25.09.2024, 22:08 ✶
Spotkanie rodziców czy byłej narzeczonej na pewno byłoby pełne emocji, szczególnie tych negatywnych. Lecz nie: jego ojca tam nie było, wyjechał. To dlatego on musiał przejąć pałeczkę i iść na to cholerne wesele, chociaż równie dobrze mogli wysłać Rabastana, który był przecież dużo lepszy w kontaktach międzyludzkich niż ona sam. Z jakiegoś jednak powodu jego brat albo odmówił, albo w ogóle nie wzięli go pod uwagę. On też mógł odmówić i na Merlina: teraz wiedział, że powinien był to zrobić. I chociaż to mogłoby zostać odczytane jako policzek, wymierzony w tę część ich rodziny, bo przecież z Blackami byli rodziną, to jednak nic by się nie stało. A tak?
Przysunął się w milczeniu, nie otwierając oczu. Drgnął, czując na sobie ciepłe ramię, które go obejmowało. Czy potrzebował otuchy? Czy być może solidnego kubła zimnej wody, który go otrzeźwi i sprawi, że wzbierający w nim gniew nagle zgaśnie, jak tlący się ogień polany lodowatą wodą? Oddech miał nierówny, niespokojny. Urywany, jakby dopiero co przebiegł całą tę drogę. Śmierdział tłustą, wstrętną, weselną zupą i chociaż zapach był już słabo wyczuwalny, to jednak nie dało się go całkowicie zamaskować. Gdyby Nicholas chciał, to ubraniach Rodolphusa na pewno znalazłby kilka ptasich piór. Leżał jednak z nim, pozwalając mu chłonąć swoje ciepło i swój spokój. Niespokojne myśli wciąż jednak pędziły, nieubłaganie rozbijając się o czaszkę i powodując niemal fizyczny ból. Oddech nie uspokajał się, a mięśnie wciąż drżały. Drżały nie ze strachu, drżały z irytacji. Długo tłumionej irytacji, która buzowała teraz pod jego skórą, wściekle szamocząc się z miejsca na miejsce, nie mogąc znaleźć ujścia tych emocji.
- To powinien być pogrzeb - mruknął w końcu, przerywając przedłużającą się ciszę. Głos miał zachrypnięty, jakby dopiero co skończył krzyczeć. A przecież milczał. Czy na weselu zdarł gardło, czy może przeciwnie: nie mówił tak długo, że struny głosowe już zapomniały, jak to jest się poruszać?
Przysunął się w milczeniu, nie otwierając oczu. Drgnął, czując na sobie ciepłe ramię, które go obejmowało. Czy potrzebował otuchy? Czy być może solidnego kubła zimnej wody, który go otrzeźwi i sprawi, że wzbierający w nim gniew nagle zgaśnie, jak tlący się ogień polany lodowatą wodą? Oddech miał nierówny, niespokojny. Urywany, jakby dopiero co przebiegł całą tę drogę. Śmierdział tłustą, wstrętną, weselną zupą i chociaż zapach był już słabo wyczuwalny, to jednak nie dało się go całkowicie zamaskować. Gdyby Nicholas chciał, to ubraniach Rodolphusa na pewno znalazłby kilka ptasich piór. Leżał jednak z nim, pozwalając mu chłonąć swoje ciepło i swój spokój. Niespokojne myśli wciąż jednak pędziły, nieubłaganie rozbijając się o czaszkę i powodując niemal fizyczny ból. Oddech nie uspokajał się, a mięśnie wciąż drżały. Drżały nie ze strachu, drżały z irytacji. Długo tłumionej irytacji, która buzowała teraz pod jego skórą, wściekle szamocząc się z miejsca na miejsce, nie mogąc znaleźć ujścia tych emocji.
- To powinien być pogrzeb - mruknął w końcu, przerywając przedłużającą się ciszę. Głos miał zachrypnięty, jakby dopiero co skończył krzyczeć. A przecież milczał. Czy na weselu zdarł gardło, czy może przeciwnie: nie mówił tak długo, że struny głosowe już zapomniały, jak to jest się poruszać?