Dobrze było, aby pewne sprawy zostały tylko między zainteresowanymi. Miała tego świadomość. Nie mogli się spotkać w miejscu, w którym ściany miały uszy, to nie sprzyjałoby rozmowie. Wypadało więc znaleźć odpowiednie miejsce, w którym nie będą musieli się martwić tym, że ktoś może ich podsłuchać. Na całe szczęście Sauriel znał odpowiednią lokację. Oczywiście Trixie mogłaby go zaprosić do swojego domu, jednak wolałaby, aby jej najbliżsi nie poznali jej kolegów, lepiej było ich trzymać od tego z daleka. Kto wie, co pomyślałaby sobie matka, szczególnie, że zauważyła, że jej więź z Rodolphusem się dosyć mocno ochłodziła.
Tak właściwie, to wszędzie mógł ich ktoś podsłuchać, zawsze była taka możliwość, mogli jednak poczynić kroki, aby nie rzucać się w oczy, by nikt się nimi nie interesował. Oczywiście mogła zawsze zareagować, gdyby tylko dostrzegła, że ktoś zamierza ich podsłuchać, ale wolałaby skupić się na tym, co mieli do załatwienia.
Podziemnie ścieżki śmierdziały, miała wrażenie, że ten zapach będzie się za nią ciągnął przez kilka najbliższych godzin po opuszczeniu go. Była w stanie jednak się poświęcić dla sukcesu, który mieli osiągnąć.
Na Ścieżkach pojawiła się u boku Sauriela, on miał ją tu wprowadzić, czuł się przecież w tym miejscu prawie jak u siebie, nie miała pojęcia dlaczego spędzał tu tyle czasu. Nie było to miejsce godne jego osoby. Drobna kobieta stała obok mężczyzny, ubrana była w ciemny, lekki płaszcz, co najważniejsze jej twarz okryta była ogromnym kapturem, dzięki czemu nikt nie mógł jej dostrzec. Tak było lepiej, wolała nie być łączona z Nokturnem. Nie było to miejsce odpowiednie dla młodej damy jej pochodzenia.
Nie interesowali ją ludzie, którzy tu mieszkali, a przecież byli tak samo popsuci jak ona. Mimo wszystko uważała się za lepszą od nich, nosiła głowę wysoko nawet tutaj, patrzyła na wszystkich z wyższością, było to dla niej naturalnym postępowaniem.
Weszła w głąb pomieszczenia, do którego drzwi otworzył jej Rookwood. Nie było ono szczególnie atrakcyjne, ale czuła się w nim względnie biezpiecznie, to jej wystarczało, aby zgodzić się na to, aby w nim pozostać. Dopiero wtedy zsunęła z głowy kaptur, a później stanęła nieco głębiej, z daleka od ściany, bała się, że jak się o nią oprze to jej ciało zostanie skażone.
Zachichotała, gdy usłyszała co do niej mówi. - Wręcz przeciwnie, pomysł jest idealny. Uwielbiam chaos, a to będzie chaos w najczystszej postaci. - Będzie mogła namieszać w kilku głowach, tworzyć iluzje, które tak bardzo kochała, podszeptywać tym głupim mugolom, co mają zrobić, żeby namieszać. Nie mogło być lepiej. Zapowiadało się na całkiem niezłą zabawę.
- Nie chciałabym uderzać w czystokrwistych, nawet jeśli są wśród nich tacy, którzy nas nie wspierają, szkoda naszej wspaniałej krwi. Moglibyśmu uderzyć w tych nieco ubrudzonych. - Nie miała problemu z tym, aby zaatakować kogoś półkrwi, chociaż oczywiście wolałaby mugolaków. - Abbottowie tam chyba mieszkają, mają ten swój wielki sad. - Pierwsze, co przyszło jej na myśl. - Oczywiście zrobimy tak, żeby się nie narobić, tak się składa, że mam swoją własną hodowlę mugoli, którzy jedzą mi z ręki, wierzę, że uda im się namówić podobnych sobie do zaangażowania się w sprawę. - Na jej twarzy pojawił się uśmiech, już nie mogła się doczekać, co z tego wyniknie.