24.09.2024, 00:26 ✶
- Z kultury nie zaprzeczę - odrzekł doskonale wiedząc, co robi i że to raczej poziom przedszkola niż dorosłych ludzi. Nie wadziło mu to. - Rozumiem - dodał w sposób świadczący o tym, co miał przez to na myśli.
Nie, nie było to miłe i wyrozumiałe zrozumienie. Postawa Greengrassa traktowała o tym, że wyrażał wobec Geraldine pobłażliwość. Równie dobrze mógłby ją poklepać po głowie i powiedzieć jej, że nie musiała się przejmować swoimi kiepskimi umiejętnościami. Nie od razu Rzym zbudowano. Wystarczyło, żeby bardziej ćwiczyła i mogła się nauczyć przyzwoicie strzelać z łuku lub kuszy. Natomiast nie wiedział, czemu wybrała akurat takie bronie, skoro była w nich kiepska.
Zgadza się. Domyślał się, że nie była. Wręcz podejrzewał, że mogła być kurewsko dobrym strzelcem. Inaczej nie dostałaby tego zlecenia, ale był ostatnim człowiekiem w tym lesie, który by to powiedział na głos. Wolał, żeby żyła w przeświadczeniu, że on kwestionuje jej umiejętności. Nie do końca wiedział, czemu tak bardzo uparł się przy byciu jej zmorą, ale nie analizował swojego zachowania. Chciała, żeby byli sobie obcy i paskudni. Powiedziała mu to. Może nie dosłownie, ale wtedy, kiedy podważyła jego autorytet i potraktowała go jak niepotrzebny element wyposażenia.
Chyba był wobec niej pamiętliwy.
Ale jednocześnie nie? Nie pamiętał o Geraldine ani o tym, kim sam był. W jednej chwili nie był uzdrowicielem ani nawet Greengrassem. Był młodym, zakochanym chłopakiem, który bez problemu robił te wszystkie rzeczy, jakich Ambroise najpewniej by nie zrobił. W jego ciało wstąpiło nowe życie. Naprawdę wydawało mu się, że ma dziewiętnaście lat i cały świat u stóp. Które stawia zdecydowanym krokiem, żeby móc nieść na nich wybrankę.
- Twoja skromność, podejście do życia, to wszystko - nie miał słów, żeby to dobrze opisać, więc tylko zamachał rękami.
Beznadziejnie. Był w niej beznadziejnie zakochany. Choć to było takie brzydkie słowo na związek niosący tyle nadziei i szczęścia, i przyszłości.
- Jesteś moim Słońcem. Nie możesz mówić w ten sposób. Twoje zasługi przyćmiewają wszystko - zapewnił po chwili.
To nie było wystarczające. Powinien dla niej napisać wiersz albo coś w tym rodzaju. Musiała wierzyć w to, że nie istnieje dla niego nikt ważniejszy. Była jego Wszystkim. To on się powinien zastanawiać czy na nią zasługuje. Mógłby o nią walczyć, jeśli potrzeba. Był tego pewien.
- Tylko to mnie tu przywiodło i trzyma. To i oczywiście ty - odezwał się ciepło a nawet trochę zbyt podekscytowanie. - Inaczej musiałbym cię porwać, bo nie mogę zbyt wiele czekać - za tymi słowami stało rozgorączkowanie i zdecydowanie.
Nie żartował, choć ton głosu miał żartobliwy. Chciał tego wszystkiego tu i teraz. Beznadziejnie nudne konwenanse były, no, beznadziejne nudne i niepotrzebne. Gdyby to od niego zależało, darowaliby sobie to wszystko. Ale nie zależało. Za każdym razem zapominał niewygodną myśl, że to było aranżowane małżeństwo. Szczęśliwe i udane - już to wiedział, ale nie odbyłoby się bez zgody ich rodzin. Wolał sądzić, że to los ich złączył a nie interesy czystokrwistych. We własnych oczach byli sobie pisani. Nic nie mogło im przeszkodzić. Wszystko sprzyjało temu związkowi. Mieli być wieczni. Jak wszyscy młodzi, piękni i bogaci. Miał jej dać wszystko, nie żądając nic w zamian (no może poza jedną rzeczą), bo wszystko mu dawała byciem przy nim.
- Dlatego na niego zasługujesz. Na wszystko, co najlepsze, bo o to nie zabiegasz - odpowiedział poważnym tonem, rozglądając się dookoła, żeby zobaczyć czy może skradnąć jej chociaż krótkiego buziaka.
Co go tam! Oczywiście, że mógł. To był ich dzień. Ich goście, nawet jeśli to nie oni wszystko zaplanowali. Ignorując wszystkich z entuzjazmem znanym tylko podekscytowanej młodzieży nachylił ją do pocałunku i nie przejął się żadnymi spojrzeniami. To było niewystarczające, ale musiało ujść. Przynajmniej na tę chwilę. Zaraz udali się do głównej sali i zasiedli przy stole. Chwilowo nic się nie opóźniało. Wszystko szło zgodnie z planem. Siedzieli dumnie wyprostowani, dotykając się tak jak tylko mogli. Było dobrze. Czas płynął a nieubłagane nudne przemowy już się zaczęły.
To było jak w zwolnionym tempie. Charles udawał, że słucha niezmiernie nudnej przemowy z ust wuja ukochanej. Tego teatralnego człowieka, którego nigdy nie umiał polubić wbrew najszczerszym chęciom. W rzeczywistości był pogrążony w myślach i któryś raz z rzędu zastanawiał się nad przyspieszeniem przebiegu dalszej części wieczoru. Chciał mieć swoją narzeczoną tylko dla siebie. Nie lubił wydłużania się wydarzeń towarzyskich. Nie przeszkadzało mu bycie w ich centrum, ale nie chciał słuchać dyrdymałów o niesamowitych korzyściach płynących z tego układu, bo to dla niego nie był układ. To był jego świadomy wybór.
Jasne. To ich rodziny miały ostatnie słowo, ale nigdy nie dopuszczał, że mogłyby odmówić. Poza tym nie pasowało mu, że ktoś przypisuje sobie zasługi za coś, co jest jego życiem. Gdyby wsłuchał się we wszystkie słowa, najpewniej robiłby się coraz bardziej zły, więc pomijał większość wypowiedzi. Wyłapywał co któreś słowo, żeby być przygotowanym na przyjęcie gratulacji. Nie wyglądało, żeby to miało się za szybko wydarzyć. Mieli tu tkwić przez cały złożony wykład ładnie zakamuflowany pod toastem a potem kolejne wypowiedzi ludzi. Najpewniej niewiele krótsze, bo ich nestorzy zwykli mówić dużo i kwieciście.
Charles starał się zignorować wrażenie obserwowania tego zza swojego ciała. Skupił wzrok na ukochanej, ściskając jej dłoń i tylko lekko pozwalając sobie na to, żeby przesunąć rękę trochę niżej pod stołem. Nic przesadnie niewłaściwego, choć niektórzy mogliby być oburzeni. Wielu z tu obecnych miało tradycję na ustach a w sercu rozpustę. Chyba każdy to wiedział, ale nikt nie mówił. To było normalne w ich świecie. Niestety dokładnie tak jak przemówienia, do których powracał myślą, żeby posłuchać czy już muszą się kłaniać czy mogą siedzieć spokojnie.
Wpatrzony w swoją kobietę jak w lustro, wpierw dostrzegł tylko błysk na jej policzku. Coś odbłysknęło na delikatnej skórze Jego Lusterka. Czas spowolnił. Akurat na tyle, żeby Charles zdążył poczuć konsternację. Rozejrzał się po sali. Sam nie wiedział, skąd od razu skierował głowę we właściwym kierunku. Może to był cień, który w przeciwwadze do rozbłysku mignął mu w kąciku oka. Spojrzał w tamtą stronę, dostrzegając coś, przez co mocniej zabiło jego serce. Nie miał zbyt wiele czasu, żeby analizować ten widok. Oczy wszystkich były skierowane w inną stronę. Olbrzymi kryształowy żyrandol na suficie właśnie spadał w dół. Rozbłyski były odbiciami światła w wibrujących kryształkach. Dopiero głośny huk, który poniósł się echem po nagle śmiertelnie cichej sali wybudził Charlesa z transu. Czas przyspieszył. Luźne, pobite kryształki nadal brzęczały, tocząc się po sali. Czerwone kropelki zdobiły wszystko dookoła.
Ktoś zaczął krzyczeć. Charles odruchowo mocniej przyciągnął do siebie Swoją Opokę. Ścisnął ją za rękę, spróbował wtulić jej twarz w swoją klatkę piersiową, żeby nie musiała patrzeć na to, co jeszcze nie do końca do niego dotarło. Stół przeznaczony dla rodziców Młodych nie stał już prosto. Ugiął się pod nieoczekiwanym ciężarem. Nie. Nie ugiął się. Połamał. Część nóg osunęła się na podłogę razem ze szczątkami krzeseł. Wszystko barwiła soczysta czerwień. Ktoś nadal krzyczał. Cień w kąciku jego oka się poruszył i zniknął. Nagle wkroczyło zamieszanie. Ludzie ruszyli z miejsc, zapanował jazgot i chaos.
Nie, nie było to miłe i wyrozumiałe zrozumienie. Postawa Greengrassa traktowała o tym, że wyrażał wobec Geraldine pobłażliwość. Równie dobrze mógłby ją poklepać po głowie i powiedzieć jej, że nie musiała się przejmować swoimi kiepskimi umiejętnościami. Nie od razu Rzym zbudowano. Wystarczyło, żeby bardziej ćwiczyła i mogła się nauczyć przyzwoicie strzelać z łuku lub kuszy. Natomiast nie wiedział, czemu wybrała akurat takie bronie, skoro była w nich kiepska.
Zgadza się. Domyślał się, że nie była. Wręcz podejrzewał, że mogła być kurewsko dobrym strzelcem. Inaczej nie dostałaby tego zlecenia, ale był ostatnim człowiekiem w tym lesie, który by to powiedział na głos. Wolał, żeby żyła w przeświadczeniu, że on kwestionuje jej umiejętności. Nie do końca wiedział, czemu tak bardzo uparł się przy byciu jej zmorą, ale nie analizował swojego zachowania. Chciała, żeby byli sobie obcy i paskudni. Powiedziała mu to. Może nie dosłownie, ale wtedy, kiedy podważyła jego autorytet i potraktowała go jak niepotrzebny element wyposażenia.
Chyba był wobec niej pamiętliwy.
Ale jednocześnie nie? Nie pamiętał o Geraldine ani o tym, kim sam był. W jednej chwili nie był uzdrowicielem ani nawet Greengrassem. Był młodym, zakochanym chłopakiem, który bez problemu robił te wszystkie rzeczy, jakich Ambroise najpewniej by nie zrobił. W jego ciało wstąpiło nowe życie. Naprawdę wydawało mu się, że ma dziewiętnaście lat i cały świat u stóp. Które stawia zdecydowanym krokiem, żeby móc nieść na nich wybrankę.
- Twoja skromność, podejście do życia, to wszystko - nie miał słów, żeby to dobrze opisać, więc tylko zamachał rękami.
Beznadziejnie. Był w niej beznadziejnie zakochany. Choć to było takie brzydkie słowo na związek niosący tyle nadziei i szczęścia, i przyszłości.
- Jesteś moim Słońcem. Nie możesz mówić w ten sposób. Twoje zasługi przyćmiewają wszystko - zapewnił po chwili.
To nie było wystarczające. Powinien dla niej napisać wiersz albo coś w tym rodzaju. Musiała wierzyć w to, że nie istnieje dla niego nikt ważniejszy. Była jego Wszystkim. To on się powinien zastanawiać czy na nią zasługuje. Mógłby o nią walczyć, jeśli potrzeba. Był tego pewien.
- Tylko to mnie tu przywiodło i trzyma. To i oczywiście ty - odezwał się ciepło a nawet trochę zbyt podekscytowanie. - Inaczej musiałbym cię porwać, bo nie mogę zbyt wiele czekać - za tymi słowami stało rozgorączkowanie i zdecydowanie.
Nie żartował, choć ton głosu miał żartobliwy. Chciał tego wszystkiego tu i teraz. Beznadziejnie nudne konwenanse były, no, beznadziejne nudne i niepotrzebne. Gdyby to od niego zależało, darowaliby sobie to wszystko. Ale nie zależało. Za każdym razem zapominał niewygodną myśl, że to było aranżowane małżeństwo. Szczęśliwe i udane - już to wiedział, ale nie odbyłoby się bez zgody ich rodzin. Wolał sądzić, że to los ich złączył a nie interesy czystokrwistych. We własnych oczach byli sobie pisani. Nic nie mogło im przeszkodzić. Wszystko sprzyjało temu związkowi. Mieli być wieczni. Jak wszyscy młodzi, piękni i bogaci. Miał jej dać wszystko, nie żądając nic w zamian (no może poza jedną rzeczą), bo wszystko mu dawała byciem przy nim.
- Dlatego na niego zasługujesz. Na wszystko, co najlepsze, bo o to nie zabiegasz - odpowiedział poważnym tonem, rozglądając się dookoła, żeby zobaczyć czy może skradnąć jej chociaż krótkiego buziaka.
Co go tam! Oczywiście, że mógł. To był ich dzień. Ich goście, nawet jeśli to nie oni wszystko zaplanowali. Ignorując wszystkich z entuzjazmem znanym tylko podekscytowanej młodzieży nachylił ją do pocałunku i nie przejął się żadnymi spojrzeniami. To było niewystarczające, ale musiało ujść. Przynajmniej na tę chwilę. Zaraz udali się do głównej sali i zasiedli przy stole. Chwilowo nic się nie opóźniało. Wszystko szło zgodnie z planem. Siedzieli dumnie wyprostowani, dotykając się tak jak tylko mogli. Było dobrze. Czas płynął a nieubłagane nudne przemowy już się zaczęły.
To było jak w zwolnionym tempie. Charles udawał, że słucha niezmiernie nudnej przemowy z ust wuja ukochanej. Tego teatralnego człowieka, którego nigdy nie umiał polubić wbrew najszczerszym chęciom. W rzeczywistości był pogrążony w myślach i któryś raz z rzędu zastanawiał się nad przyspieszeniem przebiegu dalszej części wieczoru. Chciał mieć swoją narzeczoną tylko dla siebie. Nie lubił wydłużania się wydarzeń towarzyskich. Nie przeszkadzało mu bycie w ich centrum, ale nie chciał słuchać dyrdymałów o niesamowitych korzyściach płynących z tego układu, bo to dla niego nie był układ. To był jego świadomy wybór.
Jasne. To ich rodziny miały ostatnie słowo, ale nigdy nie dopuszczał, że mogłyby odmówić. Poza tym nie pasowało mu, że ktoś przypisuje sobie zasługi za coś, co jest jego życiem. Gdyby wsłuchał się we wszystkie słowa, najpewniej robiłby się coraz bardziej zły, więc pomijał większość wypowiedzi. Wyłapywał co któreś słowo, żeby być przygotowanym na przyjęcie gratulacji. Nie wyglądało, żeby to miało się za szybko wydarzyć. Mieli tu tkwić przez cały złożony wykład ładnie zakamuflowany pod toastem a potem kolejne wypowiedzi ludzi. Najpewniej niewiele krótsze, bo ich nestorzy zwykli mówić dużo i kwieciście.
Charles starał się zignorować wrażenie obserwowania tego zza swojego ciała. Skupił wzrok na ukochanej, ściskając jej dłoń i tylko lekko pozwalając sobie na to, żeby przesunąć rękę trochę niżej pod stołem. Nic przesadnie niewłaściwego, choć niektórzy mogliby być oburzeni. Wielu z tu obecnych miało tradycję na ustach a w sercu rozpustę. Chyba każdy to wiedział, ale nikt nie mówił. To było normalne w ich świecie. Niestety dokładnie tak jak przemówienia, do których powracał myślą, żeby posłuchać czy już muszą się kłaniać czy mogą siedzieć spokojnie.
Wpatrzony w swoją kobietę jak w lustro, wpierw dostrzegł tylko błysk na jej policzku. Coś odbłysknęło na delikatnej skórze Jego Lusterka. Czas spowolnił. Akurat na tyle, żeby Charles zdążył poczuć konsternację. Rozejrzał się po sali. Sam nie wiedział, skąd od razu skierował głowę we właściwym kierunku. Może to był cień, który w przeciwwadze do rozbłysku mignął mu w kąciku oka. Spojrzał w tamtą stronę, dostrzegając coś, przez co mocniej zabiło jego serce. Nie miał zbyt wiele czasu, żeby analizować ten widok. Oczy wszystkich były skierowane w inną stronę. Olbrzymi kryształowy żyrandol na suficie właśnie spadał w dół. Rozbłyski były odbiciami światła w wibrujących kryształkach. Dopiero głośny huk, który poniósł się echem po nagle śmiertelnie cichej sali wybudził Charlesa z transu. Czas przyspieszył. Luźne, pobite kryształki nadal brzęczały, tocząc się po sali. Czerwone kropelki zdobiły wszystko dookoła.
Ktoś zaczął krzyczeć. Charles odruchowo mocniej przyciągnął do siebie Swoją Opokę. Ścisnął ją za rękę, spróbował wtulić jej twarz w swoją klatkę piersiową, żeby nie musiała patrzeć na to, co jeszcze nie do końca do niego dotarło. Stół przeznaczony dla rodziców Młodych nie stał już prosto. Ugiął się pod nieoczekiwanym ciężarem. Nie. Nie ugiął się. Połamał. Część nóg osunęła się na podłogę razem ze szczątkami krzeseł. Wszystko barwiła soczysta czerwień. Ktoś nadal krzyczał. Cień w kąciku jego oka się poruszył i zniknął. Nagle wkroczyło zamieszanie. Ludzie ruszyli z miejsc, zapanował jazgot i chaos.