogrodzeniowy z bardzo starej cegły. Najwyraźniej gdzieś tu zaczynał się dawny teren dworku, choć niewiele to dawało, bo posiadłość w lesie miała być rzekomo gigantyczna. Informowano ich o wielu kilometrach drogi, ale przynajmniej szli w dobrą stronę.
- Poleciłbym się na przyszłość, ale nie - zaznaczył zgodnie z tym, co kiedyś ustalili.
Nie polecał się do usług Yaxleyównie, bo nie chciał być jej przyjacielem. Z drugiej strony już raz pogardziła jego usługami i odesłała go do domu, mimo że było to wtedy wbrew wszelkim prawom logiki. Nie zamierzał proponować jej tego ponownie. Miał swoją godność. Nie współpracował tam, gdzie go nie chciano. Ich potencjalna wspólna wyprawa była wynikiem przypadku. Chciał ją odbyć i (jak ją zapewnił) ochoczo wypierdalać. Szczególnie, że los mógł nie być po ich stronie.
- Odkąd jedyny uciekinier z naszego miejsca drapie ściany w Lecznicy Dusz - skwitował poważnie, bo jeśli o tym nie słyszała to była najwyższa pora, żeby ją uświadomił. - Ja też nie pałam taką chęcią - odpowiedział zgodnie z prawdą.
Zresztą im nie płacono za chowanie ludzi. Mieli ich odnaleźć. Najlepiej w jednym kawałku, w którym zaginieni sami o własnych siłach mogliby opuścić gęstwinę. Jeśli znaleźliby trupy, pewnie mieliby trochę większy problem ze sprowadzeniem ciał i zagubionego towaru. O tym ostatnim też musieli pamiętać. Ambroise podejrzewał, że we wszystkim nawet bardziej chodziło o to, co mieli przy sobie tamci ludzie niż o samych zagubionych. Oczywiście nie mówił tego na głos. Pewne rzeczy wolał okryć milczeniem.
- Wybacz, ale nie zrozumiem - stwierdził bez większego rozemocjonowania, wzruszając ramionami.
Nie wiedział ile o nim słyszała. Tak właściwie to nie bardzo go to obchodziło. Miał to gdzieś dokładnie tak jak ona zapewne miała jego i jego prywatę. Nie był jedyną córką. To było raczej logiczne i nie do podważenia. Chodziło mu raczej o to, że nie był też tym wyjątkowym, ukochanym synem. Jasne. Ojciec go kochał, ale nie uwielbiał. Od tego miał swoją młodą żonę i Roselyn, która była tym oczkiem w głowie. Jako syn, Ambroise miał inne zadania do wypełnienia niż bycie rodzinną perełką.
- Jak tam sobie chcesz - odpowiedział za nią zanim nie oddaliła się i zniknęła w lesie.
Odprowadził ją wzrokiem przez całą łąkę zanim nie zaczął podejmować decyzji o zaczekaniu, pójściu za Geraldine, powrocie do domu lub jakiekolwiek inne opcje tam miał. Każda miała swoje zalety i wady. Byłoby łatwiej, gdyby ktoś się pojawił na miejscu spotkania, bo w większej grupie można było liczyć na wzrost bezpieczeństwa. Z drugiej strony, chyba nie chciał współpracować ze spóźnialskimi olewającymi terminy. Nie za bardzo też chciał wracać z pustymi rękami, więc zdecydował się na ten spacer za Yaxleyówną, którą najwyraźniej solidnie tym zaskoczył.
Nie uniósł rąk do góry ani nic. Kiedy wycelowała w niego kuszę posłał jej pytające spojrzenie. Sądził, że lepiej rozpoznawała ludzi od zwierząt. W końcu szedł cicho, ale nie usiłował być przesadnie łowczy. Nie chciał dostać strzałą. No bez przesady.
- Mówiłem. Nie jestem jałówką ani jelonkiem - skomentował, mijając ją spokojnym krokiem.
Na ten moment nie miał żadnego problemu z poruszaniem się po gęstym lesie. Przypominał mu jego własną głuszę. Był przyzwyczajony do cichego poruszania się po Kniei, żeby nie płoszyć tam magicznych i niemagicznych zwierząt a także z powodzeniem obserwować otoczenie. Nawet na swoich znajomych terenach czaiło się nieoczekiwane niebezpieczeństwo gotowe zaatakować znienacka, więc tym bardziej tutaj w nieznajomej gęstwinie uważał na każdy krok. Otwarcie dawał Geraldine do zrozumienia, że nie musi go traktować jak laika. Zresztą powinna domyślić się, że z lasami bywał bardziej za pan brat niż z miejskimi zaułkami.
Bez problemu mniej więcej zorientował się w kierunku, w którym miałby stać pałacyk. Choć słońce nie za bardzo docierało do nich przez zimozielone liście i gęsto poplątane gałęzie drzew, nie było aż tak źle jak można byłoby zakładać. Zresztą zaraz miał nadejść wschód słońca i otoczenie miało stać się jeszcze jaśniejsze.
Niemal w tym samym momencie, w którym o tym pomyślał natrafił na nadkruszony, rozsypany do połowy słupek ogrodzeniowy z bardzo starej cegły. Najwyraźniej gdzieś tu zaczynał się dawny teren dworku, choć niewiele to dawało, bo posiadłość w lesie miała być rzekomo gigantyczna. Informowano ich o wielu kilometrach drogi, ale przynajmniej szli w dobrą stronę.