- Jasne, rozumiem. - Powiedziała nadal spokojnym tonem. Skoro to było dla niego najważniejsze, nie zamierzała tego negować. Zrozumiałe, że chciał się pozbyć tego kłopotu jak najszybciej. Ją też to okropnie irytowało, chociaż próbowała podchodzić do tego lekko. Dało się z tym żyć, to nie było nic, aż tak naglącego, może trochę mieszało im w głowach, ale zawsze mogło być gorzej, czyż nie? Mogli ucierpieć fizycznie, zostać przykuci do łóżka, zapaść w śpiączkę, a jedynie mieszało im się w głowach, mogło się to skończyć zdecydowanie mniej przyjemnie.
Nie wierzyła jednak, że rozwiązanie spadnie im z nieba, to nie tak, że na to czekali, ale te pierwsze próby nie przyniosły żadnych efektów, co oznaczało, że błądzili, zaczęli szukać w złym miejscu, przecież powinni do tej pory znaleźć jakiekolwiek poszlaki, które pomogłyby im ustalić, co właściwie im dolega. Tak się nie stało. Czuła, że Ambroise jest naprawdę zdesperowany, że bardzo chciałby mieć to już za sobą. Może to i lepiej, przynajmniej nie będzie między nimi niedopowiedzeń, które zaczęły się pojawiać.
- Tak, tylko najpierw niszczy wszystko, co stanie mu na drodze, nie wiem, czy nowa, silniejsza roślinność jest tego warta. - Bała się tego, że ogień ją poparzy i zniszczy, że nic nie będzie w stanie narodzić się z popiołów. Najwyraźniej brakowało jej nadziei mężczyzny, który raczej widział w tym możliwość odrodzenia. Ona nie była co do tego taka pewna.
- Nie zgadzam się z tym, nie jesteś wcale prostym człowiekiem. - Gdyby takim był, to nie miałaby problemu z tym, żeby go rozgryźć, a takowe się pojawiały. Nie do końca potrafiła odczytywać jego intencje, przewidywać kolejne ruchy, nie miała pojęcia, co siedzi w jego głowie. Mógł o sobie mówić wiele, ale na pewno nie to, że był prostym człowiekiem, nie w oczach Geraldine. - Wszystko zależy od tego kto o nas mówi. - Chciała zwrócić jego uwagę na to, że i ona do nich należy. Do bogatej arystokracji, która lubiła zadzierać nosa, która zawsze dostawała to, na co miała ochotę. Może pasowała do nich raczej średnio, ale była wychowana w duchu wyższości takich jak oni nad innymi. Sami siebie traktowali jako wyjątkowych, przecież wiele razy była świadkiem różnych wysrywów na przyjęciach, zawsze ją strasznie bawiły. Nie komentowała tego nigdy, ale czystokrwiści wcale nie byli takim małym procentem czarodziejskiego świata, mnożyli się niczym chochliki kornwalijskie. Jasne, mugolacy nie patrzyli na nich przychylnie, często drwili z tego, że ich pozycję mogą zawdzięczać tylko i wyłącznie koneksjom, że sami nie mają nic do zaoferowania. Uważała, że to gówno prawda. Wiedziała, że tacy jak ona też muszą ciężko pracować nad tym, aby utrzymać się na piedestale, bo można z niego spaść w mgnieniu oka. Najważniejsze to mieć tego świadomość i działać.
Nie przejmowała się specjalnie tym, co aktualnie działo się w czarodziejskim świecie. Nie bała się, że ktoś będzie miał chęć wykurzyć ich ze stanowisk, jakie zajmowali. To wbrew pozorom wcale nie było takie proste zadanie, nie miała też jakiejś obsesji na punkcie czystości krwi. Było jej to wszystko obojętne. Inne rzeczy zdecydowanie wzbudzały w niej większe zainteresowanie. Miała w swoim gronie znajomych czarodziejów różnorakiego pochodzenia, co więcej nie zauważała między nimi żadnych różnic w tym, w jaki sposób obchodzili się z magią. Jasne, ci, którzy byli tutaj od zawsze mogli korzystać z łatwo dostępnej wiedzy, którą mogli czerpać od swoich rodzin, ale ci inni nie mieli problemu, aby im dorównywać. Najlepiej by było, aby nie wchodzili sobie w drogę i po prostu ze sobą koegzystowali. Oczywiście nie mogli zacząć lekceważyć arystokracji, bo przecież to oni kształtowali ten świat od pokoleń, to była by jawna pogarda dla tego, co udało im się osiągnąć.
Dostrzegła, że uniósł brew i czekał, aż się określi. Nie miała pojęcia, jak zareaguje na jej słowa, czy w ogóle miał chęć, żeby tutaj została. Postanowiła spróbować, chciała zobaczyć, czy spodoba mu się ten pomysł. Nie miała przecież nic ciekawszego do roboty, ostatnio skupiała całą swoją uwagę na jego osobie. - Nie odstąpisz mi łóżka, bo to ty wyglądasz na kogoś kto potrzebuje porządnie się wyspać, bez urazy oczywiście. - Nie chciała mu dokładać i sugerować, że wygląda chujowo, czy źle, jakoś tak samo wyszło. - Mogę spać tutaj. - Zerknęła na fotel, w którym się tak wygodnie ułożyła, nie widziała problemu by spędzić w nim całą noc. - albo faktycznie wrócę do domu, chociaż pytałeś co będę robić do białego rana, więc nie będziesz musiał mnie odprowadzać, skoro dzień już wstanie. - Nie chciała go fatygować, wydawał się potrzebować odpocząć, a odprowadzanie jej wiązało się z marnowaniem czasu, który mógłby wykorzystać na sen. Miała nadzieję, że nie będzie negował tego, co mówiła, bo zaraz się pewnie znowu zaczną przerzucać argumentami. Nadal nie do końca pozwalała mu decydować o wszystkim, nie byłaby sobą, gdyby nie dodawała do tego swoich wizji, czy pomysłów.
- Teraz trochę się boję przyjąć wyzwanie, z drugiej strony, im trudniej będzie je wykonać tym lepiej, zwycięstwo ma wtedy lepszy smak. - W przeciwieństwie do tego, co Ambroise mówił jej chwilę wcześniej ona naprawdę lubiła się przemęczyć. Sprawiało jej ogromną radość przyjmowanie wyzwań, których nie dało się na pierwszy rzut oka wykonać. Z każdym takim nie do końca prostym zadaniem, które udawało jej się pokonać czuła się coraz bardziej silniejsza.
Pokręciła przecząco głową, gdy wspomniał o właściwościach odżywczych ognistej. Zdecydowanie się z tym nie zgadzała, nie była, aż takim laikiem w tej dziedzinie. - Bujać to my Ambroise, ale nie nas. - Na pewno spodziewał się, że zwątpi w to, czym się odżywiał. Nawet ona wiedziała, że musi jeść, żeby mieć siłę. To nie tak, że gardziła alkoholem, nie ma się co oszukiwać, Yaxleyówna za kołnierz nie wylewała, ale pamiętała o tym, żeby od czas do czasu przyjąć coś w formie stałej.
Ulżyło jej, gdy nie zareagował na jej niefortunny dobór słów. Pewnie tego nie zauważył, może nawet nie słuchał jej do końca, skoro to zignorował, albo usłyszał i nie chciał o tym wspominać? Nie zamierzała tego roztrząsać, musiała bardziej się skupiać na tym, jakie słowa opuszczały jej usta. Nie chciała po raz kolejny powiedzieć zbyt dużo, lub w nieodpowiedni sposób. Nie zauważyła nawet, że się zmieszał, że sparzył sobie palce. W odpowiednim momencie odwróciła wzrok, dzięki temu była bezpieczniejsza. Nie musiała widzieć efektów, jakie przyniosły jej słowa. Grunt, że nie wykorzystał tego przeciwko niej, bo wiedziała, że byłby w stanie to zrobić, gdyby tylko chciał.
- Podaj mi proszę definicję normalności, tej twojej normalności. - Chciała wprowadzić do tej dyskusji nieco życia, pociągnąć go za język, może też poznać jeszcze bardziej, bo niby wiedzieli o sobie wiele, a jednak nie tak wiele. - To, czyli co konkretnie? - Nie do końca podobało jej się to, że krążyli wokół tematu i nie nazywali rzeczy po imieniu, może był to idealny moment na drobną konfrontację, może mogli wreszcie dość do tego, o co faktycznie im chodziło i czy w sumie było to to samo. Tak, jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się, że nie chce poruszać tego tematu, ale teraz zmieniła zdanie, zupełnym przypadkiem. Kobieta zmienną jest, czy coś.
Obserwowała go, kiedy rzucał książkami, nie sądziła, że żonglowanie nimi będzie mu wychodziło tak uroczo. Widać było rosnące z czasem spędzonym między księgami doświadczenie. Nie miała pojęcia ile ich przewertował przez te ostatnie dwa tygodnie, ale na pewno były to ogromne ilości, pewnie nie byłaby ich w stanie policzyć, podejrzewała, że sam Ambroise również.
Wbiła wzrok książkę, kiedy podniósł się z krzesła, nie czytała jej, ale nie chciała, żeby widział, że go obserwowała, tak było prościej, kiedy o tym nie wiedział, chociaż pewnie mógł się tego domyśleć, te spojrzenia były coraz bardziej nachalne. Usłyszała, że zbliża się w jej kierunku, a gdy poczuła ciepło koca, którym ją okrył uniosła jedynie głowę do góry, aby na niego spojrzeć. W jej oczach mógł zobaczyć ciepło, zareagowały odruchowo na ten miły gest.
Oddalił się od niej równie szybko, co się pojawił. Odprowadziła go w stronę balkonu, na którym postanowił zniknąć, widziała ze swojego miejsca jego sylwetkę, bo to mieszkanie nie należało do największych. Zimne, chociaż już nieco pachnące wiosną powietrze wdarło się do środka. Zachęcało do tego, aby poczuć je w pełni. Nie zastanawiała się ani sekundy, ześlizgnęła się z fotela jednym, zwinnym ruchem i opatulona w ten koc postanowiła do niego dołączyć. Ledwie kilka sekund później stała u jego boku, wpatrując się z nim w ulice, które znajdowały się tuż przed nimi. Nie mówiła nic, nie widziała sensu, aby przerywać tę krótką chwilę. Zresztą słowa czasem nie miały żadnego znaczenia.