25.09.2024, 20:43 ✶
Było coś z artyzmu w każdym kroku Moiry Chang. Sakralnej sztuki, choć tylko głupiec pokusiłby się o wskazanie kultu.
Była jak kwiat z japońskiej wiśni, którego płatki umoczono w czarnym atramencie. Delikatność zrodzona w najmroczniejszych odmętach tego cholernego miejsca. Jego wzrok powędrował do dłoni Chang. Fioletowo-zielono-niebieska tęcza siniaków. Nie. Nie siniaków. Farby. Była zachwycająca – ubrudzona kolorami bólu i cierpienia. Myśli Malfoy’a natychmiast powędrowały ku obrazom. Jak mocno należałoby zawiązać supły sznur na nadgarstkach by wydobyć tak niezwykłe odcienie fioletu; głębokiej zieleni; krwiaków tak ciemnych, że ciężko ich odróżnić od czerni w jakiej skąpane były Podziemia. Przesunął zasnute mgłą spojrzenie na twarz dziewczyny. Kolory tkane farbą życia – jej cieniutkich żył, tego pastelowego różu rozlewającego się na jej porcelanowych policzkach. Gdzie on ostatnio widział tak doskonałą mieszaninę półtonów? Odcieni? Heban jej ocz…
Yaya ye coco jambo yaya…
Co do kurwy?!
Degustację kolorów przerwał piskliwy głosik, który w jednej chwili rozbrzmiał mu we łbie z pełną mocą. Podświadomość postanowiła Baldwina wychujać w najgorszym możliwym momencie. Już pamiętał, gdzie ostatnio widział ten zjebany róż. Wspomnienie może trzy-, czterocalowej, chujkoświeczki, która tańcowała wyśpiewując wniebogłosy tą okropną piosenkę, kiwając się przy tym do rytmu i trzęsąc swoimi… Zamarł.
Normalnie w tym momencie Baldwin po prostu zamarł, wpatrując się w martwy punkt.
- OUCH.- Warknął, gdy z krainy piekielnych wyobrażeń wyrwał go promieniujący ból w łydce. Co znowu tej wariatce odbiło?! Zamrugał parokrotnie, skupiając się na twarzy Moiry, całym sobą próbując zrozumieć co do niego mówi. Put me up… Put me down… Nie. Coś innego. Coś o szczurach?
Ach. Rozalinda schowała się głębiej w kieszeni Baldwina, a on sam zmarszczył lekko brwi.
- Och…. Kinky.- Odparł tylko, wyraźnie rozbawiony groźbą. Otrząsnął się. Chyba. Ciężko powiedzieć, bo trochę obawiał się teraz nawet na sekundę zamknąć oczy w obawie przez wspomnieniem tego różowego cholerstwa. Zamiast tego ostentacyjnie obejrzał poszukując owych słynnych „chińskich szczurów” na koniec na moment dłużej zawiesił wzrok znów na jej drobnej postaci. Wyraźnie przy ignorował nieprzyjemne spojrzenie, które dziewczyna rzucała jego podopiecznej. Jeden nieprzemyślany ruch w stronę szczura i krucha relacja, którą nawiązali była gotowa trzasnąć jak szklana bańka. Nawet jeśli na nowo się uśmiechał tylko tak jak uśmiechać potrafił się ktoś co ma niewiele do stracenia. Niepoprawny, niebezpieczny optymista.
- Miejscówka?- Powtórzy pytanie. Nadal przez moment trudno było mu połączyć ze sobą wszystkie fakty. Po co żyjemy? Dokąd zmierzamy? Czy gdzieś na końcu tęczy jest gar pełen złota wokół którego Leprokonusy tańczą w kółeczku śpiewając coco jam… Kurwa. Zamrugał ponownie. - Ach miejscówka! Będziesz zachwycona!- Pokiwał lekko głową, podwijając rękaw szaty. W słabym świetle podziemnej ulicy Moira mogła zauważyć krzywą mapę wyrysowaną na bladym przedramieniu chłopaka. Ktokolwiek ją malował, z pewnością musiał być po kilku głębszych. Żadna z linii nie była prosta, choć dało się zauważyć konkretne zakręty i wskazówki w formie piktogramów. Taka palarnia na przykład była oznaczona filiżanką. Droga rzeczywiście nie wydawała się ani specjalnie długa, ani skomplikowana. Całkiem niedaleko.
Zastanowił się jeszcze nad czymś przez moment. Jakby coś trzymało go w miejscu.
- Czy… Czy Twoja Matka nie ma nic przeciwko?- Zapytał nagle.
Może i Baldwin był szaleńcem. Może i był gotów splunąć diabłom w twarz, a Bogom rzucić wyzwanie i pewnie wygrać. Ale pani Chang to on się kurwa bał. Pojebana baba – nie było nic straszniejszego na świecie. A już na pewno nie chciał umierać, kiedy pieprzone coco jambo napierdalało mu w mózgu.
Była jak kwiat z japońskiej wiśni, którego płatki umoczono w czarnym atramencie. Delikatność zrodzona w najmroczniejszych odmętach tego cholernego miejsca. Jego wzrok powędrował do dłoni Chang. Fioletowo-zielono-niebieska tęcza siniaków. Nie. Nie siniaków. Farby. Była zachwycająca – ubrudzona kolorami bólu i cierpienia. Myśli Malfoy’a natychmiast powędrowały ku obrazom. Jak mocno należałoby zawiązać supły sznur na nadgarstkach by wydobyć tak niezwykłe odcienie fioletu; głębokiej zieleni; krwiaków tak ciemnych, że ciężko ich odróżnić od czerni w jakiej skąpane były Podziemia. Przesunął zasnute mgłą spojrzenie na twarz dziewczyny. Kolory tkane farbą życia – jej cieniutkich żył, tego pastelowego różu rozlewającego się na jej porcelanowych policzkach. Gdzie on ostatnio widział tak doskonałą mieszaninę półtonów? Odcieni? Heban jej ocz…
Yaya ye coco jambo yaya…
Co do kurwy?!
Degustację kolorów przerwał piskliwy głosik, który w jednej chwili rozbrzmiał mu we łbie z pełną mocą. Podświadomość postanowiła Baldwina wychujać w najgorszym możliwym momencie. Już pamiętał, gdzie ostatnio widział ten zjebany róż. Wspomnienie może trzy-, czterocalowej, chujkoświeczki, która tańcowała wyśpiewując wniebogłosy tą okropną piosenkę, kiwając się przy tym do rytmu i trzęsąc swoimi… Zamarł.
Normalnie w tym momencie Baldwin po prostu zamarł, wpatrując się w martwy punkt.
- OUCH.- Warknął, gdy z krainy piekielnych wyobrażeń wyrwał go promieniujący ból w łydce. Co znowu tej wariatce odbiło?! Zamrugał parokrotnie, skupiając się na twarzy Moiry, całym sobą próbując zrozumieć co do niego mówi. Put me up… Put me down… Nie. Coś innego. Coś o szczurach?
Ach. Rozalinda schowała się głębiej w kieszeni Baldwina, a on sam zmarszczył lekko brwi.
- Och…. Kinky.- Odparł tylko, wyraźnie rozbawiony groźbą. Otrząsnął się. Chyba. Ciężko powiedzieć, bo trochę obawiał się teraz nawet na sekundę zamknąć oczy w obawie przez wspomnieniem tego różowego cholerstwa. Zamiast tego ostentacyjnie obejrzał poszukując owych słynnych „chińskich szczurów” na koniec na moment dłużej zawiesił wzrok znów na jej drobnej postaci. Wyraźnie przy ignorował nieprzyjemne spojrzenie, które dziewczyna rzucała jego podopiecznej. Jeden nieprzemyślany ruch w stronę szczura i krucha relacja, którą nawiązali była gotowa trzasnąć jak szklana bańka. Nawet jeśli na nowo się uśmiechał tylko tak jak uśmiechać potrafił się ktoś co ma niewiele do stracenia. Niepoprawny, niebezpieczny optymista.
- Miejscówka?- Powtórzy pytanie. Nadal przez moment trudno było mu połączyć ze sobą wszystkie fakty. Po co żyjemy? Dokąd zmierzamy? Czy gdzieś na końcu tęczy jest gar pełen złota wokół którego Leprokonusy tańczą w kółeczku śpiewając coco jam… Kurwa. Zamrugał ponownie. - Ach miejscówka! Będziesz zachwycona!- Pokiwał lekko głową, podwijając rękaw szaty. W słabym świetle podziemnej ulicy Moira mogła zauważyć krzywą mapę wyrysowaną na bladym przedramieniu chłopaka. Ktokolwiek ją malował, z pewnością musiał być po kilku głębszych. Żadna z linii nie była prosta, choć dało się zauważyć konkretne zakręty i wskazówki w formie piktogramów. Taka palarnia na przykład była oznaczona filiżanką. Droga rzeczywiście nie wydawała się ani specjalnie długa, ani skomplikowana. Całkiem niedaleko.
Zastanowił się jeszcze nad czymś przez moment. Jakby coś trzymało go w miejscu.
- Czy… Czy Twoja Matka nie ma nic przeciwko?- Zapytał nagle.
Może i Baldwin był szaleńcem. Może i był gotów splunąć diabłom w twarz, a Bogom rzucić wyzwanie i pewnie wygrać. Ale pani Chang to on się kurwa bał. Pojebana baba – nie było nic straszniejszego na świecie. A już na pewno nie chciał umierać, kiedy pieprzone coco jambo napierdalało mu w mózgu.