24.09.2024, 17:07 ✶
Niby byli pod tym względem podobni, bo przecież z pozoru jego samego również nie obchodziło, co kto o nim myślał. Jednak prawda w jego przypadku była nieco inna. Z pozoru chłodny i zdystansowany, owszem, lecz wszystko to, co robił, robił pod dyktando i opinię innych - to wszystko było farsą, jedną wielką grą. To, że się odsuwał od reszty, to w jaki sposób reagował i tłumił emocje. Nawet to, w jaki sposób się ubierał: to wszystko było robione pod publikę. Bo przecież nie mógł być sobą, bo pokazanie swojego prawdziwego ja sprawiłoby, że całe dotychczasowe życie ległoby w gruzach. Osoby, które pokazywały siebie, źle kończyły i miał przed sobą (a raczej obok siebie) żywy dowód tej tezy. Kelly złamała zasady i postanowiła być sobą i jak skończyła?
Gdyby nie to, że spotykali się w takich a nie innych okolicznościach, pewnie nie omieszkałby wyciągnąć wobec niej odpowiednich konsekwencji gdzieś pod osłoną nocy, być może przy pomocy innych jemu mu podobnych. Ale nie mógł. Nie mógł z wielu powodów, ale najważniejszym było to, że po prostu jej nie znał. Nie wiedział jakie miała umiejętności lub znajomości, chociaż z tym ostatnim to podejrzewał, że od czasu jej szumnej ucieczki i zamążpójścia, to kontakty towarzyskie leżą i kwiczą. Ale nie mógł być tego pewnym. Ponadto Kelly była pracownicą Ministerstwa, a konkretniej: Departamentu Tajemnic. Nie mogła być głupia, nie mogła być bezbronna, skoro tak bezczelnie paradowała w Ministerstwie i poza nim, dumnie unosząc głowę i poprawiając szminkę. To było irytujące jak diabli - nie móc nic zrobić i zostać wysłanym do sprawdzenia czegoś, czego w jego mniemaniu nie dopilnowała. Ale czy mógł coś zrobić? Jak było wspomniane: nie. Mógł co najwyżej przeklinać kobietę w myślach, że dała się zbrukać, mógł wyobrażać sobie jej rozczłonkowane ciało i pielęgnować w sobie tę nienawiść, lecz nic poza tym.
Przyzwyczaił się.
Wszystkie ruchy, które musieli podejmować, powinny być przemyślane. Ani atak na kogokolwiek z Ministerstwa, ani podjebanie jej komu trzeba, nie sprawiłoby, że ich sprawa stałaby się prostsza. Przeciwnie: wszyscy zostaliby wzięci pod lupę, a kto wie ilu śmierciożerców znajdowało się w szeregach poszczególnych Departamentów? Nie, musiał czekać i zagryzać zęby, pozwalając sobie co najwyżej na drobne złośliwości słowne. Bo jak już było wspomniane: grał. Grał pod innych, udawał kogoś, kim nie był. Grał osobę, którą była Kelly - grał osobę, która miała innych głęboko gdzieś. I tego musiał się trzymać, przynajmniej na ten moment.
Przytaknął na to, co mówiła blondynka. Nie do końca się z tym zgadzał ale podejrzewał, że ona również wiedziała, że to tak nie działało. Po co więc było strzępić język? Była zła, musiała na kimś wyładować swoją frustrację i dużo lepiej by robiła to na zapewne martwym koledze, niż nim samym.
- Gdyby nie twoje wcześniejsze słowa, łyknąłbym to bez mrugnięcia okiem - mruknął, pochwytując jej spojrzenie. Po co to mówiła? Te słowa o martwieniu się były zaprzeczeniem wszystkiego, co twierdziła wcześniej, nawet jeżeli brzmiały na prawdziwe. Z jego ust wydobyło się ciężkie westchnięcie. Ruszył za kobietą po schodach, na wszelki wypadek chowając dłoń w kieszeni, w której spoczywała różdżka. - Lepiej dla nas, jeżeli twoje przypuszczenia co do drugiego mieszkania okażą się błędne. Nie każdego stać na bycie tak przezornym.
Było jednak sporo racji w tym, co mówiła Charlotte. Pytanie tylko czy na pewno dało się tak bardzo zatuszować swoje ślady? Nawet jeżeli dbało się o to w stu procentach, to ryzyko było ogromne. Wystarczyły wspomnienia, swąd nie tej magii co trzeba lub po prostu błoto z butów, by nakierować szukających na zupełnie inne miejsce.
- Gdyby nie te badania, które "zaginęły", nie byłoby nas tu. Czyń honory, Kelly, mój szef ma dosyć znikających dokumentów z Departamentu - kiwnął głową, wyciągając różdżkę. Sam stał za kobietą i nie miał zamiaru pakować się do mieszkania jako pierwszy, ale nie zaszkodziło zachęcić do tego blondynki.
Gdyby nie to, że spotykali się w takich a nie innych okolicznościach, pewnie nie omieszkałby wyciągnąć wobec niej odpowiednich konsekwencji gdzieś pod osłoną nocy, być może przy pomocy innych jemu mu podobnych. Ale nie mógł. Nie mógł z wielu powodów, ale najważniejszym było to, że po prostu jej nie znał. Nie wiedział jakie miała umiejętności lub znajomości, chociaż z tym ostatnim to podejrzewał, że od czasu jej szumnej ucieczki i zamążpójścia, to kontakty towarzyskie leżą i kwiczą. Ale nie mógł być tego pewnym. Ponadto Kelly była pracownicą Ministerstwa, a konkretniej: Departamentu Tajemnic. Nie mogła być głupia, nie mogła być bezbronna, skoro tak bezczelnie paradowała w Ministerstwie i poza nim, dumnie unosząc głowę i poprawiając szminkę. To było irytujące jak diabli - nie móc nic zrobić i zostać wysłanym do sprawdzenia czegoś, czego w jego mniemaniu nie dopilnowała. Ale czy mógł coś zrobić? Jak było wspomniane: nie. Mógł co najwyżej przeklinać kobietę w myślach, że dała się zbrukać, mógł wyobrażać sobie jej rozczłonkowane ciało i pielęgnować w sobie tę nienawiść, lecz nic poza tym.
Przyzwyczaił się.
Wszystkie ruchy, które musieli podejmować, powinny być przemyślane. Ani atak na kogokolwiek z Ministerstwa, ani podjebanie jej komu trzeba, nie sprawiłoby, że ich sprawa stałaby się prostsza. Przeciwnie: wszyscy zostaliby wzięci pod lupę, a kto wie ilu śmierciożerców znajdowało się w szeregach poszczególnych Departamentów? Nie, musiał czekać i zagryzać zęby, pozwalając sobie co najwyżej na drobne złośliwości słowne. Bo jak już było wspomniane: grał. Grał pod innych, udawał kogoś, kim nie był. Grał osobę, którą była Kelly - grał osobę, która miała innych głęboko gdzieś. I tego musiał się trzymać, przynajmniej na ten moment.
Przytaknął na to, co mówiła blondynka. Nie do końca się z tym zgadzał ale podejrzewał, że ona również wiedziała, że to tak nie działało. Po co więc było strzępić język? Była zła, musiała na kimś wyładować swoją frustrację i dużo lepiej by robiła to na zapewne martwym koledze, niż nim samym.
- Gdyby nie twoje wcześniejsze słowa, łyknąłbym to bez mrugnięcia okiem - mruknął, pochwytując jej spojrzenie. Po co to mówiła? Te słowa o martwieniu się były zaprzeczeniem wszystkiego, co twierdziła wcześniej, nawet jeżeli brzmiały na prawdziwe. Z jego ust wydobyło się ciężkie westchnięcie. Ruszył za kobietą po schodach, na wszelki wypadek chowając dłoń w kieszeni, w której spoczywała różdżka. - Lepiej dla nas, jeżeli twoje przypuszczenia co do drugiego mieszkania okażą się błędne. Nie każdego stać na bycie tak przezornym.
Było jednak sporo racji w tym, co mówiła Charlotte. Pytanie tylko czy na pewno dało się tak bardzo zatuszować swoje ślady? Nawet jeżeli dbało się o to w stu procentach, to ryzyko było ogromne. Wystarczyły wspomnienia, swąd nie tej magii co trzeba lub po prostu błoto z butów, by nakierować szukających na zupełnie inne miejsce.
- Gdyby nie te badania, które "zaginęły", nie byłoby nas tu. Czyń honory, Kelly, mój szef ma dosyć znikających dokumentów z Departamentu - kiwnął głową, wyciągając różdżkę. Sam stał za kobietą i nie miał zamiaru pakować się do mieszkania jako pierwszy, ale nie zaszkodziło zachęcić do tego blondynki.