17.01.2023, 01:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2023, 02:13 przez Daisy Lockhart.)
Rzut T 1d100 - 80
Sukces!
- jak to chęć przeżycia, wygrywa z kompletnym brakiem sprawności fizycznej oraz lękiem wysokości. Rzut szedł na to, czy Daisy utrzyma się i nie spadnie.Sukces!
Super, zostaw mnie samą, ty mała, parszywa, podła, smarkulo! – pomyślała Daisy, gdy zapłakana dziewczynka pobiegła szukać ratunku gdzieś indziej. Na dobrą sprawę i ona w tej chwili bardzo chętnie jednak oddałaby swoje życie w ręce kogoś kompetentnego. A na pewno bardziej kompetentnego niż ona sama i dziecko.
Nie miała wielkich wymagań. Ratujący nie musiał być wysportowanym, przystojnym, bogatym czarodziejem (akurat przypadkiem przechodzącym w pobliżu) bądź potężną czarownicą, która przez jakieś swoje tajemnicze sprawy zaplątała się do tej fatalnej uliczki. Kwestie płci, urody, pieniędzy, nawet inteligencji i potęgi magicznej, nie grały dla niej żadnej roli. Wystarczyło by ratujący potrafił ją ściągnąć z tej przeklętej drabiny i postawić bezpiecznie na ziemi. A po tym ściągnięciu miałaby jeszcze całe ręce, nogi i głowę. Naprawdę nie wymagała zbyt wiele.
Póki co jednak sama musiała toczyć swoją walkę o przetrwanie. A ta nie należała do najłatwiejszych. Po pierwsze było jej coraz ciężej utrzymać się na tej przeklętej drabinie. Po drugie, za żadne skarby nie mogła spojrzeć w dół, bo przed oczami stawały jej właśnie te obrazy z przeszłości, których za wszelką cenę nie chciała wspominać, a które nierozerwalnie były związane z rozbitym nosem, połamaną ręką i mnóstwem, całym morzem, strachu. Po trzecie, wciąż dzielnie trzymała wyrywającego się, parskającego, szalejącego kota.
Gdyby Daisy miała choć odrobinę czasu na spokojnie przemyślenie sytuacji, zaczęłaby się zastanawiać jak to możliwe, że taki mały, niepozorny futrzak miał w sobie aż tyle energii. Może właśnie i jemu całe życie zaczęło nagle przelatywać przed oczami?
Tymczasem dyndała coraz bardziej. Ze strachu serce próbowało jej wyrwać się z piersi. Z jednej strony miała ochotę się rozpłakać z nieszczęścia, z drugiej głośno przeklinać. Nie robiła ani tego, ani tego, bo jakaś część umysłu młodziutkiej dziennikarki wiedziała, że jeśli tylko przestanie się tak bardzo koncentrować na trzymaniu się szczebla drabiny, poleci w dół. I nie będzie to zeskok pełen kociej gracji, ale mało subtelny lot worka pełnego kartofli. A potem rozkwasi sobie nos, złamie rękę i może w ogóle umrze.
Wszystko przez to, że chciała być porządną czarownicą i złapać małego kotka dla malutkiej dziewczynki. A trzeba było się odwrócić na pięcie i aportować do redakcji. Jak brzmiało ulubione powiedzenie ojca: wszystkie dobre uczynki zawsze zostaną odpowiednio ukarane. Ten musiał być wybitnie dobrym uczynkiem, skoro los aż tak bardzo próbował jej dopiec.
Daisy tylko słyszała nadciągającą Brennę. Skupiona tak bardzo na drabinie, nie próbowała zerkać w dół by przekonać się kogo tym razem zwabiło dziecko. Dobrze wiedziała zresztą, że kolejne spojrzenie w dół mogło skończyć się w jej wypadku tylko i wyłącznie zawrotami głowy i upadkiem. Zdradzieckie, nieprzyzwyczajone do jakichkolwiek ćwiczeń ciało, męczyło się coraz bardziej. Próbowała sięgnąć nogami z powrotem do drabiny, ale nic z tego nie wyszło. Pot spływał jej po plecach, pociły się też jej ręce, jakby szybciej od całej reszty rozumiejące, że czas najwyższy było zaprzestać walki i poddać się nieuchronnemu losowi.
Jeszcze wisiała, ale nie wiedziała na jak długo.
Nie miała wielkich wymagań. Ratujący nie musiał być wysportowanym, przystojnym, bogatym czarodziejem (akurat przypadkiem przechodzącym w pobliżu) bądź potężną czarownicą, która przez jakieś swoje tajemnicze sprawy zaplątała się do tej fatalnej uliczki. Kwestie płci, urody, pieniędzy, nawet inteligencji i potęgi magicznej, nie grały dla niej żadnej roli. Wystarczyło by ratujący potrafił ją ściągnąć z tej przeklętej drabiny i postawić bezpiecznie na ziemi. A po tym ściągnięciu miałaby jeszcze całe ręce, nogi i głowę. Naprawdę nie wymagała zbyt wiele.
Póki co jednak sama musiała toczyć swoją walkę o przetrwanie. A ta nie należała do najłatwiejszych. Po pierwsze było jej coraz ciężej utrzymać się na tej przeklętej drabinie. Po drugie, za żadne skarby nie mogła spojrzeć w dół, bo przed oczami stawały jej właśnie te obrazy z przeszłości, których za wszelką cenę nie chciała wspominać, a które nierozerwalnie były związane z rozbitym nosem, połamaną ręką i mnóstwem, całym morzem, strachu. Po trzecie, wciąż dzielnie trzymała wyrywającego się, parskającego, szalejącego kota.
Gdyby Daisy miała choć odrobinę czasu na spokojnie przemyślenie sytuacji, zaczęłaby się zastanawiać jak to możliwe, że taki mały, niepozorny futrzak miał w sobie aż tyle energii. Może właśnie i jemu całe życie zaczęło nagle przelatywać przed oczami?
Tymczasem dyndała coraz bardziej. Ze strachu serce próbowało jej wyrwać się z piersi. Z jednej strony miała ochotę się rozpłakać z nieszczęścia, z drugiej głośno przeklinać. Nie robiła ani tego, ani tego, bo jakaś część umysłu młodziutkiej dziennikarki wiedziała, że jeśli tylko przestanie się tak bardzo koncentrować na trzymaniu się szczebla drabiny, poleci w dół. I nie będzie to zeskok pełen kociej gracji, ale mało subtelny lot worka pełnego kartofli. A potem rozkwasi sobie nos, złamie rękę i może w ogóle umrze.
Wszystko przez to, że chciała być porządną czarownicą i złapać małego kotka dla malutkiej dziewczynki. A trzeba było się odwrócić na pięcie i aportować do redakcji. Jak brzmiało ulubione powiedzenie ojca: wszystkie dobre uczynki zawsze zostaną odpowiednio ukarane. Ten musiał być wybitnie dobrym uczynkiem, skoro los aż tak bardzo próbował jej dopiec.
Daisy tylko słyszała nadciągającą Brennę. Skupiona tak bardzo na drabinie, nie próbowała zerkać w dół by przekonać się kogo tym razem zwabiło dziecko. Dobrze wiedziała zresztą, że kolejne spojrzenie w dół mogło skończyć się w jej wypadku tylko i wyłącznie zawrotami głowy i upadkiem. Zdradzieckie, nieprzyzwyczajone do jakichkolwiek ćwiczeń ciało, męczyło się coraz bardziej. Próbowała sięgnąć nogami z powrotem do drabiny, ale nic z tego nie wyszło. Pot spływał jej po plecach, pociły się też jej ręce, jakby szybciej od całej reszty rozumiejące, że czas najwyższy było zaprzestać walki i poddać się nieuchronnemu losowi.
Jeszcze wisiała, ale nie wiedziała na jak długo.