22.09.2024, 13:08 ✶
- Przesadzasz - odparł, bo czegoś takiego to nie powiedział. - Ale jak tam sobie chcesz. To twoja interpretacja - stwierdził bez konieczności dyskusji.
Nie chciał się przyjaźnić a nie całkowicie nie mieć nic wspólnego. To była różnica. Nie musiała aż tak przesadzać. Jasne. On też nie, ale nie zwykł być pierwszą osobą wyciągającą rękę na zgodę. Równie dobrze to mogła być Geraldine. Tym bardziej, że podczas ich ostatniego spotkania to nie on zachował się jak ostatni dupek. Trochę jak buc, okay, ale Yaxleyówna wygrała konkurs na gorsze potraktowanie rozmówcy. Tym bardziej, że ocalił jej wtedy życie i zdrowie.
- Tym bym się nie przejmował na twoim miejscu - poczuł się zobowiązany, aby skomentować jej sugestię, że w ogóle doczekałaby pobytu w Lecznicy Dusz. - Z twoimi nawykami uda ci się zginać zanim oszalejesz - może nie powinien tak mówić, ale niespecjalnie się przejmował.
Odkąd przestali przejmować się swoimi wzajemnymi uczuciami ich rozmowy przynajmniej stały się mniej przekombinowane. Nie musieli się powstrzymywać przed komentarzami. Korzystał z tego, bo nieczęsto mógł nie przejmować się tym, co będzie, jeśli powie to, co myśli. Zazwyczaj i tak to mówił. Nie zwykł się powstrzymywać, kiedy pragnął być szczery, ale ta sytuacja była wygodna mimo bycia niewygodną. Ich współpraca musiała być skuteczna a nie przyjemna.
- Wybitna z ciebie Łowcza, Yaxley, skoro polujesz na osły w lesie - skwitował również nie dając jej do zrozumienia, że żartuje albo wręcz przeciwnie: że chce się odgryźć za urazę.
Nie ruszyła go ta docinka. Nie poczuł się ani obrażony ani nawet jakoś specjalnie poruszony. O rozbawienie również było trudno. Ich dyskusje nie były najwyższych lotów. Oboje mogli sobie pozwolić na znacznie bardziej wyszukane inwektywy, jeżeliby tego potrzebowali. Wyzywanie go od osłów brzmiało bardziej jak coś na początki Hogwartu. Yaxleyównie nie chciało się postarać, więc Greengrass nie przyjmował takiej urazy. Co innego, gdyby nawrzucała mu od zdziczałych psów. Wtedy mógłby ją pogryźć jak przystało na taką bestię.
- Jest cicho i spokojnie. Nie wyczuwam tu nic, co miałoby świadczyć o tym, że ten teren jest nawiedzony a przecież weszliśmy na działkę przynależną posiadłości - zauważył cicho na pytanie.
Przy przyjmowaniu zlecenia został uprzedzony, że mieli wejść do bardzo nieprzyjaznego, mrocznego miejsca potencjalnie opanowanego przez ciemne siły. Atmosfera miała być przytłaczająca a teren nieprzyjazny i przyprawiający o ciary na ciele. Aurę posiadłości mieli odczuwać przez cały wielokilometrowy spacer. Aczkolwiek tak nie było. Nie odczuwał żadnej różnicy. To było najbardziej podejrzane.
Nie chciał się przyjaźnić a nie całkowicie nie mieć nic wspólnego. To była różnica. Nie musiała aż tak przesadzać. Jasne. On też nie, ale nie zwykł być pierwszą osobą wyciągającą rękę na zgodę. Równie dobrze to mogła być Geraldine. Tym bardziej, że podczas ich ostatniego spotkania to nie on zachował się jak ostatni dupek. Trochę jak buc, okay, ale Yaxleyówna wygrała konkurs na gorsze potraktowanie rozmówcy. Tym bardziej, że ocalił jej wtedy życie i zdrowie.
- Tym bym się nie przejmował na twoim miejscu - poczuł się zobowiązany, aby skomentować jej sugestię, że w ogóle doczekałaby pobytu w Lecznicy Dusz. - Z twoimi nawykami uda ci się zginać zanim oszalejesz - może nie powinien tak mówić, ale niespecjalnie się przejmował.
Odkąd przestali przejmować się swoimi wzajemnymi uczuciami ich rozmowy przynajmniej stały się mniej przekombinowane. Nie musieli się powstrzymywać przed komentarzami. Korzystał z tego, bo nieczęsto mógł nie przejmować się tym, co będzie, jeśli powie to, co myśli. Zazwyczaj i tak to mówił. Nie zwykł się powstrzymywać, kiedy pragnął być szczery, ale ta sytuacja była wygodna mimo bycia niewygodną. Ich współpraca musiała być skuteczna a nie przyjemna.
- Wybitna z ciebie Łowcza, Yaxley, skoro polujesz na osły w lesie - skwitował również nie dając jej do zrozumienia, że żartuje albo wręcz przeciwnie: że chce się odgryźć za urazę.
Nie ruszyła go ta docinka. Nie poczuł się ani obrażony ani nawet jakoś specjalnie poruszony. O rozbawienie również było trudno. Ich dyskusje nie były najwyższych lotów. Oboje mogli sobie pozwolić na znacznie bardziej wyszukane inwektywy, jeżeliby tego potrzebowali. Wyzywanie go od osłów brzmiało bardziej jak coś na początki Hogwartu. Yaxleyównie nie chciało się postarać, więc Greengrass nie przyjmował takiej urazy. Co innego, gdyby nawrzucała mu od zdziczałych psów. Wtedy mógłby ją pogryźć jak przystało na taką bestię.
- Jest cicho i spokojnie. Nie wyczuwam tu nic, co miałoby świadczyć o tym, że ten teren jest nawiedzony a przecież weszliśmy na działkę przynależną posiadłości - zauważył cicho na pytanie.
Przy przyjmowaniu zlecenia został uprzedzony, że mieli wejść do bardzo nieprzyjaznego, mrocznego miejsca potencjalnie opanowanego przez ciemne siły. Atmosfera miała być przytłaczająca a teren nieprzyjazny i przyprawiający o ciary na ciele. Aurę posiadłości mieli odczuwać przez cały wielokilometrowy spacer. Aczkolwiek tak nie było. Nie odczuwał żadnej różnicy. To było najbardziej podejrzane.