24.09.2024, 15:41 ✶
To był Ten Dzień. Dla wszystkich, choć żadne z nich tego nie wiedziało. Nikt nie spodziewałby się żadnego z tych wydarzeń. Cztery osoby. Główni aktorzy otoczeni jeszcze większą liczbą ukrytych dusz również zamkniętych w wielkim teatrze. Sztuka zawsze przebiegała tak samo. Była ich wielkim hitem i największą porażką. Musieli grać. Przedstawienie trwało, dopóki na scenie byli jeszcze aktorzy.
Skupiony na nim mężczyzna nie spodziewał się ataku. Prawdopodobnie podejrzewał, że Beatrice do nich wróci, ale nie w taki sposób. Nie miał dobrych zamiarów także wobec swojej siostrzenicy. Charles to wiedział. Chciał, żeby uciekała. Próbował jej to przekazać.
Uciekaj, Najdroższa, ratuj życie , chciał, żeby Cygnus się na nim skupił. Skoro miał zginąć w ten sposób z rąk tego człowieka, mógł choć kupić trochę czasu ukochanej. Próbował się wierzgać, jak najbardziej utrudnić temu człowiekowi życie. Czuł jak jego własne go opuszcza, ale w ostatnich chwilach chciał być jego najgorszym wrogiem. Dla Beatrice.
Nie mogła się teleportować. Nie mógł cofnąć zabezpieczeń, bo to nie on je nałożył. Nie zniknęły po śmierci jego rodziców. Tak. W swojej własnej śmierci uświadomił sobie to, co do tej pory wypierał. Jego rodzice byli tam pod kryształowym żyrandolem. Nie mieli ich ocalić. Sami nie żyli. W dodatku jego teściowie byli tam razem z nimi. Po drugiej stronie Zasłony. Z Deimosem. Niedługo także z nim.
Ale nie z Beatrice.
Nie z Beatrice!
Zabezpieczenia przeciwko samowolnej teleportacji nadal nie zniknęły a to znaczyło, że nie były postawione przez nikogo ze zmarłych. To musiał być Cygnus. W jakiś sposób wpłynął na jego rodziców, żeby to on je postawił. Był charyzmatyczny i czarujący, ale Charles nigdy tego nie poczuł. Dla niego zawsze był gnidą, którą tolerował tylko przez wzgląd na ukochaną. Patrząc śmierci w oczy, nigdy nie spodziewałby się, że Kostucha będzie mieć przystojną twarz komentatora światowych zawodów Quidditcha. Walczył o ostatni oddech ze swoim mordercą, jednocześnie próbował nie patrzeć w stronę, z której wyszła Ona. Jego ostatnie światło przed ciemnością.
Szumiało mu w uszach. Słyszał buzowanie krwi. Dusił się, walcząc z kimś, z kim nie miał najmniejszych szans. Wszystko po to, żeby Beatrice spróbowała pokonać schody i uciec z terenu posiadłości. Była szybka i gibka jak młoda łania. Mogło jej się udać, ale nie uciekała. Chciał na nią wrzasnąć.
Dlaczego nie uciekała? Dlaczego do cholery nadal tu była?
Nie mogła być stracona. Nie.
Pęd powietrza go zaskoczył, ale nie tak jak Cygnusa, który kompletnie nie spodziewał się aktów sprzeciwu. Mordował ich. Mordował ich raz po raz. Zawsze ich zabijał. Powtarzająca się pętla śmierci, tragedii, dramatu, bólu. Raz po raz kończył ich życia. Zamknięci w splocie wydarzeń ginęli z ręki komuś, komu ufały ich rodziny. W najszczęśliwszym dniu swojego życia, który był również najtragiczniejszy. Wydarzenia dawno były zapisane na kartach historii. Odgrywali je. Zawsze wcielając się w te same role.
Świst strzały przeszył powietrze. To on je poruszył. Charles spodziewał się bólu. Zawsze był ból. Nie był tego świadomy, ale był przygotowany na to, co miał poczuć.
To nie było to.
Przeszywający ból nie pozbawił go przytomności. Nie odebrał mu życia. To nie było tak.
Nie tak.
Cygnus był rozproszony. Cofnął się dwa kroki w stronę ściany. Puścił go jak worek kości i skóry, uderzając Charlesem o podłogę w tej samej chwili, w której chłopak wydarł siłą strzałę z nogi i bez wahania wbił ją prosto w szyję wuja. Celował w tętnicę. Tym razem wiedział dokładnie, gdzie powinien mierzyć, żeby odebrać mu życie.
Ocalił ją. Ocalili siebie.
Charles poczuł jasność. Światło Jego Słońca. Odchodził, ale inaczej. Byli wolni. Mogli zacząć życie tam, gdzie powinni dawno odejść. Należało jedynie podążać za światłem. Teraz jasno widział ścieżkę po korytarzu, która prowadziła go do jego miłości i dalej. Nie wahał się.
- Kurwa - wymsknęło mu się jako jedyne i prawdopodobnie całkiem wymowne podsumowanie.
Trzymał w górze wyciągniętą rękę, ale nie było w niej śladu po strzale, którą go postrzelono. Jakby rozmyła się w powietrzu, choć rana była bardzo rzeczywista. Krwawił. Dotknął przestrzelonej nogi. Uniósł zakrwawione palce, przyglądając się soczystej czerwieni. Mimikując coś nieokreślonego, co mgliście pamiętał, ale nie wiedział, skąd. Miał wrażenie, że już to dziś robił. Tutaj w tym miejscu. Dokładnie tu, ale jego ręka była przedtem czysta. Siedział oparty o chwiejną balustradę galerii, czego prawdopodobnie nie powinien robić, bo drewno mogło nie wytrzymać nacisku. Mimo to nie podniósł się. Mrugał zagubiony, trochę półprzytomny, ale bardziej od nieokreślonego pochodzenia szoku niż utraty krwi. Rana była głęboka, ale nie śmiertelna.
- Pytasz czy stwierdzasz? - Spytał troszeczkę za późno, żeby dało się to przypisać do jego typowego Ja.
Próbował odzyskać własny ton i brzmienie głosu, ale struny głosowe nie chciały z nim współpracować. W efekcie zabrzmiał, jakby miał bardzo spierzchnięte gardło. Nie dało się tego pomylić z warknięciem. Jego wypowiedzi brakowało przekąsu lub wcześniejszej woli dyskusji. To była wyuczona czepliwość i bardzo średnio mu wychodziła. Zupełnie, jakby próbował udawać, że wszystko jest w totalnym porządku i nie czuje się ani trochę pogubiony.
- Trzeba to opatrzeć - dodał tym samym nieco rozbitym, zamyślonym tonem, patrząc na Geraldine, ale zarazem jakby przez nią.
Jakby była przezroczysta i ktoś stał za nią. Nikogo tam nie było.
- Widziałaś moją torbę? - Zdążył już pomacać obok siebie i rozejrzeć się po korytarzu, ale nigdzie nie widział swoich rzeczy.
W dodatku nie miał na sobie nic z wierzchnich ubrań. Siedział w koszuli, butach i spodniach, które zastępowały mu czarodziejskie szaty. Płaszcza nie było. Czapki i szalika też nie. Tak samo jak torby i rękawiczek.
Skupiony na nim mężczyzna nie spodziewał się ataku. Prawdopodobnie podejrzewał, że Beatrice do nich wróci, ale nie w taki sposób. Nie miał dobrych zamiarów także wobec swojej siostrzenicy. Charles to wiedział. Chciał, żeby uciekała. Próbował jej to przekazać.
Uciekaj, Najdroższa, ratuj życie , chciał, żeby Cygnus się na nim skupił. Skoro miał zginąć w ten sposób z rąk tego człowieka, mógł choć kupić trochę czasu ukochanej. Próbował się wierzgać, jak najbardziej utrudnić temu człowiekowi życie. Czuł jak jego własne go opuszcza, ale w ostatnich chwilach chciał być jego najgorszym wrogiem. Dla Beatrice.
Nie mogła się teleportować. Nie mógł cofnąć zabezpieczeń, bo to nie on je nałożył. Nie zniknęły po śmierci jego rodziców. Tak. W swojej własnej śmierci uświadomił sobie to, co do tej pory wypierał. Jego rodzice byli tam pod kryształowym żyrandolem. Nie mieli ich ocalić. Sami nie żyli. W dodatku jego teściowie byli tam razem z nimi. Po drugiej stronie Zasłony. Z Deimosem. Niedługo także z nim.
Ale nie z Beatrice.
Nie z Beatrice!
Zabezpieczenia przeciwko samowolnej teleportacji nadal nie zniknęły a to znaczyło, że nie były postawione przez nikogo ze zmarłych. To musiał być Cygnus. W jakiś sposób wpłynął na jego rodziców, żeby to on je postawił. Był charyzmatyczny i czarujący, ale Charles nigdy tego nie poczuł. Dla niego zawsze był gnidą, którą tolerował tylko przez wzgląd na ukochaną. Patrząc śmierci w oczy, nigdy nie spodziewałby się, że Kostucha będzie mieć przystojną twarz komentatora światowych zawodów Quidditcha. Walczył o ostatni oddech ze swoim mordercą, jednocześnie próbował nie patrzeć w stronę, z której wyszła Ona. Jego ostatnie światło przed ciemnością.
Szumiało mu w uszach. Słyszał buzowanie krwi. Dusił się, walcząc z kimś, z kim nie miał najmniejszych szans. Wszystko po to, żeby Beatrice spróbowała pokonać schody i uciec z terenu posiadłości. Była szybka i gibka jak młoda łania. Mogło jej się udać, ale nie uciekała. Chciał na nią wrzasnąć.
Dlaczego nie uciekała? Dlaczego do cholery nadal tu była?
Nie mogła być stracona. Nie.
Pęd powietrza go zaskoczył, ale nie tak jak Cygnusa, który kompletnie nie spodziewał się aktów sprzeciwu. Mordował ich. Mordował ich raz po raz. Zawsze ich zabijał. Powtarzająca się pętla śmierci, tragedii, dramatu, bólu. Raz po raz kończył ich życia. Zamknięci w splocie wydarzeń ginęli z ręki komuś, komu ufały ich rodziny. W najszczęśliwszym dniu swojego życia, który był również najtragiczniejszy. Wydarzenia dawno były zapisane na kartach historii. Odgrywali je. Zawsze wcielając się w te same role.
Świst strzały przeszył powietrze. To on je poruszył. Charles spodziewał się bólu. Zawsze był ból. Nie był tego świadomy, ale był przygotowany na to, co miał poczuć.
To nie było to.
Przeszywający ból nie pozbawił go przytomności. Nie odebrał mu życia. To nie było tak.
Nie tak.
Cygnus był rozproszony. Cofnął się dwa kroki w stronę ściany. Puścił go jak worek kości i skóry, uderzając Charlesem o podłogę w tej samej chwili, w której chłopak wydarł siłą strzałę z nogi i bez wahania wbił ją prosto w szyję wuja. Celował w tętnicę. Tym razem wiedział dokładnie, gdzie powinien mierzyć, żeby odebrać mu życie.
Ocalił ją. Ocalili siebie.
Charles poczuł jasność. Światło Jego Słońca. Odchodził, ale inaczej. Byli wolni. Mogli zacząć życie tam, gdzie powinni dawno odejść. Należało jedynie podążać za światłem. Teraz jasno widział ścieżkę po korytarzu, która prowadziła go do jego miłości i dalej. Nie wahał się.
- Kurwa - wymsknęło mu się jako jedyne i prawdopodobnie całkiem wymowne podsumowanie.
Trzymał w górze wyciągniętą rękę, ale nie było w niej śladu po strzale, którą go postrzelono. Jakby rozmyła się w powietrzu, choć rana była bardzo rzeczywista. Krwawił. Dotknął przestrzelonej nogi. Uniósł zakrwawione palce, przyglądając się soczystej czerwieni. Mimikując coś nieokreślonego, co mgliście pamiętał, ale nie wiedział, skąd. Miał wrażenie, że już to dziś robił. Tutaj w tym miejscu. Dokładnie tu, ale jego ręka była przedtem czysta. Siedział oparty o chwiejną balustradę galerii, czego prawdopodobnie nie powinien robić, bo drewno mogło nie wytrzymać nacisku. Mimo to nie podniósł się. Mrugał zagubiony, trochę półprzytomny, ale bardziej od nieokreślonego pochodzenia szoku niż utraty krwi. Rana była głęboka, ale nie śmiertelna.
- Pytasz czy stwierdzasz? - Spytał troszeczkę za późno, żeby dało się to przypisać do jego typowego Ja.
Próbował odzyskać własny ton i brzmienie głosu, ale struny głosowe nie chciały z nim współpracować. W efekcie zabrzmiał, jakby miał bardzo spierzchnięte gardło. Nie dało się tego pomylić z warknięciem. Jego wypowiedzi brakowało przekąsu lub wcześniejszej woli dyskusji. To była wyuczona czepliwość i bardzo średnio mu wychodziła. Zupełnie, jakby próbował udawać, że wszystko jest w totalnym porządku i nie czuje się ani trochę pogubiony.
- Trzeba to opatrzeć - dodał tym samym nieco rozbitym, zamyślonym tonem, patrząc na Geraldine, ale zarazem jakby przez nią.
Jakby była przezroczysta i ktoś stał za nią. Nikogo tam nie było.
- Widziałaś moją torbę? - Zdążył już pomacać obok siebie i rozejrzeć się po korytarzu, ale nigdzie nie widział swoich rzeczy.
W dodatku nie miał na sobie nic z wierzchnich ubrań. Siedział w koszuli, butach i spodniach, które zastępowały mu czarodziejskie szaty. Płaszcza nie było. Czapki i szalika też nie. Tak samo jak torby i rękawiczek.