24.09.2024, 22:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.09.2024, 22:22 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie potrzebował wiele czasu, żeby zorientować się, że miał towarzystwo. Wyczekiwał nadejścia kogoś z Ministerstwa, więc kątem oka monitorował okolicę. Prócz tego liczył, że może uda mu się dostrzec i samemu złapać złodziei, oszczędzając tym samym czas sobie i przedstawicielom systemu prawnego. A właściwie przedstawicielce. Sztuk: jedna. Kobiecie o młodym wyglądzie.
Wyśmienicie. Przysłali mu żółtodzioba. Nie to, żeby miał duże oczekiwania, ale westchnął zanim do niego dotarła i zrównała się z nim na miejscu zbrodni. Zmierzył ją spojrzeniem, faktycznie nie rozpoznając w niej osoby, którą miał już okazję kiedyś spotkać. Może mgliście mu kogoś przypominała, ale miał większe sprawy na głowie niż to.
- Ambroise Greengrass. Właściciel - przedstawił się, bo tego wymagała kultura.
Może nie był za pan brat z systemem prawnym, ale potrafił popisać się dobrym wychowaniem. Od dziecka wpajano mu jak ma się zachowywać wobec odpowiednich ludzi na odpowiednim miejscu. Toteż odnosił się do niej z względnym szacunkiem, choć ewidentnie już ją ocenił. Tylko nie wygłaszał opinii na głos - może dla ich wspólnego dobra.
- Do jednego drzewa byśmy was nie wzywali - stwierdził bądź co bądź z brakiem zadowolenia, powstrzymując się, żeby nie westchnąć nad tym, że musi mówić o oczywistych oczywistościach.
No dobrze. To była praca dziewczyny. Miewał do czynienia z członkami Brygady Uderzeniowej. Starał się być bardziej wyrozumiały. Teoretycznie rozumiał, że wszystko wiązało się z biurokracją. Przesadną jak na jego oko, ale w Mungu bywało podobnie. Uzdrowiciele również mierzyli się z nadmiarem papierkowej roboty. Dlatego próbował patrzeć na to od tej strony, choć to był również powód dla którego wstrzymywał się przed wezwaniem stróży prawa. Podejrzliwie traktował system.
- Ta tutaj została ścięta i zauważona dzisiaj. Najpewniej w odstępie dwóch... ...no... ...może trzech godzin. Jeśli się Panienka pochyli, może to Panienka zobaczyć... ...o... ...tutaj. Po tym miejscu - wskazał ręką fragment drzewa, który pozostał.
Nie było zbyt wiele do patrzenia. Ktoś nie tylko wyciął sekwoję przy pomocy czarodziejskiej siekiery a również postarał się, żeby zrobić to jak najbliżej ziemi. Cięcie było świeże i poprowadzone tak, że nawet nie pozostawiło zbyt wiele korzeni. W tych pozostałych zrobiono niewielkie dziurki albo nawierty, przez które wyciągnięto jak najwięcej drogocennych soków. Ślady opowiadały jasną historię. Przynajmniej dla zielarza.
- Pozostałe kradzieże odnotowaliśmy na przestrzeni kilku tygodni. Nasiliły się ostatnio, odkąd złodzieje zostali przyłapani na gorącym uczynku, co sprowadza nas do odpowiedzenia Panience na ostatnie, mam nadzieję, luźne pytanie - kląsnął językiem o podniebienie, zakładając rękę na rękę na piersi. - To ja widziałem tych ludzi. Spierdolili, gdy tylko mieli okazję - uściślił, tym razem mniej kulturalnie, bo nie mógł tego inaczej skomentować.
Wyśmienicie. Przysłali mu żółtodzioba. Nie to, żeby miał duże oczekiwania, ale westchnął zanim do niego dotarła i zrównała się z nim na miejscu zbrodni. Zmierzył ją spojrzeniem, faktycznie nie rozpoznając w niej osoby, którą miał już okazję kiedyś spotkać. Może mgliście mu kogoś przypominała, ale miał większe sprawy na głowie niż to.
- Ambroise Greengrass. Właściciel - przedstawił się, bo tego wymagała kultura.
Może nie był za pan brat z systemem prawnym, ale potrafił popisać się dobrym wychowaniem. Od dziecka wpajano mu jak ma się zachowywać wobec odpowiednich ludzi na odpowiednim miejscu. Toteż odnosił się do niej z względnym szacunkiem, choć ewidentnie już ją ocenił. Tylko nie wygłaszał opinii na głos - może dla ich wspólnego dobra.
- Do jednego drzewa byśmy was nie wzywali - stwierdził bądź co bądź z brakiem zadowolenia, powstrzymując się, żeby nie westchnąć nad tym, że musi mówić o oczywistych oczywistościach.
No dobrze. To była praca dziewczyny. Miewał do czynienia z członkami Brygady Uderzeniowej. Starał się być bardziej wyrozumiały. Teoretycznie rozumiał, że wszystko wiązało się z biurokracją. Przesadną jak na jego oko, ale w Mungu bywało podobnie. Uzdrowiciele również mierzyli się z nadmiarem papierkowej roboty. Dlatego próbował patrzeć na to od tej strony, choć to był również powód dla którego wstrzymywał się przed wezwaniem stróży prawa. Podejrzliwie traktował system.
- Ta tutaj została ścięta i zauważona dzisiaj. Najpewniej w odstępie dwóch... ...no... ...może trzech godzin. Jeśli się Panienka pochyli, może to Panienka zobaczyć... ...o... ...tutaj. Po tym miejscu - wskazał ręką fragment drzewa, który pozostał.
Nie było zbyt wiele do patrzenia. Ktoś nie tylko wyciął sekwoję przy pomocy czarodziejskiej siekiery a również postarał się, żeby zrobić to jak najbliżej ziemi. Cięcie było świeże i poprowadzone tak, że nawet nie pozostawiło zbyt wiele korzeni. W tych pozostałych zrobiono niewielkie dziurki albo nawierty, przez które wyciągnięto jak najwięcej drogocennych soków. Ślady opowiadały jasną historię. Przynajmniej dla zielarza.
- Pozostałe kradzieże odnotowaliśmy na przestrzeni kilku tygodni. Nasiliły się ostatnio, odkąd złodzieje zostali przyłapani na gorącym uczynku, co sprowadza nas do odpowiedzenia Panience na ostatnie, mam nadzieję, luźne pytanie - kląsnął językiem o podniebienie, zakładając rękę na rękę na piersi. - To ja widziałem tych ludzi. Spierdolili, gdy tylko mieli okazję - uściślił, tym razem mniej kulturalnie, bo nie mógł tego inaczej skomentować.