25.09.2024, 22:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.09.2024, 22:20 przez Rodolphus Lestrange.)
Rudowłosy otworzył usta, ale zaraz po chwili je zamknął. Potem znowu je otworzył, a jego rozbiegany wzrok krążył pomiędzy Rodolphusem a Thomasem, który wyciągnął różdżkę.
- Nie, nie... Błagam, nie! - mężczyzna skulił się, jakby oczekiwał, że Figg ciśnie w niego co najmniej śmiercionośnym zaklęciem. Tak się jednak nie stało, lecz chłopak tego nie widział. Kulił się, chowając głowę w przedramionach, podczas gdy Thomas skutecznie pozbywał się mazi ze swojego ubioru. Tylko swojego, co tu było kluczowe, bo przecież ubranie Lestrange'a również zaczęło się dymić. Mężczyzna z niejakim zdziwieniem zerknął na mankiet koszuli, z której wydobywała się strużka siwo-białego dymu. Ile jeszcze koszul zostanie zniszczonych, zanim odzyska spokój? Najpierw krew, potem kolejna, kolejne to błoto i kolejne rzeczy, o których lepiej tu nie wspominać. Przecież można było dostać kurwicy, szczególnie jeżeli dbało się o swoją garderobę.
Lestrange nie odezwał się. Wyciągnął różdżkę i przejechał nią po ubraniu, próbując rozproszyć efekt tego... Czegoś, czym oboje zostali obryzgani.
Rzut na rozproszenie
Gdy jego odzienie w końcu przestało się dymić, dopiero wtedy - ani sekundę wcześniej - postanowił zerknąć w stronę kulącego się rudzielca. Rodolphus miał zaciśnięte ze złości szczęki. Mięśnie drgały pod skórą ostrzegawczo niczym u psa, który szykował się do skoku. Ten jednak nie nastąpił: tylko idiota rzucałby się na otwartej przestrzeni przy świadkach na osobę, która praktycznie leżała na ziemi i skomlała niczym kopnięte szczenię. Nie znaczyło to jednak, że wysoka i blada postać miała zamiar w jakikolwiek sposób ulżyć cierpieniu tej niedołędze, która kajała się teraz u ich stóp. Rudy patrzył na dwójkę mężczyzn nieomal przez palce, lecz gdy spostrzegł, że żadne zaklęcie nie pędzi w jego kierunku, zdawał się odzyskać spokój. Częściowy.
- Naprawdę przepraszam... Proszę, proszę dać mi pomóc - drżącą ręką sięgnął do kieszeni. Chustka, którą wyciągnął w stronę Thomasa, była ubrudzona czymś chyba jeszcze gorszym niż eliksiry, którymi zostali obryzgani. - To... To na ślimaki, to żrące.
Rodolphus zamrugał. Najpierw jeden raz, potem drugi. To było tak idiotyczne, że nawet jemu zabrakło języka w gębie. Po pierwsze: było już po wszystkim. Zarówno on jak i Thomas pozbyli się tego lepkiego, cuchnącego problemu z siebie. Po drugie - to coś co oferował im mężczyzna było... Brudne. Wyglądem przypominało szlam, gluty z wielu nosów i nie wiadomo co jeszcze.
- Nie chciałem na panów, niezdara ze mnie - pisnął, a jego twarz przybrała kolor od bladobiałej po dorodnieczerwoną. Już wyciągał dłoń, by otrzeć wstrętną chustką cokolwiek, co mogło zostać na Figgu.
- Nie, nie... Błagam, nie! - mężczyzna skulił się, jakby oczekiwał, że Figg ciśnie w niego co najmniej śmiercionośnym zaklęciem. Tak się jednak nie stało, lecz chłopak tego nie widział. Kulił się, chowając głowę w przedramionach, podczas gdy Thomas skutecznie pozbywał się mazi ze swojego ubioru. Tylko swojego, co tu było kluczowe, bo przecież ubranie Lestrange'a również zaczęło się dymić. Mężczyzna z niejakim zdziwieniem zerknął na mankiet koszuli, z której wydobywała się strużka siwo-białego dymu. Ile jeszcze koszul zostanie zniszczonych, zanim odzyska spokój? Najpierw krew, potem kolejna, kolejne to błoto i kolejne rzeczy, o których lepiej tu nie wspominać. Przecież można było dostać kurwicy, szczególnie jeżeli dbało się o swoją garderobę.
Lestrange nie odezwał się. Wyciągnął różdżkę i przejechał nią po ubraniu, próbując rozproszyć efekt tego... Czegoś, czym oboje zostali obryzgani.
Rzut na rozproszenie
Rzut Z 1d100 - 57
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!
Gdy jego odzienie w końcu przestało się dymić, dopiero wtedy - ani sekundę wcześniej - postanowił zerknąć w stronę kulącego się rudzielca. Rodolphus miał zaciśnięte ze złości szczęki. Mięśnie drgały pod skórą ostrzegawczo niczym u psa, który szykował się do skoku. Ten jednak nie nastąpił: tylko idiota rzucałby się na otwartej przestrzeni przy świadkach na osobę, która praktycznie leżała na ziemi i skomlała niczym kopnięte szczenię. Nie znaczyło to jednak, że wysoka i blada postać miała zamiar w jakikolwiek sposób ulżyć cierpieniu tej niedołędze, która kajała się teraz u ich stóp. Rudy patrzył na dwójkę mężczyzn nieomal przez palce, lecz gdy spostrzegł, że żadne zaklęcie nie pędzi w jego kierunku, zdawał się odzyskać spokój. Częściowy.
- Naprawdę przepraszam... Proszę, proszę dać mi pomóc - drżącą ręką sięgnął do kieszeni. Chustka, którą wyciągnął w stronę Thomasa, była ubrudzona czymś chyba jeszcze gorszym niż eliksiry, którymi zostali obryzgani. - To... To na ślimaki, to żrące.
Rodolphus zamrugał. Najpierw jeden raz, potem drugi. To było tak idiotyczne, że nawet jemu zabrakło języka w gębie. Po pierwsze: było już po wszystkim. Zarówno on jak i Thomas pozbyli się tego lepkiego, cuchnącego problemu z siebie. Po drugie - to coś co oferował im mężczyzna było... Brudne. Wyglądem przypominało szlam, gluty z wielu nosów i nie wiadomo co jeszcze.
- Nie chciałem na panów, niezdara ze mnie - pisnął, a jego twarz przybrała kolor od bladobiałej po dorodnieczerwoną. Już wyciągał dłoń, by otrzeć wstrętną chustką cokolwiek, co mogło zostać na Figgu.