23.09.2024, 17:37 ✶
No cóż. Ich rozmowa całkiem się kleiła a jednocześnie nie kleiła się wcale. Już nawet nie próbował nadążyć za wymianą absurdalnych odpowiedzi i kontrdocinek.
- Tylko całkowita szczerość zagwarantuje ci zawodowe i towarzyskie powodzenie. Tak - stwierdził z przekąsem i potrząsnął głową w niedowierzaniu dla własnych słów.
To brzmiało absurdalnie nawet jako sarkazm. W swoim przypadku jeszcze się nie spotkał z tym, żeby brutalna szczerość i podążanie za swoimi instynktownym i odruchami przyniosły coś poza klątwami do zdjęcia albo próbami zatrucia. Czasami udanymi zanim mogli odtruć delikwenta w Mungu. Najbardziej nie lubił, kiedy pacjent pojawiał się w szpitalu tylko po to, żeby mogli go przyjąć i niemal natychmiast stwierdzić zgon. To przysparzało im masę papierkowej roboty oraz zwalało śledztwo na głowę. Nawet jeśli nie mogli sobie zarzucić opieszałości to i tak na oddziale panowała wtedy bardzo napięta atmosfera. Jasne. Ambroise lubił pewne typy kompletnej szczerości. Jak na przykład ta przy opisywaniu mu wszystkiego, co prowadziło do zatrucia. Cenił nawet najgłupsze komentarze, jeśli mogły pomóc.
Natomiast często trzymanie języka za zębami było lepszą możliwością. W zależności od sytuacji mogło oszczędzić wielu nieprzyjemności. Sam Greengrass nadal uczył się trzymać mordę na kłódkę a komentarze przy sobie w głowie i nie wypowiedziane na zewnątrz. Gdyby szybciej mu szła ta nauka, najpewniej oszczędziłby sobie kilku obić gęby, złamań nosa i poranionych knykci. Na pewno nie pobolewałoby go teraz ramię, którym kilka dni wcześniej poderwał kogoś do góry i przycisnął do ściany nie w seksualnym akcie. Tamten typek ważył ponad normę, ale adrenalina zrobiła swoje. Szkoda, że bolało, kiedy jej poziom opadł. Niby pił eliksiry, ale naciągnięte mięśnie nie zaleczały się tak szybko ani łatwo. Często lepszym wyborem było leczenie złamania niż naciągnięcia. Bardziej bolało, ale było szybsze i mniej wymagające.
- Jasne. Dziękuję, Geraldine - odpowiedział niewzruszony, jakby odbębniał formułkę z książki o byciu kulturalnie skromnym czarodziejem.
Nie wymagał od niej bycia docenionym. Wręcz przywykł do tego, że rażąco wytykała mu wszystkie pierdoły. Na pewno popełnił jakiś błąd podczas swojej reakcji. Nie spodziewał się, że Yaxleyówna postara się być po prostu miła a nie czepialska. To go trochę zbiło z tropu. Bezpodtekstowa kultura z jej strony wybijała go z rytmu. Jakby się spodziewał, że zaraz miała wbić mu jakąś szpilę w stylu:
- A masz! Ten korzeń powinieneś zobaczyć zanim wleziesz w niego butem, botaniku od siedmiu boleści. Gdyby był niebezpieczny to już byś wisiał na gałęzi i musiałabym cię ratować, frajerze.
To nie nadeszło. Może w to nie wierzył, ale...
...była po prostu współpracująca i miła?
Nie spodziewał się tego z jej strony w obliczu tego jak wyglądała ich relacja towarzyska. Zaczynało się robić może nie przyjemnie ani cieplutko, ale umiarkowanie przystępnie.
- Okay - odpowiedział na wyjaśnienia o tym jak działał ten szósty zmysł.
Nie potrzebował bardziej wnikać. To mu wystarczyło, jeśli Geraldine była pewna, że ustrzeże ich przed niebezpieczeństwem ze strony bestii zanim wpadną między gigantyczne szczęki. On miał zadbać o to, żeby ominęli wszystkie diabelskie sidła czy roślinne pułapki. Razem stanowili całkiem niezły zespół, jeśli pominąć chęć rywalizacji i kłótnie. Mogło im się powieść. Byli pewni swego. Idealny materiał na...
...całkowitą katastrofę pod kątem unikania mentalnych pułapek, o których arogancko nie pomyśleli. Żadne z nich w swojej bucie nie wzięło pod uwagę, że mogą iść wprost w inną pułapkę niż fizyczna. Zanim przeszło im to przez myśl, właśnie tak się stało. Jak ćmy do światła.
- Mówiłem ci już, że jesteś nie tylko piękna, ale też inteligentna? Przerażasz mnie swoją celnością - żartował, wbijając w nią spojrzenie świadczące o tym, jak bardzo był zapatrzony w tę młodą dziewczynę.
Kobietę, z którą zdecydowanie chciał spędzić resztę życia, które przecież dopiero zaczynają. Mieli po dziewiętnaście lat. Cały świat przed nimi. Nieograniczony i pełen wolności. Szczególnie, że wraz z tym przyjęciem byli coraz bliżej. No właśnie! To właśnie o to chodziło. Wielki, błyszczący pierścionek na jej palcu mu o tym przypomniał. O tym, co zapomniał przez chwilowy stres i ekscytację. Byli coraz bliżej zakończenia okresu narzeczeństwa, który choć krótki to tak okrutnie mu się dłużył. Małżeństwo gwarantowało im to, że mogli być już na stałe razem a także odblokowywało zasoby finansowe, dzięki którym uniezależnią się od członków obu rodzin.
- Nawet gdyby nie było, wciąż byłabyś tam najpiękniejsza - zapewnił, ściskając ją i bez ostrzeżenia unosząc dziewczynę w górę, żeby obkręcić się z nią ze śmiechem.
Mogli na nich jeszcze chwilę zaczekać, prawda? To był ich dzień. Ich dzień! Zakrzyknął wesoło, odstawiając ją z powrotem na chodnik i mimo zadyszki, wciąż szczerząc się wesoło.
- Gdyby to ode mnie zależało, już dawno byśmy to zrobili. Dawno byłabyś moja, wiesz - zapewnił ją poważnie z błyskiem w oku, po czym szelmowsko się uśmiechnął. - Wciąż możemy to zrobić, wiesz? Uciec stąd, zostawić ich wszystkich i ich konwenanse - szepnął, choć wiedział, że to na nic.
Upierała się przy tym, żeby szanować tradycję a on nie próbował naciskać na szalone plany, odkąd doszli do wniosku, że to były tylko niewinne żarty i nie mogli się ot tak wyłamać, żeby zrobić to po swojemu. Bardzo by tego chciał. Czekali tyle czasu, ale to już niemal było za nimi. Jeszcze tylko trochę przedstawień i mogli zacząć żyć po swojemu upragnioną jednością i wolnością.
Objął ją mocniej, na moment opierając czoło o czoło i bez zawahania całując ją w czubek nosa. Nie kryjąc szerokiego, szelmowskiego uśmiechu, obrócił głowę w kierunku pałacyku. Ostatnie chwile przed przyjmowaniem uścisków i gratulacji. Później wszystkie te mowy i toasty podczas późnego obiadu, który szykowano od tylu miesięcy, że naprawdę cieszyło go, że wszystko w końcu było już bliżej niż dalej. Nie czuł żadnego zdenerwowania. Jedynie podekscytowanie i ulgę, że wszystko zostało tak poukładane i nie mogło się zepsuć.
Obie matki pewnie nadal świrowały bardziej od nich a ojcowie puszyli się jak dwa dorodne pawie. Dumni z tego, że udało im się dopiąć takiej transakcji (każdy z osobna na pewno uważał, że to jego zasługa), która miała dać im jeszcze więcej przewagi w magicznym świecie. Więcej układów, pieniędzy, wpływów, koneksji, sił i tak dalej. Wszyscy dookoła zachowywali się, jakby mieli coś do powiedzenia a oni dawali im to robić. W gruncie rzeczy przecież to się nie liczyło. Mogli mieć ustawione przyjęcie z dekoracjami w guście jednej i drugiej matki. Ciasta mogły być w smakach, których nie wybrali. Goście mogli zostać zaproszeni przez rodziców a zaproszenia mogły być podpisane przez skrzaty domowe udające ich charaktery pisma. To nie miało większego znaczenia.
- Beatrice - skłonił się przed nią, z trudem puszczając jej talię a ujmując dłoń, którą ucałował. - Pozwoli pani - powinien nazwać ją panienką, ale to było takie bliskie zmiany, że przyzwyczajał się do innej mowy.
Skłonił się przed nią, otwierając jej drzwi do wypełnionego światłem holu z olbrzymimi, kręconymi schodami i kryształowym żyrandolem. Muzyka wypełniała uszy a goście stojący po obu stronach bili im brawo, gdy tylko ich dostrzegli. To było idealne późne popołudnie. Wstęp do jedynego takiego wieczoru w życiu.
- Tylko całkowita szczerość zagwarantuje ci zawodowe i towarzyskie powodzenie. Tak - stwierdził z przekąsem i potrząsnął głową w niedowierzaniu dla własnych słów.
To brzmiało absurdalnie nawet jako sarkazm. W swoim przypadku jeszcze się nie spotkał z tym, żeby brutalna szczerość i podążanie za swoimi instynktownym i odruchami przyniosły coś poza klątwami do zdjęcia albo próbami zatrucia. Czasami udanymi zanim mogli odtruć delikwenta w Mungu. Najbardziej nie lubił, kiedy pacjent pojawiał się w szpitalu tylko po to, żeby mogli go przyjąć i niemal natychmiast stwierdzić zgon. To przysparzało im masę papierkowej roboty oraz zwalało śledztwo na głowę. Nawet jeśli nie mogli sobie zarzucić opieszałości to i tak na oddziale panowała wtedy bardzo napięta atmosfera. Jasne. Ambroise lubił pewne typy kompletnej szczerości. Jak na przykład ta przy opisywaniu mu wszystkiego, co prowadziło do zatrucia. Cenił nawet najgłupsze komentarze, jeśli mogły pomóc.
Natomiast często trzymanie języka za zębami było lepszą możliwością. W zależności od sytuacji mogło oszczędzić wielu nieprzyjemności. Sam Greengrass nadal uczył się trzymać mordę na kłódkę a komentarze przy sobie w głowie i nie wypowiedziane na zewnątrz. Gdyby szybciej mu szła ta nauka, najpewniej oszczędziłby sobie kilku obić gęby, złamań nosa i poranionych knykci. Na pewno nie pobolewałoby go teraz ramię, którym kilka dni wcześniej poderwał kogoś do góry i przycisnął do ściany nie w seksualnym akcie. Tamten typek ważył ponad normę, ale adrenalina zrobiła swoje. Szkoda, że bolało, kiedy jej poziom opadł. Niby pił eliksiry, ale naciągnięte mięśnie nie zaleczały się tak szybko ani łatwo. Często lepszym wyborem było leczenie złamania niż naciągnięcia. Bardziej bolało, ale było szybsze i mniej wymagające.
- Jasne. Dziękuję, Geraldine - odpowiedział niewzruszony, jakby odbębniał formułkę z książki o byciu kulturalnie skromnym czarodziejem.
Nie wymagał od niej bycia docenionym. Wręcz przywykł do tego, że rażąco wytykała mu wszystkie pierdoły. Na pewno popełnił jakiś błąd podczas swojej reakcji. Nie spodziewał się, że Yaxleyówna postara się być po prostu miła a nie czepialska. To go trochę zbiło z tropu. Bezpodtekstowa kultura z jej strony wybijała go z rytmu. Jakby się spodziewał, że zaraz miała wbić mu jakąś szpilę w stylu:
- A masz! Ten korzeń powinieneś zobaczyć zanim wleziesz w niego butem, botaniku od siedmiu boleści. Gdyby był niebezpieczny to już byś wisiał na gałęzi i musiałabym cię ratować, frajerze.
To nie nadeszło. Może w to nie wierzył, ale...
...była po prostu współpracująca i miła?
Nie spodziewał się tego z jej strony w obliczu tego jak wyglądała ich relacja towarzyska. Zaczynało się robić może nie przyjemnie ani cieplutko, ale umiarkowanie przystępnie.
- Okay - odpowiedział na wyjaśnienia o tym jak działał ten szósty zmysł.
Nie potrzebował bardziej wnikać. To mu wystarczyło, jeśli Geraldine była pewna, że ustrzeże ich przed niebezpieczeństwem ze strony bestii zanim wpadną między gigantyczne szczęki. On miał zadbać o to, żeby ominęli wszystkie diabelskie sidła czy roślinne pułapki. Razem stanowili całkiem niezły zespół, jeśli pominąć chęć rywalizacji i kłótnie. Mogło im się powieść. Byli pewni swego. Idealny materiał na...
...całkowitą katastrofę pod kątem unikania mentalnych pułapek, o których arogancko nie pomyśleli. Żadne z nich w swojej bucie nie wzięło pod uwagę, że mogą iść wprost w inną pułapkę niż fizyczna. Zanim przeszło im to przez myśl, właśnie tak się stało. Jak ćmy do światła.
- Mówiłem ci już, że jesteś nie tylko piękna, ale też inteligentna? Przerażasz mnie swoją celnością - żartował, wbijając w nią spojrzenie świadczące o tym, jak bardzo był zapatrzony w tę młodą dziewczynę.
Kobietę, z którą zdecydowanie chciał spędzić resztę życia, które przecież dopiero zaczynają. Mieli po dziewiętnaście lat. Cały świat przed nimi. Nieograniczony i pełen wolności. Szczególnie, że wraz z tym przyjęciem byli coraz bliżej. No właśnie! To właśnie o to chodziło. Wielki, błyszczący pierścionek na jej palcu mu o tym przypomniał. O tym, co zapomniał przez chwilowy stres i ekscytację. Byli coraz bliżej zakończenia okresu narzeczeństwa, który choć krótki to tak okrutnie mu się dłużył. Małżeństwo gwarantowało im to, że mogli być już na stałe razem a także odblokowywało zasoby finansowe, dzięki którym uniezależnią się od członków obu rodzin.
- Nawet gdyby nie było, wciąż byłabyś tam najpiękniejsza - zapewnił, ściskając ją i bez ostrzeżenia unosząc dziewczynę w górę, żeby obkręcić się z nią ze śmiechem.
Mogli na nich jeszcze chwilę zaczekać, prawda? To był ich dzień. Ich dzień! Zakrzyknął wesoło, odstawiając ją z powrotem na chodnik i mimo zadyszki, wciąż szczerząc się wesoło.
- Gdyby to ode mnie zależało, już dawno byśmy to zrobili. Dawno byłabyś moja, wiesz - zapewnił ją poważnie z błyskiem w oku, po czym szelmowsko się uśmiechnął. - Wciąż możemy to zrobić, wiesz? Uciec stąd, zostawić ich wszystkich i ich konwenanse - szepnął, choć wiedział, że to na nic.
Upierała się przy tym, żeby szanować tradycję a on nie próbował naciskać na szalone plany, odkąd doszli do wniosku, że to były tylko niewinne żarty i nie mogli się ot tak wyłamać, żeby zrobić to po swojemu. Bardzo by tego chciał. Czekali tyle czasu, ale to już niemal było za nimi. Jeszcze tylko trochę przedstawień i mogli zacząć żyć po swojemu upragnioną jednością i wolnością.
Objął ją mocniej, na moment opierając czoło o czoło i bez zawahania całując ją w czubek nosa. Nie kryjąc szerokiego, szelmowskiego uśmiechu, obrócił głowę w kierunku pałacyku. Ostatnie chwile przed przyjmowaniem uścisków i gratulacji. Później wszystkie te mowy i toasty podczas późnego obiadu, który szykowano od tylu miesięcy, że naprawdę cieszyło go, że wszystko w końcu było już bliżej niż dalej. Nie czuł żadnego zdenerwowania. Jedynie podekscytowanie i ulgę, że wszystko zostało tak poukładane i nie mogło się zepsuć.
Obie matki pewnie nadal świrowały bardziej od nich a ojcowie puszyli się jak dwa dorodne pawie. Dumni z tego, że udało im się dopiąć takiej transakcji (każdy z osobna na pewno uważał, że to jego zasługa), która miała dać im jeszcze więcej przewagi w magicznym świecie. Więcej układów, pieniędzy, wpływów, koneksji, sił i tak dalej. Wszyscy dookoła zachowywali się, jakby mieli coś do powiedzenia a oni dawali im to robić. W gruncie rzeczy przecież to się nie liczyło. Mogli mieć ustawione przyjęcie z dekoracjami w guście jednej i drugiej matki. Ciasta mogły być w smakach, których nie wybrali. Goście mogli zostać zaproszeni przez rodziców a zaproszenia mogły być podpisane przez skrzaty domowe udające ich charaktery pisma. To nie miało większego znaczenia.
- Beatrice - skłonił się przed nią, z trudem puszczając jej talię a ujmując dłoń, którą ucałował. - Pozwoli pani - powinien nazwać ją panienką, ale to było takie bliskie zmiany, że przyzwyczajał się do innej mowy.
Skłonił się przed nią, otwierając jej drzwi do wypełnionego światłem holu z olbrzymimi, kręconymi schodami i kryształowym żyrandolem. Muzyka wypełniała uszy a goście stojący po obu stronach bili im brawo, gdy tylko ich dostrzegli. To było idealne późne popołudnie. Wstęp do jedynego takiego wieczoru w życiu.