26.09.2024, 09:08 ✶
– Cześć! – przywitała się Brenna radośnie, na zaproszenie przekroczyła próg i od razu wepchnęła Monie w ramiona paczkę. – Prezent urodzinowy. Najpierw myślałam, żeby kupić ci coś ze smokami, ale potem uznałam, że pewnie wszyscy dają ci coś ze smokami, więc postanowiłam wymyśleć coś innego, jak ci się nie spodoba, możesz mnie tym walnąć w łeb i następnym razem wrócę ze smokiem – zatrajkotała na dzień dobry, swoim zwykłym zwyczajem, i uśmiechały się przy tym jakby nie tylko jej usta, ale też ciemne oczy. Brenna miała dobry humor przez większość czasu, poza tymi momentami, gdy ślęczała nad jakąś co paskudniejszą sprawą, a nawet jak nie miała, to umiała to doskonale maskować. Teraz z kolei szczerze cieszyła się na widok Rowle, której nie widziała już ładnych kilka tygodni, jeśli nie miesięcy – Walia i Anglia niby były częścią Wysp i podróż nie była aż trudna dla czarodziejów, ale Mona zdawała się tak zajęta w rezerwacie, że raczej nie bywała często w Londynie.
W paczuszce owiniętej w błękitny materiał w gwiazdki był torcik waniliowo – czekoladowy z Pokątnej, bo Brenna podejrzewała, że w Walii w pobliżu rezerwatu nie mają za wielu cukierni – smoki rzadko były mile widzianymi klientami w takich miejscach – a także ozdobna świeczka o zapachu lawendy i bergamotki, jak zapewniał sprzedawca z magicznym efektem, który miał ułatwiać skupienie i odganiać zmęczenie.
– Nie było tak źle, teleportacja i świstoklik, chociaż pewnie gdybym miała przyjechać tutaj mugolskimi środkami transportu, to rzuciłabym się po drodze z jakichś klifów – przyznała, rozglądając się ciekawie. – Mam nadzieję, że nie oderwałam cię od super ważnych zadań, co? Bo liczę bezczelnie, że zaoferujesz mi herbatę. Ewentualnie spacer po wietrznych wrzosowiskach, obie rzeczy będą równie dobre. A gdzie… och… – Chciała zapytać oczywiście o smoczoognika Mony, którego w pierwszej chwili nigdzie nie mogła dostrzec, i którego omal nie kopnęła niechcący ciężkim butem, gdy robiła krok do środka. Spojrzała jednak w dół i pogroziła mu żartobliwie palcem.
– Nawet o tym nie myśl, wredna bestio, uszkodzisz mi buty – stwierdziła, tak z odrobiną rozbawienia, a może nawet tę inwektywę wypowiadając trochę pieszczotliwym tonem. Pewnie by mu wybaczyła nawet gdyby ją w tę kostkę faktycznie użarł, w ramach misji obrony rezerwatu, chociaż na szczęście dla siebie specjalnie na wizytę w Walii wzięła buty zaiste porządne, nad kostkę, więc dziabiąc materiał spodni w tej okolicy, biedny Zębatek wbiłby kiełki prosto w skórę butów. – Obiecuję, że nie będę porywać żadnych smoków. Swoją drogą, widziałaś artykuł w ostatnim Proroku? Pisali, że podobno w rezerwacie planują usługę jazdy na smokach…
Zważywszy na to, że Rowle’owie chcieli stworzyć smokom warunki jak najbliższe naturalnym, i dopiero jak te umierały pobierali łuski czy smocze serca i smoczą krew, to Brenna jakoś wątpiła, by postanowili stawiać nagle na smoczą turystykę.
W paczuszce owiniętej w błękitny materiał w gwiazdki był torcik waniliowo – czekoladowy z Pokątnej, bo Brenna podejrzewała, że w Walii w pobliżu rezerwatu nie mają za wielu cukierni – smoki rzadko były mile widzianymi klientami w takich miejscach – a także ozdobna świeczka o zapachu lawendy i bergamotki, jak zapewniał sprzedawca z magicznym efektem, który miał ułatwiać skupienie i odganiać zmęczenie.
– Nie było tak źle, teleportacja i świstoklik, chociaż pewnie gdybym miała przyjechać tutaj mugolskimi środkami transportu, to rzuciłabym się po drodze z jakichś klifów – przyznała, rozglądając się ciekawie. – Mam nadzieję, że nie oderwałam cię od super ważnych zadań, co? Bo liczę bezczelnie, że zaoferujesz mi herbatę. Ewentualnie spacer po wietrznych wrzosowiskach, obie rzeczy będą równie dobre. A gdzie… och… – Chciała zapytać oczywiście o smoczoognika Mony, którego w pierwszej chwili nigdzie nie mogła dostrzec, i którego omal nie kopnęła niechcący ciężkim butem, gdy robiła krok do środka. Spojrzała jednak w dół i pogroziła mu żartobliwie palcem.
– Nawet o tym nie myśl, wredna bestio, uszkodzisz mi buty – stwierdziła, tak z odrobiną rozbawienia, a może nawet tę inwektywę wypowiadając trochę pieszczotliwym tonem. Pewnie by mu wybaczyła nawet gdyby ją w tę kostkę faktycznie użarł, w ramach misji obrony rezerwatu, chociaż na szczęście dla siebie specjalnie na wizytę w Walii wzięła buty zaiste porządne, nad kostkę, więc dziabiąc materiał spodni w tej okolicy, biedny Zębatek wbiłby kiełki prosto w skórę butów. – Obiecuję, że nie będę porywać żadnych smoków. Swoją drogą, widziałaś artykuł w ostatnim Proroku? Pisali, że podobno w rezerwacie planują usługę jazdy na smokach…
Zważywszy na to, że Rowle’owie chcieli stworzyć smokom warunki jak najbliższe naturalnym, i dopiero jak te umierały pobierali łuski czy smocze serca i smoczą krew, to Brenna jakoś wątpiła, by postanowili stawiać nagle na smoczą turystykę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.