25.09.2024, 15:41 ✶
Było coś niezwykłego w Little Hangleton.
Ten dziwaczny, niezrozumiały dla niektórych małomiasteczkowy urok, gdzieś wśród łanów pól, zieleni, nawet osławionego Lasu Wisielców. Enklawa. Państwo w państwie, kompletnie odcięte od problemów ogółu - tu nie czuło się niepokoju, ekscytacji - czy aby na pewno nie skręciłeś w złą uliczkę, czy to spotkanie grupki czarodziejów w barze to nadal przyjazne spotkanie czy jednak ustawka fanów innych drużyn Quidditch'a. Tu przez dziurę w posadzce mogłeś co najwyżej spaść do piwniczki na wino, a nie do rozciągających się pod całym miastem korytarzy Bezdroży.
Jak ludzie żyli w takim miejscu?
Na to pytanie Malfoy, który mroczną duszę Londynu zdawał się kochać ponad własne życie, nie potrafił odpowiedzieć. Już od samego opuszczenia pociągu poczuł, że to miejsce jest do cna przesiąknięte nudą. Choć dworzec dawał jeszcze jakieś nadzieje ze swoimi popękanymi deskami i zdemolowanym wnętrzem. Spędził dużo czasu oglądając graffiti na stacji.
Może trochę za dużo, bo musiał nieźle przyspieszyć kroku później, aby dotrzeć na miejsce na czas.
Niestety - całe to dobre wrażenie wyparowało po opuszczeniu drzwi, gdy uderzył go sielsko-anielski wiejski patos. Powietrze tu było zbyt czyste - pozbawione słodkiego zapachu zgnilizny, pylistego smogu lepiącego się do podniebienia.
Dostał mapę. O Bogowie chwała wam za tą czystą doskonałość jaką była Lorraine Malfoy, która mu ową mapę, jak do owej “letniej rezydencji pana Shafiqa”, dotrzeć, najzwyczajniej w świecie dziś rano narysowała. Skrupulatnie. Uliczka po uliczce. Skręt po skręcie. Tak aby przesiąknięty tysiącami informacji, udręczony umysł Baldwina wiedział co ma robić. Gdzie ślepo podążać w tym pozamiejskim, nieznanym otoczeniu.
Po wyjściu z dworca w lewo. Potem znów w lewo.
Za fontanną w prawo. O czy to zejście na ścieżkę do Lasu Wisielców? Nie. Nie dzisiaj. Z powrotem na szlak. Minąć stare zabudowania. Prosto. Stop.
Jak szczur w labiryncie podążał za wskazówkami tak długo aż nieomal nie przywalił nosem w bramę. Uniósł sceptycznie brew. Nawet z zewnątrz wyglądało to jak miejsce, w którym człowiek posiadający zbyt wiele galeonów mógł mieszkać. No cóż. Jak źle trafił, to w czym problem? Wszyscy bogacze lubili sztukę. Z reguły taką przez małe “s”.
Skrzat domowy. Najbardziej prymitywny podmiot. Pokraczny gwałt na naturze. Nieoceniony przedmiot w czystokrwistych rodzinach, mebel któremu z jakiegoś powodu nadano prawo głosu. Niepotrzebnie. Już sam fakt, że został powitany przez to odrażające stworzenie sprawiał, że Baldwin był bliski zrobienia kroku w tył. Zawrócenia i machnięcia ręką na to wszystko.
Potrzebujesz tych pieniędzy. Przypomniał mu upierdliwy głosik. Fakt. Lato nie było najlepszym z okresów dla teatru. Im mniej grali tym mniej wpadało mu do sakiewki. Więc zmusił się do kulturalnego uśmiechu, podążając za skrzacią pokraką wprost do ogrodów.
To tylko jeden obraz. Czego może chcieć? Fresk na pół ściany? Jakiś paskudny landszafcik w salonie? Z pastereczkami, jeziorkiem i paroma drzewami. A może kolejny nudny portret jakiejś jeszcze nudniejszej starej pra-pra-prababki?
Fakt faktem, przyglądał się uważnie każdej jednej mijanej części.
Ostentacyjne bogactwo ostentacyjnego człowieka. Domy bogatych czarodziei miały jedną wspólną cechę – były tak absurdalnie, żałośnie wręcz puste. Sprawiały wrażenie bezdusznych skorup. Ten tutaj sprawiał wrażenie jakby pewnego wieczora przeglądał album z antycznymi aranżacjami i wybrał pierwszą lepszą stronę. Nawet jeśli tkwiła w tym jakakolwiek głębia - była czymś czego Malfoy nienawidził - sztampą. Uwielbieniem klasycystycznej szkoły, miłości do wzorców uznanych za “wieczne”. Zasad ustalonych przez trupy Rzymian, które już dawno powinny zostać pogrzebane wraz z ich twórcami.
Jeden obraz. Potrzebujesz tych pieniędzy. Zaciśnij zęby i maluj.
Alternatywą było błaganie ojca o pomoc lub śmierć z głodu i szczerze mówiąc - decyzja o artystycznej prostytucji wciąż wydawała się trudną do podjęcia.
Przywdział na twarz jeden z tych lekkich, pogodnych i życzliwych uśmiechów, którymi zawsze obdarowywał ludzi po przedstawieniach. I ten wyraz sprawiał, że Baldwin mógł się wydać może nawet trochę znajomy. Może gdyby go odziać w czarne szaty i pozwolić nad wartkimi nurtami rzeki konać w żalu za utraconą Ofelią lub szeptać złowrogie przepowiednie o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości gdy występował w adaptacjach Opowieści o Yule.
- W zawodzie?- Uniósł lekko brwi, ale zbył w myślach dziwną konstrukcję pytania. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka, starając się zachować spokój. Bycie artystą to nie zawód. To powołanie! To boskie błogosławieństwo od Bogini Matki, niczym słodki pocałunek kochanki, która z tchnieniem jutrzenki obdarowywała swoich wybrańców tym szlachetnym Darem. To nie był jakiś pieprzony zawód.- Nie pamiętam czasów, gdy się nim nie zajmowałem, panie Shafiq.- Odparł siląc się na lekkie rozbawienie. Retoryka pytania, cała otoczka małego imperium w samym sercu sielankowej wsi. Gdzie twój wieniec o sztuczny Cezarze?
Fałsz pachnie równie słodko co zgnilizna Londynu.- Stwierdził za to w myślach, wsuwając ręce do kieszeni, żałując, że zostawił Rozalindę w Necronomiconie. Cesarstwo dla szczura!
Ruszył spokojnie za swoim nowym pracodawcą, przyglądając się każdej z rzeźb. Ledwo zaszczycając je znudzonym spojrzeniem.
- Słyszałem, że to pańska letnia rezydencja. Stąd inspiracja basenem morza śródziemnego? Jakaś tęsknota za słoneczną Italią w naszej pochmurnej Brytanii? - Zapytał. I natychmiast skrzywił się w duszy na tą marną próbę small-talku. Na co mu to było. Teraz będą zobligowani do rozmowy.