24.09.2024, 20:25 ✶
- No to odpowiedź brzmi nie. Mam dziurę w nodze. Nie jest w porządku - odparł bez grymasu na twarzy. Nawet całkiem przyjaźnie jak na to, że przed chwilą go chyba próbowała zastrzelić. - Gdybyś stwierdzała fakt powiedziałbym mniej więcej to samo, ale inaczej - dopowiedział.
Kurwa. Jak na siebie i na to, że powinien być wściekły, naprawdę zachowywał się jak człowiek. Trudno mu było skupić się na myśli, że Geraldine do niego strzeliła. Jego umysł cały czas wypierał tę informację i próbował zastąpić ją czymś innym. Największy problem polegał na tym, że Greengrass nie wiedział, czym. Odnosił wrażenie, że powinien mieć znacznie większą jasność odnośnie przebiegu wydarzeń. Był bardzo niepoiformowany jak na kogoś, kto musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem i dostać rykoszetem.
Nie pamiętał niemal nic z tego, co się stało zanim poczuł przejmujący ból i najprawdopodobniej odruchowo wyrwał sobie strzałę z nogi. To pochopne wyciągnięcie przedmiotu z rany nie było w jego charakterze. Tego też nie rozumiał. Tak samo jak tego, gdzie się podział dowód zbrodni. Kiedy próbował o tym myśleć, czuł narastający ból głowy i zbierało go na wymioty. Usiłował zająć się czymś innym.
- Poradzisz sobie - zapewnił, przenosząc spojrzenie na jej twarz i marszcząc brwi.
Poruszył głową, żeby odgonić rozmazany obraz i to coś, co sprawiło, że czuł się, jakby nie z nią rozmawiał. To była Geraldine Yaxley. Jasne. Nie miał wątpliwości. Od utraty krwi nie mógł dostać omamów, bo w gruncie rzeczy nie stracił jej jeszcze za dużo. Gorzej mogło być, jeśli spaprają sprawę.
- Nie, żebym nie chciał, ale - znacząco skierował wzrok na zakrwawione spodnie i ranę szarpano-kłutą na nodze - zapewniam cię, że nie planuję nic tak głupiego - skwitował ponuro, ale z uniesionym kącikiem ust.
Jasne. Gdyby mógł to już dawno by stąd spierdalali. Wszystkie włoski stały mu na ciele. Nie czuł się dobrze w tym miejscu. Najpewniej dokładnie tak jak ona, ale dopóki nie zrobią czegoś, żeby nie musiał opierać na Geraldine całego ciężaru ciała. No cóż. Dotąd byli raczej udupieni. Pokiwał głową, wygrzebując różdżkę z kieszeni, żeby mieć ją w pogotowiu.
- Uważaj tam na siebie - odezwał się w nagłym przypływie czegoś w rodzaju troski przykrytej bolesnym grymasem. - Postaraj się strzelać do potworów, jeśli musisz a najlepiej unikaj niebezpieczeństwa. Nie podoba mi się to miejsce - to było raczej mało powiedziane.
Wszystkie okoliczności ich wejścia do budynku były takie zamglone i nieokreślone. Jeżeli ktoś tu był prócz nich to na pewno już by się ujawnił. To znaczyło, że najprawdopodobniej mogli uznać niepowodzenie w odnalezieniu kogokolwiek żywego. Powinni stąd jak najszybciej wyjść. Czuł, że nie byli tu mile widziani. Z jakiegoś powodu chciał dodać do tego słowo dłużej.
Nie byli tu dłużej mile widziani.
Wbrew temu, co podpowiadała logika, Ambroise czuł, że zrobili tu wszystko, co mogli. To było dziwne. Kiedy o tym myślał, przeszło mu przez myśl, że powinien to skonsultować z Geraldine, ale kiedy wróciła darował sobie zbędne słowa. Nic nie zmieniały w tym, że musieli iść.
- Potrzebuję, żebyś rozcięła materiał. Nie ma sensu szukać nożyczek, chyba że jakieś przypadkiem zabrałaś - wątpił w to, ale wolał zapytać zanim zaczną coś ciąć ostrym nożem. - Przeszło na wylot i z powrotem. To nie będzie ładny widok. Spróbuj nie posiekać mnie nożem - posłał jej coś na kształt uśmiechu.
Może trochę rozgoryczonego, ale był względnie spokojny i wypowiadał się zdecydowanie bardziej informatywnie niż przez ich całą wcześniejszą rozmowę. Miał ją poinstruować w tym, co jemu sprawiłoby trudność. Tu nie było miejsca na podchody i odzywki. Zresztą czuł się tak, jakby nie miał ochoty być dla niej rozgoryczonym dziadem.
- Została wydarta, ale nigdzie jej nie ma - zauważył bezmyślnie, obrzucając wzrokiem pomieszczenie.
Strzała się nie zmaterializowała. Nie pojawiło się nic nowego a jednak czuł się, jakby coś stale się zmieniało. Od prób analizy sytuacji bolała go głowa. Miał zaciśnięte gardło. Co gorsza, jakby obolałe i opuchnięte do tego stopnia, że w niektórych momentach rwał mu się głos. Ale to nie to było tym, co najbardziej wyprowadzało go ze stanu spokoju. Ani nie to, ani nie fizyczny ból po postrzale. Czuł się, jakby coś stracił. Odruchowo poklepał się po piersi, jakby się spodziewał wyrwy w ciele. Wszystko było w porządku. A jednak czuł smutek pustki, straty i wydarcia mu czegoś żywego.
Sięgnął ręką do torby, wyjmując jedną z butelek i odkorkowując ją zębami.
- No to twoje zdrowie, Łowcza - oznajmił, pociągając duży i bardzo obrzydliwie smakujący łyk eliksiru, którego działania nie próbował wyjaśniać Geraldine.
Im mniej było na jej głowie tym lepiej. Potrzebował od niej kilku rzeczy, w których żenująco by sobie średnio poradził. Jeśli w ogóle.
Kurwa. Jak na siebie i na to, że powinien być wściekły, naprawdę zachowywał się jak człowiek. Trudno mu było skupić się na myśli, że Geraldine do niego strzeliła. Jego umysł cały czas wypierał tę informację i próbował zastąpić ją czymś innym. Największy problem polegał na tym, że Greengrass nie wiedział, czym. Odnosił wrażenie, że powinien mieć znacznie większą jasność odnośnie przebiegu wydarzeń. Był bardzo niepoiformowany jak na kogoś, kto musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem i dostać rykoszetem.
Nie pamiętał niemal nic z tego, co się stało zanim poczuł przejmujący ból i najprawdopodobniej odruchowo wyrwał sobie strzałę z nogi. To pochopne wyciągnięcie przedmiotu z rany nie było w jego charakterze. Tego też nie rozumiał. Tak samo jak tego, gdzie się podział dowód zbrodni. Kiedy próbował o tym myśleć, czuł narastający ból głowy i zbierało go na wymioty. Usiłował zająć się czymś innym.
- Poradzisz sobie - zapewnił, przenosząc spojrzenie na jej twarz i marszcząc brwi.
Poruszył głową, żeby odgonić rozmazany obraz i to coś, co sprawiło, że czuł się, jakby nie z nią rozmawiał. To była Geraldine Yaxley. Jasne. Nie miał wątpliwości. Od utraty krwi nie mógł dostać omamów, bo w gruncie rzeczy nie stracił jej jeszcze za dużo. Gorzej mogło być, jeśli spaprają sprawę.
- Nie, żebym nie chciał, ale - znacząco skierował wzrok na zakrwawione spodnie i ranę szarpano-kłutą na nodze - zapewniam cię, że nie planuję nic tak głupiego - skwitował ponuro, ale z uniesionym kącikiem ust.
Jasne. Gdyby mógł to już dawno by stąd spierdalali. Wszystkie włoski stały mu na ciele. Nie czuł się dobrze w tym miejscu. Najpewniej dokładnie tak jak ona, ale dopóki nie zrobią czegoś, żeby nie musiał opierać na Geraldine całego ciężaru ciała. No cóż. Dotąd byli raczej udupieni. Pokiwał głową, wygrzebując różdżkę z kieszeni, żeby mieć ją w pogotowiu.
- Uważaj tam na siebie - odezwał się w nagłym przypływie czegoś w rodzaju troski przykrytej bolesnym grymasem. - Postaraj się strzelać do potworów, jeśli musisz a najlepiej unikaj niebezpieczeństwa. Nie podoba mi się to miejsce - to było raczej mało powiedziane.
Wszystkie okoliczności ich wejścia do budynku były takie zamglone i nieokreślone. Jeżeli ktoś tu był prócz nich to na pewno już by się ujawnił. To znaczyło, że najprawdopodobniej mogli uznać niepowodzenie w odnalezieniu kogokolwiek żywego. Powinni stąd jak najszybciej wyjść. Czuł, że nie byli tu mile widziani. Z jakiegoś powodu chciał dodać do tego słowo dłużej.
Nie byli tu dłużej mile widziani.
Wbrew temu, co podpowiadała logika, Ambroise czuł, że zrobili tu wszystko, co mogli. To było dziwne. Kiedy o tym myślał, przeszło mu przez myśl, że powinien to skonsultować z Geraldine, ale kiedy wróciła darował sobie zbędne słowa. Nic nie zmieniały w tym, że musieli iść.
- Potrzebuję, żebyś rozcięła materiał. Nie ma sensu szukać nożyczek, chyba że jakieś przypadkiem zabrałaś - wątpił w to, ale wolał zapytać zanim zaczną coś ciąć ostrym nożem. - Przeszło na wylot i z powrotem. To nie będzie ładny widok. Spróbuj nie posiekać mnie nożem - posłał jej coś na kształt uśmiechu.
Może trochę rozgoryczonego, ale był względnie spokojny i wypowiadał się zdecydowanie bardziej informatywnie niż przez ich całą wcześniejszą rozmowę. Miał ją poinstruować w tym, co jemu sprawiłoby trudność. Tu nie było miejsca na podchody i odzywki. Zresztą czuł się tak, jakby nie miał ochoty być dla niej rozgoryczonym dziadem.
- Została wydarta, ale nigdzie jej nie ma - zauważył bezmyślnie, obrzucając wzrokiem pomieszczenie.
Strzała się nie zmaterializowała. Nie pojawiło się nic nowego a jednak czuł się, jakby coś stale się zmieniało. Od prób analizy sytuacji bolała go głowa. Miał zaciśnięte gardło. Co gorsza, jakby obolałe i opuchnięte do tego stopnia, że w niektórych momentach rwał mu się głos. Ale to nie to było tym, co najbardziej wyprowadzało go ze stanu spokoju. Ani nie to, ani nie fizyczny ból po postrzale. Czuł się, jakby coś stracił. Odruchowo poklepał się po piersi, jakby się spodziewał wyrwy w ciele. Wszystko było w porządku. A jednak czuł smutek pustki, straty i wydarcia mu czegoś żywego.
Sięgnął ręką do torby, wyjmując jedną z butelek i odkorkowując ją zębami.
- No to twoje zdrowie, Łowcza - oznajmił, pociągając duży i bardzo obrzydliwie smakujący łyk eliksiru, którego działania nie próbował wyjaśniać Geraldine.
Im mniej było na jej głowie tym lepiej. Potrzebował od niej kilku rzeczy, w których żenująco by sobie średnio poradził. Jeśli w ogóle.