25.09.2024, 22:32 ✶
Głos Nicholasa nie był w stanie przebić się przez barierę krzyku, która ciasno i szczelnie otaczała teraz umysł Rodolphusa. Zaciskała się na jego jaźni, próbując wycisnąć z niej ostatnie resztki świadomości. Zaciskała się na krtani, zmuszając go do krzyku. Wciskała się pod powieki, uniemożliwiając ich otwarcie. Zmuszała do rzucania się po łóżku, do podnoszenia rąk i odganiania od siebie niewidocznych, natrętnych myśli.
Nie żył, nie żył, nie żył.
Jesteś wolny, wolny, wolny.
Sam, sam, sam.
Jesteś.
Sam.
Jakiś dźwięk przebił się przez wygłuszający kokon. Był jednak zbyt słaby, by przynieść jakikolwiek efekt. Czuł, że jego ciało płonie, jakby trawił je wewnętrzny ogień. Bolało tak bardzo jak wtedy, gdy po raz pierwszy oberwał zaklęciem cruciatus. Z tym, że to był ból nie tylko fizyczny, ale również psychiczny. Bolała go jaźń, bolały go wspomnienia, bolało go wszystko. Chłodna w porównaniu ze skórą Lestrange'a dłoń Nicholasa również nie przyniosła zamierzonego efektu. Był rozpalony, jakby trawiła go gorączka. Travers szarpnął nim, a gałki oczne pod powiekami rzucały się z prawej do lewej. Nie chciał się obudzić, a jednocześnie tak bardzo tego potrzebował. Był sam, sam jeden. Był wolny a jednocześnie ta wolność tak cholernie bolała, że lepiej dla niego byłoby, gdyby się nie obudził. Gdyby osunął się w miękką, kuszącą nicość, w rozwarte objęcia śmierci. Jej uścisk wcale nie mógł być nieprzyjemny. W końcu jedną z jej personifikacji był Nicholas, a jego dotyk był przyjemny. Bywał przyjemny aż do tej pory.
Krzyk ustał, ustępując miejsca ciszy. Ciszy, która nastała zaraz po cichym plaśnięciu, które zwiastowało gwałtowne, mocne zderzenie ze skórą. Czy to na pewno nie był wciąż koszmar? Czy to nie był ten farmer, który wyciągał szpicrutę i zamachiwał się na niego? Czy to może kto inny właśnie wymierzał mu policzek? Nie czekał na odpowiedzi: dłoń Rodolphusa wystrzeliła błyskawicznie, a palce zacisnęły się boleśnie na nadgarstku Nicholasa. Nagle wszystko nabrało sensu. To Robert, Robert nie umarł, nie mógł przecież, stał nad nim i próbował go wyciągnąć z tych kuszących objęć.
- Nick? - powieki rozwarły się gwałtownie, ukazując obłąkane, niemal majaczące oczy w kolorze stalowej szarości. To nie był Robert. Gdzie on był? Lestrange poluzował uścisk, zanim kompletnie nie puścił ręki Traversa. Wyglądał na zdezorientowanego. Miał rozbiegany wzrok, był cholernie blady na twarzy i... Chyba nie wiedział gdzie się znajduje.
Nie żył, nie żył, nie żył.
Jesteś wolny, wolny, wolny.
Sam, sam, sam.
Jesteś.
Sam.
Jakiś dźwięk przebił się przez wygłuszający kokon. Był jednak zbyt słaby, by przynieść jakikolwiek efekt. Czuł, że jego ciało płonie, jakby trawił je wewnętrzny ogień. Bolało tak bardzo jak wtedy, gdy po raz pierwszy oberwał zaklęciem cruciatus. Z tym, że to był ból nie tylko fizyczny, ale również psychiczny. Bolała go jaźń, bolały go wspomnienia, bolało go wszystko. Chłodna w porównaniu ze skórą Lestrange'a dłoń Nicholasa również nie przyniosła zamierzonego efektu. Był rozpalony, jakby trawiła go gorączka. Travers szarpnął nim, a gałki oczne pod powiekami rzucały się z prawej do lewej. Nie chciał się obudzić, a jednocześnie tak bardzo tego potrzebował. Był sam, sam jeden. Był wolny a jednocześnie ta wolność tak cholernie bolała, że lepiej dla niego byłoby, gdyby się nie obudził. Gdyby osunął się w miękką, kuszącą nicość, w rozwarte objęcia śmierci. Jej uścisk wcale nie mógł być nieprzyjemny. W końcu jedną z jej personifikacji był Nicholas, a jego dotyk był przyjemny. Bywał przyjemny aż do tej pory.
Krzyk ustał, ustępując miejsca ciszy. Ciszy, która nastała zaraz po cichym plaśnięciu, które zwiastowało gwałtowne, mocne zderzenie ze skórą. Czy to na pewno nie był wciąż koszmar? Czy to nie był ten farmer, który wyciągał szpicrutę i zamachiwał się na niego? Czy to może kto inny właśnie wymierzał mu policzek? Nie czekał na odpowiedzi: dłoń Rodolphusa wystrzeliła błyskawicznie, a palce zacisnęły się boleśnie na nadgarstku Nicholasa. Nagle wszystko nabrało sensu. To Robert, Robert nie umarł, nie mógł przecież, stał nad nim i próbował go wyciągnąć z tych kuszących objęć.
- Nick? - powieki rozwarły się gwałtownie, ukazując obłąkane, niemal majaczące oczy w kolorze stalowej szarości. To nie był Robert. Gdzie on był? Lestrange poluzował uścisk, zanim kompletnie nie puścił ręki Traversa. Wyglądał na zdezorientowanego. Miał rozbiegany wzrok, był cholernie blady na twarzy i... Chyba nie wiedział gdzie się znajduje.