24.09.2024, 00:03 ✶
Zgodził się na to spotkanie jedynie z grzeczności, miękkiej i nieprzyjemnej sensorycznie jak wata wpychana do ust przez stomatologa. Nie boisz się, co o nas pomyślą, jeśli zobaczą nas tutaj - w miejscu kojarzonym bardziej z rozrywką, aniżeli rozpaczą - kiedy ciało twojego brata nie zdążyło ostygnąć i nie wiemy, czy moja żona nie dołączy do niego?, pytało jego spojrzenie, lecz żadnemu z tych słów nie udało się przecisnąć przez gardło Perseusa. Od kiedy właściwie przejmował się tym, co myślą o nim inny? On, który całe życie był jak czarna wrona; samotny, ale z poczuciem swobody. Dziś rozumiał już, że wolność była jedynie iluzją; przez całą czas miał na nodze niewidzialną obrączkę. Symbol ptaków urodzonych w niewoli. Jakże ironiczne, że dopiero zamknięcie przed nim drzwi rodowego skarbca otworzyło mu oczy na swoją zależność.
W barze było głośno i duszno; ostry tytoniowy dym nieprzyjemnie drapał go w gardło, brzdęk obijających się od siebie szklanek w połączeniu z kakofonią wielu rozmów prowadzonych w tym samym momencie sprawiał natomiast, że kręciło mu się w głowie. Robił jednak dobrą minę do złej gry i wysilał się na blady uśmiech, co chwila luzując krawat, aż teraz jego wiązanie znajdowało się poniżej linii jego obojczyków. Zdawało mu się, że nie wypił tego wieczora dużo - właściwie, to nie dokończył nawet poprzedniego piwa, kiedy Albert zjawił się z kolejnym. Przyjął od niego wilgotną pintę, z całych sił próbując się powstrzymać przed sięgnięciem po chusteczkę. Ale kiedy w końcu się poddał swoim wewnętrznym przyzwyczajeniom, poczuł pewną ospałość; alkohol zdecydowanie zaczął robić swoje.
— Może trochę zwolnimy? — zaproponował nieśmiało, a zaraz potem zdał sobie sprawę z tego, jak żałośnie to brzmiało, dlatego pośpiesznie się zreflektował — Noc jeszcze młoda, chyba nie chce wuj tak wcześnie odpaść?
Victor? Ach tak, rzeczywiście wcześniej rozmawiał z człowiekiem, który przedstawił się tym imieniem, choć z perspektywy czasu wydawało mu się, że to mężczyzna mówił, a on jedynie kiwał głową. Nie potrafił przypomnieć sobie co było tematem dyskusji, a może monologu, tym bardziej nie był w stanie przypomnieć sobie jak wyglądał ten człowiek. Victor? Kolejna rozmyta twarz we wspomnieniach.
— Wydaje się w porządku — odparł dyplomatycznie i upił łyk z nowej szklanki, a potem starł pianę z ust wierzchem dłoni, starając się ukryć uśmiech, jaki wykwitł na jego twarzy, kiedy słuchał peanów na cześć nieznajomego. Nie mógł wyzbyć się przeczucia, że Albert przypomina w tym rodzica porównującego swoje dziecko do latorośli swojej koleżanki. Zaraz potem zrobiło mu się przykro z powodu Rookwooda; jego pierwszy syn umarł, a ten drugi... Cóż, nie chciał nigdy wypytywać o szczegóły, ale chyba też nie żył. Odkąd Perseus dowiedział się, że zostanie ojcem, stał się wrażliwszy na tym punkcie.
O ile Vespera przeżyje tę dziwną chorobę, wobec której jego wiedza nie miała żadnych szans.
— Dwanaście lat to wcale nie tak dużo — potwierdził skinieniem głowy, choć dla niego wydawało się to całą wiecznością. Dwanaście lat - to przecież prawie połowa jego życia. Co robił dwanaście lat temu? Składał pocałunki na bladej skórze Elliotta? Nie, to było trochę później. Był wtedy na kursach uzdrowicielskich, był pełen pomysłów i marzeń i tak beztrosko optymistyczny, że niekiedy zdawało mu się, że miał do czynienia z innym człowiekiem. Może był kimś innym.
— Może być czwartek — zgodził się bez namysłu; czwartkowy Perseus z pewnością nie będzie zadowolony z tej decyzji, ale do czwartku było jeszcze daleko. Zdąży się nastawić psychicznie — Och? Interesujesz się wyścigami konnymi?
Przecież ty także cierpisz, nie ukryjesz tego przede mną, obruszył się w myślach, ale nie powiedział nic, wpatrując się w pękające oczko piany na złocistym piwie. Hazard? Czy właśnie to proponował mu Albert? Cudowna deska ratunku, kiedy jego finanse uszczuplały? Czy może równia pochyła, kiedy wszystko w jego życiu zaczęło się sypać?
Podążył spojrzeniem w kierunku, w którym patrzył jego towarzysz i uśmiechnął się słabo.
— A nie boisz się, że w tym stanie wbiję komuś tę rzutkę w oko?
W barze było głośno i duszno; ostry tytoniowy dym nieprzyjemnie drapał go w gardło, brzdęk obijających się od siebie szklanek w połączeniu z kakofonią wielu rozmów prowadzonych w tym samym momencie sprawiał natomiast, że kręciło mu się w głowie. Robił jednak dobrą minę do złej gry i wysilał się na blady uśmiech, co chwila luzując krawat, aż teraz jego wiązanie znajdowało się poniżej linii jego obojczyków. Zdawało mu się, że nie wypił tego wieczora dużo - właściwie, to nie dokończył nawet poprzedniego piwa, kiedy Albert zjawił się z kolejnym. Przyjął od niego wilgotną pintę, z całych sił próbując się powstrzymać przed sięgnięciem po chusteczkę. Ale kiedy w końcu się poddał swoim wewnętrznym przyzwyczajeniom, poczuł pewną ospałość; alkohol zdecydowanie zaczął robić swoje.
— Może trochę zwolnimy? — zaproponował nieśmiało, a zaraz potem zdał sobie sprawę z tego, jak żałośnie to brzmiało, dlatego pośpiesznie się zreflektował — Noc jeszcze młoda, chyba nie chce wuj tak wcześnie odpaść?
Victor? Ach tak, rzeczywiście wcześniej rozmawiał z człowiekiem, który przedstawił się tym imieniem, choć z perspektywy czasu wydawało mu się, że to mężczyzna mówił, a on jedynie kiwał głową. Nie potrafił przypomnieć sobie co było tematem dyskusji, a może monologu, tym bardziej nie był w stanie przypomnieć sobie jak wyglądał ten człowiek. Victor? Kolejna rozmyta twarz we wspomnieniach.
— Wydaje się w porządku — odparł dyplomatycznie i upił łyk z nowej szklanki, a potem starł pianę z ust wierzchem dłoni, starając się ukryć uśmiech, jaki wykwitł na jego twarzy, kiedy słuchał peanów na cześć nieznajomego. Nie mógł wyzbyć się przeczucia, że Albert przypomina w tym rodzica porównującego swoje dziecko do latorośli swojej koleżanki. Zaraz potem zrobiło mu się przykro z powodu Rookwooda; jego pierwszy syn umarł, a ten drugi... Cóż, nie chciał nigdy wypytywać o szczegóły, ale chyba też nie żył. Odkąd Perseus dowiedział się, że zostanie ojcem, stał się wrażliwszy na tym punkcie.
O ile Vespera przeżyje tę dziwną chorobę, wobec której jego wiedza nie miała żadnych szans.
— Dwanaście lat to wcale nie tak dużo — potwierdził skinieniem głowy, choć dla niego wydawało się to całą wiecznością. Dwanaście lat - to przecież prawie połowa jego życia. Co robił dwanaście lat temu? Składał pocałunki na bladej skórze Elliotta? Nie, to było trochę później. Był wtedy na kursach uzdrowicielskich, był pełen pomysłów i marzeń i tak beztrosko optymistyczny, że niekiedy zdawało mu się, że miał do czynienia z innym człowiekiem. Może był kimś innym.
— Może być czwartek — zgodził się bez namysłu; czwartkowy Perseus z pewnością nie będzie zadowolony z tej decyzji, ale do czwartku było jeszcze daleko. Zdąży się nastawić psychicznie — Och? Interesujesz się wyścigami konnymi?
Przecież ty także cierpisz, nie ukryjesz tego przede mną, obruszył się w myślach, ale nie powiedział nic, wpatrując się w pękające oczko piany na złocistym piwie. Hazard? Czy właśnie to proponował mu Albert? Cudowna deska ratunku, kiedy jego finanse uszczuplały? Czy może równia pochyła, kiedy wszystko w jego życiu zaczęło się sypać?
Podążył spojrzeniem w kierunku, w którym patrzył jego towarzysz i uśmiechnął się słabo.
— A nie boisz się, że w tym stanie wbiję komuś tę rzutkę w oko?
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory