23.09.2024, 22:21 ✶
Można było powiedzieć, że Anthony i Rodolphus mieli podobny cel. Falujące powietrze pod wpływem gęstniejących emocji i krzyków zdawało się prężyć i wznosić ku niebu, rozgrzewając i tak już gorącą atmosferę. Cyrk. Istny cyrk, tylko klaunów tu brakowało. Nie tych, którzy wznosili transparenty, ale tych, którzy mieliby umalowaną skórę białą farbą a usta: czerwoną szminką. Rodolphus kojarzył, że mugole lubili też zakładać kosmicznie wielkie buty i kolorowe stroje a także peruki. Gdyby był chociaż bardziej odrobinę złośliwy, to machnąłby różdżką i zmienił strój jednego czy dwójki z nich właśnie na taki: klauni.
Nie trzeba było być znawcą ludzkich sekretów by wiedzieć, że praktycznie żaden czarodziej nie pochwalał tego, co się tu działo. Nie chodziło nawet o tych czystokrwistych - chodziło o ogół. Lestrange widział to w oczach ludzi stojących obok niego, słyszał niezadowolone pomruki i krzyki. Słyszał wymianę zdań, niemalże czuł wibrującą negatywną energię od nieznajomych mu ludzi. Karmił się nią i upajał, ledwo powstrzymując się od przymknięcia oczu. Być może właśnie ten dziwny stan, ta euforia, sprawiła, że drgnął sekundy za późno, a jego ręka sięgnęła po różdżkę zbyt wolno niż zwykle. Zapewne gdyby nie tarcza, rzucona przez Shafiqa, oberwałby albo on, albo ta kobieta, która tłumaczyła mu przed chwilą co tu się dzieje. I cholera, miała rację, co do joty. Mimo iż transparent został odbity, to Niewymowny i tak sięgnął po różdżkę. Drgnął jednak, gdy usłyszał znajomy głos. Leniwie odwrócił głowę, nieznacznie unosząc brew.
- Pan Shafiq - nie odpowiedział inaczej niż stwierdzeniem faktu na tę jego zaczepkę o chlebie i igrzyskach. Chamskie hasło, wykrzykiwane przez chamskie pospólstwo w Starożytnym Rzymie, gdy tłum żądał rozrywki i krwi. Czy ta uwaga była trafna? Cóż... Lestrange przeniósł wzrok na tłum. Być może. - Gdybym mógł przejść, już dawno by mnie tu nie było.
Mruknął cicho, obracając lekko ciało tak, by znaleźć się przodem do mężczyzny. Widział, że ten był gotowy do obrony - nic dziwnego, skoro sam przed chwilą darł się przy pomocy wzmacniającego zaklęcia. Po co? By sprowokować tłum? Chyba tak, bo innego wytłumaczenia Rodolphus nie potrafił w tej chwili znaleźć. Zwłaszcza że to, co zrobił Anthony, przyniosło zamierzony efekt.
Tłum najpierw zamarł, patrząc z rosnącym niedowierzaniem w stronę połamanego transparentu, który odbił się od tarczy i opadł na ziemię. Uderzył też kilka osób, nie robiąc im jednak większej krzywdy. Ale czy potrzebna była krzywda do tego, by wszcząć bunt? Raczej nie - tutaj wystarczyła tylko iskra. Maleńka iskierka, która trafi na kałużę benzyny, sprawiając że wszystko stanie w płomieniach. Tak też się stało właśnie teraz. Czy była tu Brygada? Na pewno gdzieś była, ale w tej chwili wszystko zlewało się w jedno. Kontrmarsz wyciągnął różdżki i naparł na marsz niemagicznych istot, chcąc zmusić ich do cofnięcia się. Gdyby to był pojedynek czarodziejów, zapewne już teraz zaczęłyby śmigać im koło uszu zaklęcia. Ale to była cholernie nierówna walka, więc poleciały transparenty - niemal jednocześnie, zmuszając magiczną społeczność do obrony. Tłum zafalował i zabuczał. Część osób się teleportowała, część postanowiła wziąć taktycznie nogi za pas. A część ruszyła w obronie ustalonego porządku. Ktoś popchnął Shafiqa, ktoś inny otarł się o Rodolphusa. Na Anthony'ego prawie wpadła kobieta, która wyglądała bardziej jak zwolenniczka charłaków, przynajmniej patrząc na jej ciuchy. Miała zaróżowione policzki i ogień w oczach. Tak, zdecydowanie przyszli tu krzyczeć chleba i igrzysk i zrobią wszystko, by osiągnąć cel.
- Nie rozsądniej byłoby najpierw się oddalić, a potem dolewać oliwy do ognia? - zapytał cicho, przysuwając się do Shafiqa. Nie zrobił tego z sympatii - ktoś bezczelnie nadepnął mu na piętę i zmusił do zmiany tej pozycji, a on po prostu kulturalnie się nie odwrócił i nie odwinął, bo co by sobie ludzie pomyśleli.
Nie trzeba było być znawcą ludzkich sekretów by wiedzieć, że praktycznie żaden czarodziej nie pochwalał tego, co się tu działo. Nie chodziło nawet o tych czystokrwistych - chodziło o ogół. Lestrange widział to w oczach ludzi stojących obok niego, słyszał niezadowolone pomruki i krzyki. Słyszał wymianę zdań, niemalże czuł wibrującą negatywną energię od nieznajomych mu ludzi. Karmił się nią i upajał, ledwo powstrzymując się od przymknięcia oczu. Być może właśnie ten dziwny stan, ta euforia, sprawiła, że drgnął sekundy za późno, a jego ręka sięgnęła po różdżkę zbyt wolno niż zwykle. Zapewne gdyby nie tarcza, rzucona przez Shafiqa, oberwałby albo on, albo ta kobieta, która tłumaczyła mu przed chwilą co tu się dzieje. I cholera, miała rację, co do joty. Mimo iż transparent został odbity, to Niewymowny i tak sięgnął po różdżkę. Drgnął jednak, gdy usłyszał znajomy głos. Leniwie odwrócił głowę, nieznacznie unosząc brew.
- Pan Shafiq - nie odpowiedział inaczej niż stwierdzeniem faktu na tę jego zaczepkę o chlebie i igrzyskach. Chamskie hasło, wykrzykiwane przez chamskie pospólstwo w Starożytnym Rzymie, gdy tłum żądał rozrywki i krwi. Czy ta uwaga była trafna? Cóż... Lestrange przeniósł wzrok na tłum. Być może. - Gdybym mógł przejść, już dawno by mnie tu nie było.
Mruknął cicho, obracając lekko ciało tak, by znaleźć się przodem do mężczyzny. Widział, że ten był gotowy do obrony - nic dziwnego, skoro sam przed chwilą darł się przy pomocy wzmacniającego zaklęcia. Po co? By sprowokować tłum? Chyba tak, bo innego wytłumaczenia Rodolphus nie potrafił w tej chwili znaleźć. Zwłaszcza że to, co zrobił Anthony, przyniosło zamierzony efekt.
Tłum najpierw zamarł, patrząc z rosnącym niedowierzaniem w stronę połamanego transparentu, który odbił się od tarczy i opadł na ziemię. Uderzył też kilka osób, nie robiąc im jednak większej krzywdy. Ale czy potrzebna była krzywda do tego, by wszcząć bunt? Raczej nie - tutaj wystarczyła tylko iskra. Maleńka iskierka, która trafi na kałużę benzyny, sprawiając że wszystko stanie w płomieniach. Tak też się stało właśnie teraz. Czy była tu Brygada? Na pewno gdzieś była, ale w tej chwili wszystko zlewało się w jedno. Kontrmarsz wyciągnął różdżki i naparł na marsz niemagicznych istot, chcąc zmusić ich do cofnięcia się. Gdyby to był pojedynek czarodziejów, zapewne już teraz zaczęłyby śmigać im koło uszu zaklęcia. Ale to była cholernie nierówna walka, więc poleciały transparenty - niemal jednocześnie, zmuszając magiczną społeczność do obrony. Tłum zafalował i zabuczał. Część osób się teleportowała, część postanowiła wziąć taktycznie nogi za pas. A część ruszyła w obronie ustalonego porządku. Ktoś popchnął Shafiqa, ktoś inny otarł się o Rodolphusa. Na Anthony'ego prawie wpadła kobieta, która wyglądała bardziej jak zwolenniczka charłaków, przynajmniej patrząc na jej ciuchy. Miała zaróżowione policzki i ogień w oczach. Tak, zdecydowanie przyszli tu krzyczeć chleba i igrzysk i zrobią wszystko, by osiągnąć cel.
- Nie rozsądniej byłoby najpierw się oddalić, a potem dolewać oliwy do ognia? - zapytał cicho, przysuwając się do Shafiqa. Nie zrobił tego z sympatii - ktoś bezczelnie nadepnął mu na piętę i zmusił do zmiany tej pozycji, a on po prostu kulturalnie się nie odwrócił i nie odwinął, bo co by sobie ludzie pomyśleli.