25.09.2024, 16:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.09.2024, 17:37 przez Anthony Shafiq.)
Powiadają, że dobry artysta to głodny artysta. Cierpiący artysta. Taki, który miałby później o czym opowiadać swoją sztuką. Artysta szarpany namiętnościami niczym Francesca da Rimini i jej słodki kochanek, na wylot przebici mieczami, a później straszący Dantego swym bezustannym ruchem dyktowanym przez piekielne prądy. Oczywiście byli twórcy nad wyraz spokojni, stateczni, z gromadką dzieci, którzy niekiedy zaskakująco nie pozwalali stylowi życia przeszkadzać w tworzeniu. To były jednak niechlubne wyjątki na kartach historii sztuki. Wyjątki, o których myślał czasami. Zdecydowanie nie dziś.
Anthony nie potrzebował artyzmu, ani krytyki swoich włości do odświeżenia ścian w skrzydle gościnnym. Potrzebował sprawnego rzemieślnika, który ewentualnie mógłby podpowiedzieć co nieco na temat doboru tonów, bo te, które były w pomieszczeniach, które zamierzał mu wskazać, opatrzyły mu się.
– Och, rozumiem – czy z Malfoyami było aż tak źle, że od dziecka przyuczali chłopaka do zawodu budowniczego, właściwego rodzinom półkrwi? To by go w sumie nie zaskoczyło, patrząc na przepływ pieniędzy i dopuszczenie do tego, aby gałąź Lorraine obumierała brakiem wsparcia ze strony familii. Kim jednak był, aby podważać decyzje byłego Ministra Magii? Z drugiej strony, proponował jej opamiętanie raz. Teraz zamierzał już tylko skrzętnie wykorzystywać decyzję, którą podjęła. Kto wie, może ten tu egzemplarz poza malowaniem miał inne, przydatniejsze umiejętności. Przeszło mu przez myśl, lecz tylko na moment. Musiał dopiero odnaleźć się po powrocie do kraju, a nie już opuszkami dotykać swoich lepkich sieci i sprawdzać które narzędzia wymagają renowacji, a które... wymiany.
– Klasyczne wychowanie – odpowiedział gładko, pokazując mu wpierw salę wspólną na wypadek niepogody, zasłaną poduchami, szezlongami, ławami i stołkami, upiornie ukrytymi bielą materii. Rzeźby nimf stojące w wykuszach smutno spoglądały na opustoszałe miejsce. Gdzieniegdzie przy portyku wiły się geometryczne wzory. Je też w sumie by zmienił. – Zatem można by powiedzieć, sentyment z dzieciństwa. Fascynowała mnie myśl, że niektóre opowieści były antyczne już dla antycznych, wciąż jednak uniwersalne dla nich, jak i dla nas teraz. To wszystko jest dla mnie szare. Drażni mnie to. Potrzebowałbym tu tonu, który też będę mógł widzieć. Mam wrażenie, że moja asystentka zgodziła się na ten... różowy, głównie po żeby mnie drażnić. – Nie lubił przebywać we wspólnej sali i najwidoczniej nie odczuwał potrzeby nie rozmawiania o tym po co tu przyszli. Już wystarczało, że musiał to robić gdy otaczało go stado zszarzałych nudnych ludzi, których trzeba było zabawiać, których trzeba było tuczyć. – W łaźni jest lepiej, bo jest kamienna, granat i błękit jest w moim zasięgu, ale z drugiej strony i tak z niej nie korzystam. Tu można ewentualnie podziałać z sufitem, ale sądzę, że Flitwick ogarnie oświetleniem. – machnął różdżką, by zamknąć drzwi, sam nie dotykał klamek. Zdecydowanie nie dotykał niczego czym mógłby się ubrudzić. Weszli głębiej pod arkady, gdzie rzędy drzwi były ściaśnione magią, zdobione konstelacjami. Anthony znów się skrzywił, choć oznaczenia bardzo pięknie prezentowały się na granatowych kręgach.
– To absolutnie nie działa. Pijane towarzystwo nie potrafi odróżnić Strzelca od Wodnika – jego lodowaty ton ociekał krytyką, nawet jeśli nie podawał przy tym żadnych nazwisk. Zaraz jednak zmiarkował się, wracając do swojej życzliwie bezosobowej formy.
– Na niektórych ścianach przy łóżkach są freski i je proszę pozostawić w niezmienionej formie. Lubię ich ułożenie, każdy jeden odtwarza miejsce w którym byłem. – kolejny gest ręką i wszystkie drzwi się otworzyły. – Tu może zostać cokolwiek jest, cokolwiek będzie pasowało. Najbardziej zależy mi na sali wspólnej i elewacji, bo te muszę oglądać, tam absolutnie nie może być czerwonych tonów. Rozumiem, że potrzebuje pan dnia, aby ustalić odpowiednią paletę, moja asystentka ją zweryfikuje i przekaże zaliczkę. – Ton wskazywał, że teraz jest miejsce i czas na pytania i że nie są one mile widziane.
Anthony nie potrzebował artyzmu, ani krytyki swoich włości do odświeżenia ścian w skrzydle gościnnym. Potrzebował sprawnego rzemieślnika, który ewentualnie mógłby podpowiedzieć co nieco na temat doboru tonów, bo te, które były w pomieszczeniach, które zamierzał mu wskazać, opatrzyły mu się.
– Och, rozumiem – czy z Malfoyami było aż tak źle, że od dziecka przyuczali chłopaka do zawodu budowniczego, właściwego rodzinom półkrwi? To by go w sumie nie zaskoczyło, patrząc na przepływ pieniędzy i dopuszczenie do tego, aby gałąź Lorraine obumierała brakiem wsparcia ze strony familii. Kim jednak był, aby podważać decyzje byłego Ministra Magii? Z drugiej strony, proponował jej opamiętanie raz. Teraz zamierzał już tylko skrzętnie wykorzystywać decyzję, którą podjęła. Kto wie, może ten tu egzemplarz poza malowaniem miał inne, przydatniejsze umiejętności. Przeszło mu przez myśl, lecz tylko na moment. Musiał dopiero odnaleźć się po powrocie do kraju, a nie już opuszkami dotykać swoich lepkich sieci i sprawdzać które narzędzia wymagają renowacji, a które... wymiany.
– Klasyczne wychowanie – odpowiedział gładko, pokazując mu wpierw salę wspólną na wypadek niepogody, zasłaną poduchami, szezlongami, ławami i stołkami, upiornie ukrytymi bielą materii. Rzeźby nimf stojące w wykuszach smutno spoglądały na opustoszałe miejsce. Gdzieniegdzie przy portyku wiły się geometryczne wzory. Je też w sumie by zmienił. – Zatem można by powiedzieć, sentyment z dzieciństwa. Fascynowała mnie myśl, że niektóre opowieści były antyczne już dla antycznych, wciąż jednak uniwersalne dla nich, jak i dla nas teraz. To wszystko jest dla mnie szare. Drażni mnie to. Potrzebowałbym tu tonu, który też będę mógł widzieć. Mam wrażenie, że moja asystentka zgodziła się na ten... różowy, głównie po żeby mnie drażnić. – Nie lubił przebywać we wspólnej sali i najwidoczniej nie odczuwał potrzeby nie rozmawiania o tym po co tu przyszli. Już wystarczało, że musiał to robić gdy otaczało go stado zszarzałych nudnych ludzi, których trzeba było zabawiać, których trzeba było tuczyć. – W łaźni jest lepiej, bo jest kamienna, granat i błękit jest w moim zasięgu, ale z drugiej strony i tak z niej nie korzystam. Tu można ewentualnie podziałać z sufitem, ale sądzę, że Flitwick ogarnie oświetleniem. – machnął różdżką, by zamknąć drzwi, sam nie dotykał klamek. Zdecydowanie nie dotykał niczego czym mógłby się ubrudzić. Weszli głębiej pod arkady, gdzie rzędy drzwi były ściaśnione magią, zdobione konstelacjami. Anthony znów się skrzywił, choć oznaczenia bardzo pięknie prezentowały się na granatowych kręgach.
– To absolutnie nie działa. Pijane towarzystwo nie potrafi odróżnić Strzelca od Wodnika – jego lodowaty ton ociekał krytyką, nawet jeśli nie podawał przy tym żadnych nazwisk. Zaraz jednak zmiarkował się, wracając do swojej życzliwie bezosobowej formy.
– Na niektórych ścianach przy łóżkach są freski i je proszę pozostawić w niezmienionej formie. Lubię ich ułożenie, każdy jeden odtwarza miejsce w którym byłem. – kolejny gest ręką i wszystkie drzwi się otworzyły. – Tu może zostać cokolwiek jest, cokolwiek będzie pasowało. Najbardziej zależy mi na sali wspólnej i elewacji, bo te muszę oglądać, tam absolutnie nie może być czerwonych tonów. Rozumiem, że potrzebuje pan dnia, aby ustalić odpowiednią paletę, moja asystentka ją zweryfikuje i przekaże zaliczkę. – Ton wskazywał, że teraz jest miejsce i czas na pytania i że nie są one mile widziane.