24.09.2024, 19:55 ✶
Entuzjazm dzieci kontrastował ze stonowanymi rodzicami, którzy zdawali się nawykli do tego żywego srebra, choć niekoniecznie byli przychylni takim zachowaniom. Wbrew obawom, które być może miał Richard, Shafiq zdawał się milcząco zatapiać w rodzinną sielankę, zachowując uprzejmy uśmiech i oszczędne słowa dla podtrzymania rozmowy, mimo wszystko jednak płynął z nurtem prowadzonych rozmów i ciepła, którym odznaczała się ta rodzina, a później małe norweskie mieszkanko.
Nie rozmawiali o tym, bo i Shafiq nie widział sensu aby zdradzać swoje prawdziwe zdanie na temat Richarda, ale ze wszech miar dyplomata nie znosił swojego własnego apodyktycznego ojca. Znalazł co prawda inną, mniej legalną drogę na odcięcie ciasno oplecionej wokół jego szyi pępowiny zależności, ale szanował bardzo aurora, który sam wytyczał ścieżki swojemu drzewu, nie korzystając z żadnych ułatwień, które przyniosłyby mu pieniądze i nazwisko. Choć Anthony wybrał drogę cienia i wody, miał w sobie wiele szacunku dla tych, którzy czynili swoje gesty wprost, w zgodzie ze swoimi własnymi, a nie narzuconymi wartościami. Widział w tym szlachetność, której nigdy by się nie spodziewał po domu Mulcibera.
Dlatego też każda chwila spędzona w tej rodzinie była dla niego przyjemnością, orientalną odmianą po czystokrwistych przepychankach, matactwach i nieustannej potrzebie kłamstwa. Patrzył na dzieci i wiedział, że Durmstrang pewnie je zmieni, ale też mógł uczynić je silniejszymi, bardziej świadomymi przepływu energii, niż zacofany w tej materii Hogwart. Był ciekaw, tym bardziej, że nie posiadał własnych dzieci i nie zamierzał nigdy zmuszać się do prokreacji, która i tak nie dawała stuprocentowych szans na syna. To musiał być syn, inaczej jego żona przekazałaby dalej swoje przekleństwo, a tego nie chciał nikt...
Zamrugał kilkukrotnie, zdając sobie sprawę, że w dłoniach trzyma herbatę, a Richard o coś go pytał.
– Ach tak, najwidoczniej – uśmiechnął się i nie pokazał po sobie jak norweska herbata zdaje mu się paskudna. Będzie musiał poza książkami przywozić też zaopatrzenie żywieniowe. Herbatę w pierwszej kolejności. Herbatniki w drugiej. – Kto by pomyślał? – dodał w zastanowieniu, bo sam siebie by o to nie podejrzewał. Dzieci zwykle biegały wkoło jego przyjaciela Morpheusa, a ten pomstował straszliwie, że zamiast spędzać czas z braćmi, uczynili z niego niańkę. Anthony wtedy unikał wizyt w Warowni, a potem... cóż, później już nie było żadnych wizyt. A jednak cudnie było patrzeć na te nieskażone zepsuciem dusze. Takie piękne. Niewinne.
Po poczęstunku, przyszedł czas szykowania się do snu i mężczyzna o dziwno nie dawał się zbyt długo prosić. Właściwie od razu sięgnął do swojej magicznej torby, z której wyciągnął stary egzemplarz oprawionej w czarną skórę księgi. Ὀδύσσεια - głosił tytuł i choć podobne znaki znajdowały się wewnątrz książki, siedzący na zydlu w ciasnym pokoiku między dwoma łóżkami Shafiq, bez trudu tłumaczył na bieżąco chłopcom z greki. Roztaczał im przedziwną opowieść o chłopcu, który dwadzieścia lat czekał na powrót swojego ojca, na którego czekał tron...
Czytał, nie sądząc nawet, że to dziwne spotkanie rozkwitnie w znajomość trwającą dłużej niż powrót Odyseusza do domu.
Nie rozmawiali o tym, bo i Shafiq nie widział sensu aby zdradzać swoje prawdziwe zdanie na temat Richarda, ale ze wszech miar dyplomata nie znosił swojego własnego apodyktycznego ojca. Znalazł co prawda inną, mniej legalną drogę na odcięcie ciasno oplecionej wokół jego szyi pępowiny zależności, ale szanował bardzo aurora, który sam wytyczał ścieżki swojemu drzewu, nie korzystając z żadnych ułatwień, które przyniosłyby mu pieniądze i nazwisko. Choć Anthony wybrał drogę cienia i wody, miał w sobie wiele szacunku dla tych, którzy czynili swoje gesty wprost, w zgodzie ze swoimi własnymi, a nie narzuconymi wartościami. Widział w tym szlachetność, której nigdy by się nie spodziewał po domu Mulcibera.
Dlatego też każda chwila spędzona w tej rodzinie była dla niego przyjemnością, orientalną odmianą po czystokrwistych przepychankach, matactwach i nieustannej potrzebie kłamstwa. Patrzył na dzieci i wiedział, że Durmstrang pewnie je zmieni, ale też mógł uczynić je silniejszymi, bardziej świadomymi przepływu energii, niż zacofany w tej materii Hogwart. Był ciekaw, tym bardziej, że nie posiadał własnych dzieci i nie zamierzał nigdy zmuszać się do prokreacji, która i tak nie dawała stuprocentowych szans na syna. To musiał być syn, inaczej jego żona przekazałaby dalej swoje przekleństwo, a tego nie chciał nikt...
Zamrugał kilkukrotnie, zdając sobie sprawę, że w dłoniach trzyma herbatę, a Richard o coś go pytał.
– Ach tak, najwidoczniej – uśmiechnął się i nie pokazał po sobie jak norweska herbata zdaje mu się paskudna. Będzie musiał poza książkami przywozić też zaopatrzenie żywieniowe. Herbatę w pierwszej kolejności. Herbatniki w drugiej. – Kto by pomyślał? – dodał w zastanowieniu, bo sam siebie by o to nie podejrzewał. Dzieci zwykle biegały wkoło jego przyjaciela Morpheusa, a ten pomstował straszliwie, że zamiast spędzać czas z braćmi, uczynili z niego niańkę. Anthony wtedy unikał wizyt w Warowni, a potem... cóż, później już nie było żadnych wizyt. A jednak cudnie było patrzeć na te nieskażone zepsuciem dusze. Takie piękne. Niewinne.
Po poczęstunku, przyszedł czas szykowania się do snu i mężczyzna o dziwno nie dawał się zbyt długo prosić. Właściwie od razu sięgnął do swojej magicznej torby, z której wyciągnął stary egzemplarz oprawionej w czarną skórę księgi. Ὀδύσσεια - głosił tytuł i choć podobne znaki znajdowały się wewnątrz książki, siedzący na zydlu w ciasnym pokoiku między dwoma łóżkami Shafiq, bez trudu tłumaczył na bieżąco chłopcom z greki. Roztaczał im przedziwną opowieść o chłopcu, który dwadzieścia lat czekał na powrót swojego ojca, na którego czekał tron...
Czytał, nie sądząc nawet, że to dziwne spotkanie rozkwitnie w znajomość trwającą dłużej niż powrót Odyseusza do domu.
Koniec sesji