25.09.2024, 23:16 ✶
Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, ale nie dał tego po sobie poznać.
No proszę. Miałby się poczuć urażony? Byli w przedszkolu?
- Sześćdziesiątego dziewiątego. Gówno cię to obchodzi - nie planował prostować, że nie był już facetem Geraldine a jeśli Astaroth próbował uderzyć tym w jego ego to bez powodzenia.
Rok, dwa lata temu, trzy czy jeszcze bardziej wstecz wpadłby we wściekłość. Poczułby się zraniony. Brat Geraldine celnie ugodziłby w bolesny punkt, gdzie była wtedy skaza. Być może to drobne pęknięcie zostałoby jeszcze bardziej naruszone przez tę sugestię. Problem w tym, że w siedemdziesiątym drugim Astaroth Yaxley był już tylko bezbronnym frajerem.
Żadnej rysy nie było. Nie było w co uderzać. Ambroise sam o to zadbał przy pomocy własnych destrukcyjnych rąk. Zamiast czekać aż to pęknie, porozbijał wszystko na drobne kawałki. Sześćdziesiąt dziewięć albo więcej. To było bez znaczenia. Może gdzieś tam zakłuło, ale głównie wywołało pogardliwy uśmieszek. Przyszedł tu, żeby być rozjemcą. Nieświadomie stał się najspokojniejszą osobą w pomieszczeniu.
Kurewsko źle by było, gdyby przypomniał im wszystkim, że z jakiegoś powodu zwykle odchodził od negocjacji. To ktoś inny był negocjatorem. Ambroise miał bardzo krótki lont. Mógł im zrobić te jebane kanapki a potem wepchnąć je Astarothowi do gardła, jeżeli tego wymagała sytuacja. Pokroiłby je na małe kwadraciki (zgodnie z życzeniem!) idealne, żeby wcisnąć je młodzieńcowi do tchawicy.
Kromka chleba, plaster sera, szynka i drugi pierdolony kwadracik. Patyczek z oliwką w dupę, bo to i tak była jedna długa rurka. Prędzej czy później mieliby koreczki.
Jeszcze się powstrzymywał, bo starał się być wyrozumiały. Nie pisał się na to, żeby być najrozsądniejszym człowiekiem w domu. Najchętniej wypisałby się z tej roli. Natomiast nie mógł. Próbował kontrolować sytuację jak potrafił. Nie było to łatwe, zważywszy na to, że miał do czynienia z ćpunem i pijaną. Sam najchętniej zapaliłby skręta, bo trzeźwość umysłu była tu chora.
- Wyśmienicie. Racz zatem zapierdalać po butelkę - strzelił na niego palcami jak bucowaty klient na kelnera.
Skoro tak rozmawiali to niech będzie. Umiał podejmować gierki. Może brat Geraldine nie znał go od tej strony. Zawodowo zachowywał się jak uosobienie kultury i profesjonalizmu. Przez większość czasu nosił się jak dystyngowany, niewzruszony szlachcic. Natomiast Astaroth zapominał, że Ambroise też kiedyś był rozwścieczonym, nabuzowanym dzieciuchem. Umiał gryźć i szczekać. W dodatku miał w tym lata przewagi wynikające z wieku.
- Fakt. Nigdzie nie pójdę - odezwał się łagodniej do Geraldine, ale prawie natychmiast wbił wzgardliwie spojrzenie w Astarotha. - Za to on wypierdala po twoją whisky - jasno sugerował, że nie musiała tego pić.
Jak na jego gusta to mogła roztrzaskać szkło bratu na głowie. Był uzdrowicielem. Mogli to załatwić na miejscu. Nie musieli ograniczać się do godzin szpitala.
Greengrass nie reagował na dziwne zachowania młodego narkomana. W swojej karierze widział nie takie próby zaznaczenia dominacji. To na niego nie działało. Tym bardziej odkąd obracał się w świecie, w którym sporo działało na zasadzie praw dżungli. Cały czas monitorował poczynania Yaxleya, ale nie zmieniał pozycji. Nie spinał ciała. Stał wyluzowany. Nawet przesadnie. Nie musiał się napinać jak jebany pawian. Zresztą wystarczy, że ktoś inny to robił. To było śmieszne i godne politowania.
Mogłoby być dalej równie żenująco. Wiele wskazywało na to, że mogą wymieniać wrogie spojrzenia i przerzucać się inwektywami (to akurat umiał i nie mógł powiedzieć, że nie lubi). Greengrass nie dawał się tak łatwo sprowokować, kiedy chodziło o niego. Już nie. To miał w pewnym stopniu za sobą. Natomiast jego powieki się rozszerzyły a oczy pociemniały, kiedy zaczęło do niego docierać to, co wypluł z siebie mały (wysoki - tak, ale mały) parszywiec. Nie wsłuchiwał się w odpowiedź ze strony Geraldine.
Dostrzegł kły ćpuna (tak, to nadal ćpun, nawet jeśli zmienił substancję) dokładnie w tym samym momencie, w którym zamachnął się jedyną torbą, której nie zdążył nigdzie postawić.
- Masz, mały kurwiu - wysyczał jednocześnie z atakiem na niewyparzoną mordę Astarotha, bo prawie nigdy nie zdarzało mu się podnosić głosu.
Tak. To był jebany wampir i również owszem, bo zamiast wyciągnąć różdżkę z kieszeni Ambroise rzucił się na niego całym ciężarem ciała, mając w planach wykorzystać element zaskoczenia (Geraldine wciąż mówiła, co jej leży na sercu) i może przy dobrej passie nadziać Yaxleya na to, co miało zostać z drewnianej konsoli za plecami Astarotha.
Rozsądek zostawił w Mungu. Wampiryzm leczył pięścią.
Zamiast kanapek serwował shish kebap.
No proszę. Miałby się poczuć urażony? Byli w przedszkolu?
- Sześćdziesiątego dziewiątego. Gówno cię to obchodzi - nie planował prostować, że nie był już facetem Geraldine a jeśli Astaroth próbował uderzyć tym w jego ego to bez powodzenia.
Rok, dwa lata temu, trzy czy jeszcze bardziej wstecz wpadłby we wściekłość. Poczułby się zraniony. Brat Geraldine celnie ugodziłby w bolesny punkt, gdzie była wtedy skaza. Być może to drobne pęknięcie zostałoby jeszcze bardziej naruszone przez tę sugestię. Problem w tym, że w siedemdziesiątym drugim Astaroth Yaxley był już tylko bezbronnym frajerem.
Żadnej rysy nie było. Nie było w co uderzać. Ambroise sam o to zadbał przy pomocy własnych destrukcyjnych rąk. Zamiast czekać aż to pęknie, porozbijał wszystko na drobne kawałki. Sześćdziesiąt dziewięć albo więcej. To było bez znaczenia. Może gdzieś tam zakłuło, ale głównie wywołało pogardliwy uśmieszek. Przyszedł tu, żeby być rozjemcą. Nieświadomie stał się najspokojniejszą osobą w pomieszczeniu.
Kurewsko źle by było, gdyby przypomniał im wszystkim, że z jakiegoś powodu zwykle odchodził od negocjacji. To ktoś inny był negocjatorem. Ambroise miał bardzo krótki lont. Mógł im zrobić te jebane kanapki a potem wepchnąć je Astarothowi do gardła, jeżeli tego wymagała sytuacja. Pokroiłby je na małe kwadraciki (zgodnie z życzeniem!) idealne, żeby wcisnąć je młodzieńcowi do tchawicy.
Kromka chleba, plaster sera, szynka i drugi pierdolony kwadracik. Patyczek z oliwką w dupę, bo to i tak była jedna długa rurka. Prędzej czy później mieliby koreczki.
Jeszcze się powstrzymywał, bo starał się być wyrozumiały. Nie pisał się na to, żeby być najrozsądniejszym człowiekiem w domu. Najchętniej wypisałby się z tej roli. Natomiast nie mógł. Próbował kontrolować sytuację jak potrafił. Nie było to łatwe, zważywszy na to, że miał do czynienia z ćpunem i pijaną. Sam najchętniej zapaliłby skręta, bo trzeźwość umysłu była tu chora.
- Wyśmienicie. Racz zatem zapierdalać po butelkę - strzelił na niego palcami jak bucowaty klient na kelnera.
Skoro tak rozmawiali to niech będzie. Umiał podejmować gierki. Może brat Geraldine nie znał go od tej strony. Zawodowo zachowywał się jak uosobienie kultury i profesjonalizmu. Przez większość czasu nosił się jak dystyngowany, niewzruszony szlachcic. Natomiast Astaroth zapominał, że Ambroise też kiedyś był rozwścieczonym, nabuzowanym dzieciuchem. Umiał gryźć i szczekać. W dodatku miał w tym lata przewagi wynikające z wieku.
- Fakt. Nigdzie nie pójdę - odezwał się łagodniej do Geraldine, ale prawie natychmiast wbił wzgardliwie spojrzenie w Astarotha. - Za to on wypierdala po twoją whisky - jasno sugerował, że nie musiała tego pić.
Jak na jego gusta to mogła roztrzaskać szkło bratu na głowie. Był uzdrowicielem. Mogli to załatwić na miejscu. Nie musieli ograniczać się do godzin szpitala.
Greengrass nie reagował na dziwne zachowania młodego narkomana. W swojej karierze widział nie takie próby zaznaczenia dominacji. To na niego nie działało. Tym bardziej odkąd obracał się w świecie, w którym sporo działało na zasadzie praw dżungli. Cały czas monitorował poczynania Yaxleya, ale nie zmieniał pozycji. Nie spinał ciała. Stał wyluzowany. Nawet przesadnie. Nie musiał się napinać jak jebany pawian. Zresztą wystarczy, że ktoś inny to robił. To było śmieszne i godne politowania.
Mogłoby być dalej równie żenująco. Wiele wskazywało na to, że mogą wymieniać wrogie spojrzenia i przerzucać się inwektywami (to akurat umiał i nie mógł powiedzieć, że nie lubi). Greengrass nie dawał się tak łatwo sprowokować, kiedy chodziło o niego. Już nie. To miał w pewnym stopniu za sobą. Natomiast jego powieki się rozszerzyły a oczy pociemniały, kiedy zaczęło do niego docierać to, co wypluł z siebie mały (wysoki - tak, ale mały) parszywiec. Nie wsłuchiwał się w odpowiedź ze strony Geraldine.
Dostrzegł kły ćpuna (tak, to nadal ćpun, nawet jeśli zmienił substancję) dokładnie w tym samym momencie, w którym zamachnął się jedyną torbą, której nie zdążył nigdzie postawić.
- Masz, mały kurwiu - wysyczał jednocześnie z atakiem na niewyparzoną mordę Astarotha, bo prawie nigdy nie zdarzało mu się podnosić głosu.
Tak. To był jebany wampir i również owszem, bo zamiast wyciągnąć różdżkę z kieszeni Ambroise rzucił się na niego całym ciężarem ciała, mając w planach wykorzystać element zaskoczenia (Geraldine wciąż mówiła, co jej leży na sercu) i może przy dobrej passie nadziać Yaxleya na to, co miało zostać z drewnianej konsoli za plecami Astarotha.
Rozsądek zostawił w Mungu. Wampiryzm leczył pięścią.
Zamiast kanapek serwował shish kebap.