22.09.2024, 19:31 ✶
- Bez wątpienia możesz nawet jako ta jaskółka odlecieć, ale niepotrzebnie - uśmiechnął się półgębkiem.
To była ta skłonność do udowadniania mu swojej racji, którą u niej znał. Miło było zobaczyć coś normalnego w jej zachowaniu. Nie do końca się zmieniła przez ten cały czas. Trochę mu ulżyło. Zaczynała wracać do normalności. Nawet skłaniała się ku żartom.
- Postaram się zapamiętać - zapewnił porozumiewawczo, mrugając do niej, choć w gardle nadal czuł suchość spowodowaną niedawnym zaniepokojeniem. - Żebyś nie żałowała prawdomówności rano - dodał.
Miło było normalnie porozmawiać. No. Jeżeli ich rozmowa mogła być normalna, bo on był trzeźwy a ona kompletnie zalana. Mimo to szło im nieźle. Jeszcze do tej pory się nie pokłócili a na nich to było całkiem przyzwoite osiągnięcie. Mógłby niemal zagwarantować, że w spokoju dotrą do pokoju Geraldine, gdzie jakoś przekona ją do pójścia spać. Niemalże witał się z gąską i...
...wtedy oślepiło go światło. Zamrugał próbując wyostrzyć obraz i szukając źródła znajomego głosu. Dawno nie widział właściciela charakterystycznego tonu i znowu...
...wow. Brat Geraldine wyglądał naprawdę chujowo. Gdyby nie to, że przed nimi stał i poruszał ustami, Ambroise zastanawiałby się, kto go pobił, otruł, zakopał, wykopał, powtórzył cztery razy, później przeżuł, wypluł i pozwolił wrócić do mieszkania leczyć rany. No. Ambroise może trochę przesadził, ale dawno nie widział kogoś jednocześnie wyglądającego na tak niedospanego i pobudzonego. To było nie lada dokonanie, bo Greengrass pracował na oddziale zatruć eliksiralnych i roślinnych a tam każdego dnia pojawiali się potruci, szarozieloni pacjenci.
- Astaroth - spokojnie kiwnął głową i ani na chwilę nie spuścił wzroku z brata Geraldine.
Swobodnie odwzajemniał spojrzenie. Pierwsza sprawa, że nieczęsto odczuwał zażenowanie. Druga sprawa, że miał czyste ręce. Nie zawsze myśli, ale w tym wypadku te też miał nieskazitelne. Nie wykorzystałby sytuacji, bo to by było bardzo niskie zagranie. Zwłaszcza, że nie potrzebował się do takich posuwać, żeby osiągnąć zamierzony cel. Pijane kobiety nie były takim celem. Nie dotknąłby Geraldine w niewłaściwy sposób, nawet jeśli by o to zabiegała. Tym bardziej, że starał się postępować w zgodzie z podjętą decyzją i obietnicą. Chciał jej pomóc a nie wprowadzić więcej chaosu w życie.
Szczególnie, że jej braciszek widocznie dbał o oprawę. Greengrass zamrugał na widok scenki, która się właśnie rozgrywała. Nie ruszył się ani trochę z miejsca. Nie napiął mięśni. W gruncie rzeczy nie planował konfrontacji, więc był całkiem wyluzowany. Zdziwiony - to również, ale przede wszystkim nie czuł się ani trochę zestresowany tą sytuacją. W przeciwieństwie do Geraldine, której odwzajemnił uścisk dłoni, zwracając uwagę na to jak się do niego przysunęła, ale tego nie komentując. Miał inne rzeczy do dodania.
- Chłopie. Masz, ile? Dwadzieścia dwa lata? Dwadzieścia trzy? Na pewno potrafisz sobie poradzić przez kilka godzin - zasugerował a nawet otwarcie stwierdził, bo nie rozumiał tego nagłego cackania się z młodym chłopakiem. - Twoja siostra musi odpocząć. To raczej zrozumiałe? - Spytał bez ceregieli.
Nie zaczepiał Yaxleya a jedynie zwracał uwagę na stan, w którym odprowadzał pijaniutką kobietę. On był trzeźwy, ale Geraldine potrzebowała odpoczynku a nie nadskakiwania młodszemu rodzeństwu. Astaroth mógł sobie zrobić kanapkę i przy okazji siostrze herbatę. Nie musiała go pytać, czy mu coś ugotować. Prawdę mówiąc Ambroise kompletnie nie rozumiał tonu, w którym blondynka wypowiadała się do Astarotha. Tłumaczyła się, jakby była małolatą albo to Astaroth był z cienkiego szkła. Był uzależniony a nie upośledzony.
- Doskonale, że ktoś zauważył, że nie ma Kimi, bo już ją miałem wołać - przyznał im z przekąsem, bo go chuja obchodziło czy Kimi była, czy jej nie było.
Jasne. Kojarzył nieoficjalną dziewczynę Astarotha czy raczej jego małe wierne zwierzątko (jagniątko? albo małego króliczka?), ale nie rozumiał, z czego wynikało wszechobecne zadowolenie z jej nieobecności. Wydawało mu się, że papużki nierozłączki nie lubiły być rozłączane.
- Skoro już to ustaliliśmy, to czy potrzebujesz czegoś konkretnego? Eliksiru, lekarstw? Czy możemy porozmawiać później? - Zapytał, żeby rozjaśnić sytuację.
Wbrew pozorom chciał jak najmniej problemów. Ten wieczór był dostatecznie trudny dla Yaxleyówny. Chciał, żeby odpoczęła. Sam też powinien się zaraz zmywać do domu.
To była ta skłonność do udowadniania mu swojej racji, którą u niej znał. Miło było zobaczyć coś normalnego w jej zachowaniu. Nie do końca się zmieniła przez ten cały czas. Trochę mu ulżyło. Zaczynała wracać do normalności. Nawet skłaniała się ku żartom.
- Postaram się zapamiętać - zapewnił porozumiewawczo, mrugając do niej, choć w gardle nadal czuł suchość spowodowaną niedawnym zaniepokojeniem. - Żebyś nie żałowała prawdomówności rano - dodał.
Miło było normalnie porozmawiać. No. Jeżeli ich rozmowa mogła być normalna, bo on był trzeźwy a ona kompletnie zalana. Mimo to szło im nieźle. Jeszcze do tej pory się nie pokłócili a na nich to było całkiem przyzwoite osiągnięcie. Mógłby niemal zagwarantować, że w spokoju dotrą do pokoju Geraldine, gdzie jakoś przekona ją do pójścia spać. Niemalże witał się z gąską i...
...wtedy oślepiło go światło. Zamrugał próbując wyostrzyć obraz i szukając źródła znajomego głosu. Dawno nie widział właściciela charakterystycznego tonu i znowu...
...wow. Brat Geraldine wyglądał naprawdę chujowo. Gdyby nie to, że przed nimi stał i poruszał ustami, Ambroise zastanawiałby się, kto go pobił, otruł, zakopał, wykopał, powtórzył cztery razy, później przeżuł, wypluł i pozwolił wrócić do mieszkania leczyć rany. No. Ambroise może trochę przesadził, ale dawno nie widział kogoś jednocześnie wyglądającego na tak niedospanego i pobudzonego. To było nie lada dokonanie, bo Greengrass pracował na oddziale zatruć eliksiralnych i roślinnych a tam każdego dnia pojawiali się potruci, szarozieloni pacjenci.
- Astaroth - spokojnie kiwnął głową i ani na chwilę nie spuścił wzroku z brata Geraldine.
Swobodnie odwzajemniał spojrzenie. Pierwsza sprawa, że nieczęsto odczuwał zażenowanie. Druga sprawa, że miał czyste ręce. Nie zawsze myśli, ale w tym wypadku te też miał nieskazitelne. Nie wykorzystałby sytuacji, bo to by było bardzo niskie zagranie. Zwłaszcza, że nie potrzebował się do takich posuwać, żeby osiągnąć zamierzony cel. Pijane kobiety nie były takim celem. Nie dotknąłby Geraldine w niewłaściwy sposób, nawet jeśli by o to zabiegała. Tym bardziej, że starał się postępować w zgodzie z podjętą decyzją i obietnicą. Chciał jej pomóc a nie wprowadzić więcej chaosu w życie.
Szczególnie, że jej braciszek widocznie dbał o oprawę. Greengrass zamrugał na widok scenki, która się właśnie rozgrywała. Nie ruszył się ani trochę z miejsca. Nie napiął mięśni. W gruncie rzeczy nie planował konfrontacji, więc był całkiem wyluzowany. Zdziwiony - to również, ale przede wszystkim nie czuł się ani trochę zestresowany tą sytuacją. W przeciwieństwie do Geraldine, której odwzajemnił uścisk dłoni, zwracając uwagę na to jak się do niego przysunęła, ale tego nie komentując. Miał inne rzeczy do dodania.
- Chłopie. Masz, ile? Dwadzieścia dwa lata? Dwadzieścia trzy? Na pewno potrafisz sobie poradzić przez kilka godzin - zasugerował a nawet otwarcie stwierdził, bo nie rozumiał tego nagłego cackania się z młodym chłopakiem. - Twoja siostra musi odpocząć. To raczej zrozumiałe? - Spytał bez ceregieli.
Nie zaczepiał Yaxleya a jedynie zwracał uwagę na stan, w którym odprowadzał pijaniutką kobietę. On był trzeźwy, ale Geraldine potrzebowała odpoczynku a nie nadskakiwania młodszemu rodzeństwu. Astaroth mógł sobie zrobić kanapkę i przy okazji siostrze herbatę. Nie musiała go pytać, czy mu coś ugotować. Prawdę mówiąc Ambroise kompletnie nie rozumiał tonu, w którym blondynka wypowiadała się do Astarotha. Tłumaczyła się, jakby była małolatą albo to Astaroth był z cienkiego szkła. Był uzależniony a nie upośledzony.
- Doskonale, że ktoś zauważył, że nie ma Kimi, bo już ją miałem wołać - przyznał im z przekąsem, bo go chuja obchodziło czy Kimi była, czy jej nie było.
Jasne. Kojarzył nieoficjalną dziewczynę Astarotha czy raczej jego małe wierne zwierzątko (jagniątko? albo małego króliczka?), ale nie rozumiał, z czego wynikało wszechobecne zadowolenie z jej nieobecności. Wydawało mu się, że papużki nierozłączki nie lubiły być rozłączane.
- Skoro już to ustaliliśmy, to czy potrzebujesz czegoś konkretnego? Eliksiru, lekarstw? Czy możemy porozmawiać później? - Zapytał, żeby rozjaśnić sytuację.
Wbrew pozorom chciał jak najmniej problemów. Ten wieczór był dostatecznie trudny dla Yaxleyówny. Chciał, żeby odpoczęła. Sam też powinien się zaraz zmywać do domu.