23.09.2024, 22:41 ✶
Prychnął, parsknął, niemal wywrócił oczami. Wszystko na raz połączone w jedną reakcję na coś, w czym miała rację. Nie czuł się zawiedziony. Powinien się czuć, ale tak nie było. Jedynie wolałby prowadzić tę rozmowę na trzeźwo, choć wtedy najpewniej wcale by nie rozmawiali. Wiedział, że spierdolił ich kontakty na trzeźwo. Po alkoholu ewidentnie więcej mu zapominała.
- Na to chyba trochę za późno - skwitował bardzo cicho i ponuro raczej do siebie pod nosem niż do niej, kierując zmieszane spojrzenie w drzwi.
No cóż. To była bardzo specyficzna kwestia. Drażliwy temat, jeśli miałby być zupełnie szczery. A nie chciał być ani ze sobą ani tym bardziej z Geraldine. Szczególnie tą pijaną, z którą teraz rozmawiał, bo ona mogłaby to bardzo różnie odebrać a on nie chciał wplątać się jeszcze bardziej. No. Niż to zrobił do tej pory. Był trzeźwy, ale nie miał aż takiej przewagi ani kontroli nad przebiegiem ich rozmowy.
Tak właściwie to szybciutko przekonał się, że nie miał żadnej władzy nad niczym. Ktoś inny rozdawał karty, którymi grali. Im dłużej toczyła się dyskusja tym bardziej obawiał się, że talię tasował im coraz bardziej nerwowy ćpun na głodzie. Jakby ten wieczór nie był dostatecznie dziwny a konfrontacja z Astarothem w jego normalnym stanie psychicznym nie wystarczyła.
Niezbyt rozumiał wyznanie wypływające z ust młodego Yaxleya. Czy jeszcze mówili o robieniu kanapek z pomidorami przez nieobecną Kimi? Czy temat zszedł na pokrętne wyznanie, że Astaroth czuje się winny z powodu kupowania ich u kogoś innego? Dlaczego Ambroise odnosił wrażenie, że nie chodziło o jedzenie a o jakąś pokrętną alegorię dla zdrady? Robienie kanapek z kimś innym brzmiało jak żenujące określenie na współżycie, ale kto tam wiedział Astarotha. Nie zdziwiłby się, gdyby ten po seksie życzył sobie przynoszenia mu kromek chleba w kwadracikach, żeby uzupełnić stracone kalorie. Ćpuny miewały różne pomysły. Greengrass nie spodziewał się, że będzie świadkiem podobnych dyskusji, bo nie obchodziło go, co kto robił ze swoim związkiem i czy wyciągał to z sypialni do burdelu albo gdzieś indziej. On swój związek spierdolił. Tak właściwie to wszystkie związki spierdolił, ale ten konkretny bardzo spektakularnie. Nie był odpowiednią osobą, żeby kogoś oceniać pod tym kątem. No poza tym, że takie wyznania powinny być kierowane do odpowiedniej osoby, której tu z nimi (jak wielokrotnie ustalili) nie było.
Kanapkę mógł Yaxleyowi zrobić, ale zastępować Kimi w inny sposób nie planował. Geraldine mogła być spokojna. Ten wieczór miał się zakończyć najnormalniej jak się dało. Ambroise to obiecał i planował dotrzymać słowa. Wyłącznie potrzebował zorientować się w sytuacji, która na pewno wyglądała gorzej niż było w rzeczywistości. Wystarczyło, żeby się wszyscy uspokoili.
Tak. Teraz był pierdolonym rozjemcą i szefem kafeterii w jednym. Może frytki do tych kanapek? Keczup może być, skoro pomidory gryzą w zęby? Łódeczki, proste czy karbowane? Oranżada z gazem czy sok pomarańczowy?
- Pójdę do kuchni. Wiem, gdzie jest - zaoponował, przy czym zrobił krok do przodu, żeby zrównać się z Geraldine, bo chyba trochę przesadzała.
Potrafił sobie poradzić z niepoczytalnymi ludźmi. Tak właściwie to już uważał za sukces, że Astaroth zaoferował pomoc. Chłopak może i brzmiał przy tym jak rozdygotany pedofil z budki z obwoźnymi lodami, ale chyba po prostu tak teraz miał. Nałóg objawiał się różnie.
- Macie napoje? Albo dasz radę zrobić siostrze herbatę? Przydałoby się czegoś napić - zwrócił wzrok na Yaxleya, posyłając mu badawcze spojrzenie.
No ni chuja nie podejrzewał, że proponowanie napitku może się spotkać z tak skrajnie różnym odbiorem. Szczególnie, że zaraz rozproszyły go słowa Geraldine, na które może powinien zareagować oburzeniem, zaprzeczeniem lub wyparciem, ale...
Kurwa. Ten wieczór dał mu dotychczas do zrozumienia, że nie powinien dyskutować ze wszystkim, co słyszy.
Jeśli nadal mówiła to, co myśli i mógłby wierzyć, że to nie alkohol nią sterował, to nie nienawidziła go aż tak do końca. Miał tego kolejne potwierdzenie.
- Rina, nie przesadzaj. To nic takiego - zapewnił ją z trudem panując nad zmęczeniem w głosie, bo nie rozumiał, o co ten cały szum. - Nie wiem, co was oboje dziś opętało - totalnie nie przywykł do bycia głosem rozsądku w pomieszczeniu i czuł się z tym co najmniej dziwnie nie na miejscu - Ale może skoro tak to wygląda, to usiądźmy razem w kuchni. Zrobimy wszystko, co trzeba, żeby naprawić zaniedbania panny Kimi i my dwoje wrócimy do pokoju? - Niby pytał, ale nie planował przyjmować odmowy. W końcu był tą najlogiczniejszą osobą w pomieszczeniu. Musiał mieć przywileje z tego wynikające. Używał karty przewagi albo coś w ten deseń.
- Kuchnia. Wszyscy - powtórzył, gdyby nie został zrozumiany.
- Na to chyba trochę za późno - skwitował bardzo cicho i ponuro raczej do siebie pod nosem niż do niej, kierując zmieszane spojrzenie w drzwi.
No cóż. To była bardzo specyficzna kwestia. Drażliwy temat, jeśli miałby być zupełnie szczery. A nie chciał być ani ze sobą ani tym bardziej z Geraldine. Szczególnie tą pijaną, z którą teraz rozmawiał, bo ona mogłaby to bardzo różnie odebrać a on nie chciał wplątać się jeszcze bardziej. No. Niż to zrobił do tej pory. Był trzeźwy, ale nie miał aż takiej przewagi ani kontroli nad przebiegiem ich rozmowy.
Tak właściwie to szybciutko przekonał się, że nie miał żadnej władzy nad niczym. Ktoś inny rozdawał karty, którymi grali. Im dłużej toczyła się dyskusja tym bardziej obawiał się, że talię tasował im coraz bardziej nerwowy ćpun na głodzie. Jakby ten wieczór nie był dostatecznie dziwny a konfrontacja z Astarothem w jego normalnym stanie psychicznym nie wystarczyła.
Niezbyt rozumiał wyznanie wypływające z ust młodego Yaxleya. Czy jeszcze mówili o robieniu kanapek z pomidorami przez nieobecną Kimi? Czy temat zszedł na pokrętne wyznanie, że Astaroth czuje się winny z powodu kupowania ich u kogoś innego? Dlaczego Ambroise odnosił wrażenie, że nie chodziło o jedzenie a o jakąś pokrętną alegorię dla zdrady? Robienie kanapek z kimś innym brzmiało jak żenujące określenie na współżycie, ale kto tam wiedział Astarotha. Nie zdziwiłby się, gdyby ten po seksie życzył sobie przynoszenia mu kromek chleba w kwadracikach, żeby uzupełnić stracone kalorie. Ćpuny miewały różne pomysły. Greengrass nie spodziewał się, że będzie świadkiem podobnych dyskusji, bo nie obchodziło go, co kto robił ze swoim związkiem i czy wyciągał to z sypialni do burdelu albo gdzieś indziej. On swój związek spierdolił. Tak właściwie to wszystkie związki spierdolił, ale ten konkretny bardzo spektakularnie. Nie był odpowiednią osobą, żeby kogoś oceniać pod tym kątem. No poza tym, że takie wyznania powinny być kierowane do odpowiedniej osoby, której tu z nimi (jak wielokrotnie ustalili) nie było.
Kanapkę mógł Yaxleyowi zrobić, ale zastępować Kimi w inny sposób nie planował. Geraldine mogła być spokojna. Ten wieczór miał się zakończyć najnormalniej jak się dało. Ambroise to obiecał i planował dotrzymać słowa. Wyłącznie potrzebował zorientować się w sytuacji, która na pewno wyglądała gorzej niż było w rzeczywistości. Wystarczyło, żeby się wszyscy uspokoili.
Tak. Teraz był pierdolonym rozjemcą i szefem kafeterii w jednym. Może frytki do tych kanapek? Keczup może być, skoro pomidory gryzą w zęby? Łódeczki, proste czy karbowane? Oranżada z gazem czy sok pomarańczowy?
- Pójdę do kuchni. Wiem, gdzie jest - zaoponował, przy czym zrobił krok do przodu, żeby zrównać się z Geraldine, bo chyba trochę przesadzała.
Potrafił sobie poradzić z niepoczytalnymi ludźmi. Tak właściwie to już uważał za sukces, że Astaroth zaoferował pomoc. Chłopak może i brzmiał przy tym jak rozdygotany pedofil z budki z obwoźnymi lodami, ale chyba po prostu tak teraz miał. Nałóg objawiał się różnie.
- Macie napoje? Albo dasz radę zrobić siostrze herbatę? Przydałoby się czegoś napić - zwrócił wzrok na Yaxleya, posyłając mu badawcze spojrzenie.
No ni chuja nie podejrzewał, że proponowanie napitku może się spotkać z tak skrajnie różnym odbiorem. Szczególnie, że zaraz rozproszyły go słowa Geraldine, na które może powinien zareagować oburzeniem, zaprzeczeniem lub wyparciem, ale...
Kurwa. Ten wieczór dał mu dotychczas do zrozumienia, że nie powinien dyskutować ze wszystkim, co słyszy.
Jeśli nadal mówiła to, co myśli i mógłby wierzyć, że to nie alkohol nią sterował, to nie nienawidziła go aż tak do końca. Miał tego kolejne potwierdzenie.
- Rina, nie przesadzaj. To nic takiego - zapewnił ją z trudem panując nad zmęczeniem w głosie, bo nie rozumiał, o co ten cały szum. - Nie wiem, co was oboje dziś opętało - totalnie nie przywykł do bycia głosem rozsądku w pomieszczeniu i czuł się z tym co najmniej dziwnie nie na miejscu - Ale może skoro tak to wygląda, to usiądźmy razem w kuchni. Zrobimy wszystko, co trzeba, żeby naprawić zaniedbania panny Kimi i my dwoje wrócimy do pokoju? - Niby pytał, ale nie planował przyjmować odmowy. W końcu był tą najlogiczniejszą osobą w pomieszczeniu. Musiał mieć przywileje z tego wynikające. Używał karty przewagi albo coś w ten deseń.
- Kuchnia. Wszyscy - powtórzył, gdyby nie został zrozumiany.