24.09.2024, 13:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.09.2024, 13:43 przez Brenna Longbottom.)
Dla Brenny z kolei wymierzenie uderzenia było równie naturalne, jak rzucenie zaklęcia – odruch w świecie czarów niekoniecznie częsty, ale w pewnych sytuacjach przydatny. Magia była zwykle silniejsza od ciosów, te jednak bywały bardziej dyskretne, w mugolskim Londynie albo w towarzystwie postronnych lepiej się sprawdzały, a poza tym… różdżkę można było niestety stosunkowo łatwo stracić.
I umiałaby pewnie uderzyć Thomasa. Przynajmniej w ramach treningu, bo w innych okolicznościach miałaby już chyba za duże opory. Jedyną osobą spośród tych, których znała – nie licząc oczywiście szkolnych bójek – której dotąd potrafiła bez ostrzeżenia walnąć, bo ją wkurzył, był Vincent. Ale tu nie miała wielkich oporów, bo on w takich sytuacjach zwykle oddawał i jednak były to z ich strony raczej przepychanki albo trening właśnie niż faktyczne próby skrzywdzenia drugiej osoby.
– Tacy jak oni nigdy nie walczą honorowo i to chyba najważniejsza lekcja, której musisz się nauczyć – stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. Braku oporów. A jednocześnie trzeba było cholernie uważać, aby samemu nie zostać posądzonym za używanie czarnej magii… Tak, to był jeden z powodów, dla których lubiła posługiwać się pięściami albo nożem. – Ale dlatego czasem dobrze potrafić im wbić pięść w nos – dodała, uśmiechając się lekko, i przypatrując jak Thomas rzuca zaklęcia. – Jasne, że tak, chociaż akurat tarcz uczyli nas na szkoleniach, a potem ćwiczyłam je całkiem sporo, ot ciężko mi przeskoczyć… ponad pewien pułap – stwierdziła, unosząc różdżkę, i jeszcze raz wypróbowując tarczę.
– Myślę, że tarzania się po ziemi nam wystarczy, ale właśnie o to chodzi. Ty próbujesz wyczarować wybuch o tam, z przodu, a ja go zatrzymać… wiesz, żeby nie poszedł w żadne z nas – uściśliła. Ot nie chciała bronić siebie – nie mogła dać się poobijać jeszcze bardziej, bo w końcu musiała wrócić do pracy i wolała nie zaliczać po drodze wizyty uzdrowiciela – a rzucać tarczę na konkretne miejsce. – Możesz próbować wywalić resztki tej rzeźby. Jej już i tak nic nie zaszkodzi… – westchnęła, wskazując na jeden z posągów z labiryntu, które znalazły się na obrzeże zajętym płomieniami. Teraz była pozbawiona kształtu, osmalona i czekała na wyrzucenie, mogła więc przydać się do celów treningowych. – Jeśli użyłeś translokacji, to zupełnie inne, ja zwykle uderzam z kształtowania. Te czary wychodzą mi lepiej… No to… dawaj – powiedziała, stawiając tarczę przed tym nieszczęsnym posągiem.
I umiałaby pewnie uderzyć Thomasa. Przynajmniej w ramach treningu, bo w innych okolicznościach miałaby już chyba za duże opory. Jedyną osobą spośród tych, których znała – nie licząc oczywiście szkolnych bójek – której dotąd potrafiła bez ostrzeżenia walnąć, bo ją wkurzył, był Vincent. Ale tu nie miała wielkich oporów, bo on w takich sytuacjach zwykle oddawał i jednak były to z ich strony raczej przepychanki albo trening właśnie niż faktyczne próby skrzywdzenia drugiej osoby.
– Tacy jak oni nigdy nie walczą honorowo i to chyba najważniejsza lekcja, której musisz się nauczyć – stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. Braku oporów. A jednocześnie trzeba było cholernie uważać, aby samemu nie zostać posądzonym za używanie czarnej magii… Tak, to był jeden z powodów, dla których lubiła posługiwać się pięściami albo nożem. – Ale dlatego czasem dobrze potrafić im wbić pięść w nos – dodała, uśmiechając się lekko, i przypatrując jak Thomas rzuca zaklęcia. – Jasne, że tak, chociaż akurat tarcz uczyli nas na szkoleniach, a potem ćwiczyłam je całkiem sporo, ot ciężko mi przeskoczyć… ponad pewien pułap – stwierdziła, unosząc różdżkę, i jeszcze raz wypróbowując tarczę.
– Myślę, że tarzania się po ziemi nam wystarczy, ale właśnie o to chodzi. Ty próbujesz wyczarować wybuch o tam, z przodu, a ja go zatrzymać… wiesz, żeby nie poszedł w żadne z nas – uściśliła. Ot nie chciała bronić siebie – nie mogła dać się poobijać jeszcze bardziej, bo w końcu musiała wrócić do pracy i wolała nie zaliczać po drodze wizyty uzdrowiciela – a rzucać tarczę na konkretne miejsce. – Możesz próbować wywalić resztki tej rzeźby. Jej już i tak nic nie zaszkodzi… – westchnęła, wskazując na jeden z posągów z labiryntu, które znalazły się na obrzeże zajętym płomieniami. Teraz była pozbawiona kształtu, osmalona i czekała na wyrzucenie, mogła więc przydać się do celów treningowych. – Jeśli użyłeś translokacji, to zupełnie inne, ja zwykle uderzam z kształtowania. Te czary wychodzą mi lepiej… No to… dawaj – powiedziała, stawiając tarczę przed tym nieszczęsnym posągiem.
Rzut Z 1d100 - 8
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 79
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.