25.09.2024, 16:45 ✶
To był moment. Mgnienie. Właściwie krótka chwila, na dwa uderzenia serca. Zdziwienie obmalowało się na twarzy Anthony'ego, zupełnie jakby żart uderzył go za mocno, albo jakby go nie zrozumiał w pierwszej chwili.
Ale on go zrozumiał bardzo dobrze.
On znał ten ton, to poczucie humoru. Znał je na pamięć.
W końcu spędzili z Morpheusem Longbottomem siedem długich lat we wspólnym dormitorium, a potem kolejnych kilkana na budowaniu swojej ekonomicznej niezależności. Mimo pustynnej aury niemal poczuł zapach morza, niemal usłyszał trajkoczące na jarmarku Lovegoodów przekupki, a tęsknota za hrabstwem Devon stała się nieoczekiwanym odpryskiem emocjonalnego wnętrza, które ni jak nie mogło przebić się przez skorupę, zwyczajnie życzliwej twarzy.
To byłoby szalenie głupie i nierozważnie, poddawać się tak łatwo pierwszemu wrażeniu, które bynajmniej nie wynikało z sympatii do nieznajomego, a wielkiej miłości do przyjaciela, z którym zapewne czekało go dożywocie, gdzieś kiedyś, jak sytuacja nie będzie wymagała utrzymywania ich zażyłości w tajemnicy.
Dlatego też Anthony podjął szybką kalkulację kim też nieznajomy mógł być. Gdy trzymał go za rękę, gdy próbował odnaleźć w jego twarzy cechy domu Longbottomów inne niż słowa. W sumie, gdyby byli nieco starsi, to mógłby być syn Morpheusa, ale o istnieniu dziecka wieszcza wiedziałby jeszcze zanim byłoby ono poczęte. Dziecko któregoś z jego braci? Może Erik? Zdawało mu się, że po powrocie do kraju nie miał jeszcze okazji pomówić z najstarszym synem Jeremiasza. A nie, padło już nazwisko. Figg. Zapadki wskoczyły na dobre tory, a głowa pokiwała w niedowierzaniu jak mały jest świat. Było tam rodzeństwo, parka małych półkrwistych kociaków pośród rasowych psów.
– Tak to ja – potwierdził miękko, uśmiechając się szerzej, ważąc w sercu czy warto zdradzać się ze swoją wiedzą i tym, że najprawdopodobniej był świadkiem jak Thomas jako dzieciak zgubił bieliznę w jeziorze ku uciesze zebranej gawiedzi. Nie był też pewien czy w ogóle był przez niego pamiętany - wychudły, blady młodzieniec, który mimo skwaru lata zwykle chodził okutany czernią, podążający za roześmianym Morpheusem i naglący go do rozmów, które były zbyt skomplikowane na dziecięce uszy. – Czy dobrze rozpoznaję akcent z Devon, daleko od kraju nas wywiało czyż nie? – On był bogatym hobbysta, a jego towarzysz półkrwi dzieciakiem, który chciał dorobić. Ach, piekielne pierwsze wrażenie. Czy mógł jednak biczować się za to skracanie dystansu, gdy tak bardzo tęsknił za swoim przyjacielem? – Ruszajmy, a potem... zapraszam na bukłak miejscowego wina i basbusę. Poza zapłatą na którą byliśmy umówieni oczywiście – był ciekaw jego opowieści, nagle nie mniej niż był ciekaw tego grobowca. Ale też nie chciał tracić czasu. Słońce chyliło się ku zachodowi, a nie wiadomo jaką magię aktywował zmrok...
Ale on go zrozumiał bardzo dobrze.
On znał ten ton, to poczucie humoru. Znał je na pamięć.
W końcu spędzili z Morpheusem Longbottomem siedem długich lat we wspólnym dormitorium, a potem kolejnych kilkana na budowaniu swojej ekonomicznej niezależności. Mimo pustynnej aury niemal poczuł zapach morza, niemal usłyszał trajkoczące na jarmarku Lovegoodów przekupki, a tęsknota za hrabstwem Devon stała się nieoczekiwanym odpryskiem emocjonalnego wnętrza, które ni jak nie mogło przebić się przez skorupę, zwyczajnie życzliwej twarzy.
To byłoby szalenie głupie i nierozważnie, poddawać się tak łatwo pierwszemu wrażeniu, które bynajmniej nie wynikało z sympatii do nieznajomego, a wielkiej miłości do przyjaciela, z którym zapewne czekało go dożywocie, gdzieś kiedyś, jak sytuacja nie będzie wymagała utrzymywania ich zażyłości w tajemnicy.
Dlatego też Anthony podjął szybką kalkulację kim też nieznajomy mógł być. Gdy trzymał go za rękę, gdy próbował odnaleźć w jego twarzy cechy domu Longbottomów inne niż słowa. W sumie, gdyby byli nieco starsi, to mógłby być syn Morpheusa, ale o istnieniu dziecka wieszcza wiedziałby jeszcze zanim byłoby ono poczęte. Dziecko któregoś z jego braci? Może Erik? Zdawało mu się, że po powrocie do kraju nie miał jeszcze okazji pomówić z najstarszym synem Jeremiasza. A nie, padło już nazwisko. Figg. Zapadki wskoczyły na dobre tory, a głowa pokiwała w niedowierzaniu jak mały jest świat. Było tam rodzeństwo, parka małych półkrwistych kociaków pośród rasowych psów.
– Tak to ja – potwierdził miękko, uśmiechając się szerzej, ważąc w sercu czy warto zdradzać się ze swoją wiedzą i tym, że najprawdopodobniej był świadkiem jak Thomas jako dzieciak zgubił bieliznę w jeziorze ku uciesze zebranej gawiedzi. Nie był też pewien czy w ogóle był przez niego pamiętany - wychudły, blady młodzieniec, który mimo skwaru lata zwykle chodził okutany czernią, podążający za roześmianym Morpheusem i naglący go do rozmów, które były zbyt skomplikowane na dziecięce uszy. – Czy dobrze rozpoznaję akcent z Devon, daleko od kraju nas wywiało czyż nie? – On był bogatym hobbysta, a jego towarzysz półkrwi dzieciakiem, który chciał dorobić. Ach, piekielne pierwsze wrażenie. Czy mógł jednak biczować się za to skracanie dystansu, gdy tak bardzo tęsknił za swoim przyjacielem? – Ruszajmy, a potem... zapraszam na bukłak miejscowego wina i basbusę. Poza zapłatą na którą byliśmy umówieni oczywiście – był ciekaw jego opowieści, nagle nie mniej niż był ciekaw tego grobowca. Ale też nie chciał tracić czasu. Słońce chyliło się ku zachodowi, a nie wiadomo jaką magię aktywował zmrok...