- Już dawno jesteśmy w tej krainie. - Póki co nawet jej to nie przeszkadzało. Jasne, było dziwnie, ale Yaxleyówna lubiła pakować się w nieznane. Wolałaby jednak, aby ta podróż nie trwała zbyt długo, bo to mogło się skończyć całkowitym szaleństwem. Akceptowała jego małe dawki, ale nawet ona nie byłaby w stanie przyjąć zbyt wiele. Nie chciała skończyć w Lecznicy Dusz, czy coś.
Cóż, czy tego chcieli, czy nie, zupełnie przypadkiem znaleźli się w tym razem. Kolejna anormalna sytuacja, która im się przytrafiła, jakby trup zakopany w lesie nie był wystarczający. Los tak chciał, nic nie działo się bez przyczyny, próbowała się pocieszać tymi argumentami, chociaż tak naprawdę były zupełnie nic nieznaczące. Mógł próbować odsunąć ją od sprawy, jasne, ale tym razem nie miała zamiaru mu na to pozwolić. Ostatnio nie wyszło im to na dobre, skończyło się na darciu kotów, teraz współpraca układała się zupełnie inaczej. Wiedziała, że nie była to tylko i wyłącznie ich zasługa, a tego, że coś zbliżyło ich do siebie po wizycie w dworku. Nie sądziła, że czyjeś wspomnienia mogą, aż tak bardzo namieszać w ich własnych uczuciach, ale wiedziała, że na pewno coś dziwnego się stało, przynajmniej jej osobie. To nie tak, że wcześniej od zawsze nie znosiła Ambroise'a, był przecież moment, w którym go polubiła, na samym początku ich znajomości, jeszcze nim zakopali człowieka w lesie. Wydawało jej się, że wrócili do tego co było przed, chociaż może teraz nawet brnęło to w zupełnie innym kierunku, co trochę ją przerażało, bo nie miała w zwyczaju się do nikogo przywiązywać.
Nadal ich rozmowy przebiegały w nie do końca typowy sposób, aczkolwiek teraz brakowało w tym dopierdolek, które były rzucane tylko po to, żeby wkurzyć drugą stronę. Może dzięki temu zmieniła swoje podejście, właściwie ona tego nie zmieniała, to wydarzyło się samoistnie. - Wzięłam, chociaż perspektywa tego, że możesz być, aż takim wielkim dupkiem jest całkiem interesująca, więc ją zaakceptowałam. - Igrała z ogniem od zawsze, więc nie ma się co dziwić, że wykazywała chęć sprawdzenia tego, czy Greengrass nie rzuca słów na wiatr, czy faktycznie jest taki okropny jak o tym mówił. Tak, Geraldine nie miała zdecydowanie dobrze wszystkiego poukładanego pod sufitem. Prosiła się o to, żeby ktoś ją skrzywdził. Mogła się sparzyć, wiedziała o tym, ale nie robiło to na niej wrażenia. Ważne, żeby poczuła cokolwiek, byle mocno. Nie znosiła obojętności.
Westchnęła lekko, z uśmiechem na twarzy, albo jej się wydawało, albo rzucił w jej stronę ukryty komplement. Oj, mogłaby się z nim kłócić, że wcale nie zawsze. Zresztą ona sama jakoś specjalnie nie przejmowała się swoją aparycją, skomentowała jego wygląd tylko i wyłącznie dlatego, że się o niego martwiła, nie ze względów estetycznych.
- Coś czuję, że to będzie długa walka. - Nie zamierzała odpuścić, jak zawsze, nawet jeśli chodziło o walkę o to, kto pierwszy odleci i zostanie zmuszony do wygodniejszego spania.
- Właściwie to ostatnio jest dobrze. - aż za dobrze, chociaż tego już nie dopowiedziała. Było to zastanawiające, wzbudzało wątpliwości i kwestionowało rzeczywistość. To nie tak, że nie chciałaby, żeby tak to wyglądało, tyle, że przez to nie do końca rozumiała, co się dzieje. Skupiła się jednak na perspektywie wspólnego spaceru o poranku, która wydawała się jej całkiem atrakcyjna. Miała szczęście, że wynajął to mieszkanie niedaleko niej, dzięki temu nie musiał pokonywać ogromnych odległości, jeśli chciał jej potowarzyszyć, to powodowało, że czuła się odrobinę mniejszym ciężarem.
- Czyli od jutra czeka mnie nauka, dobrze, niech tak będzie. - Nie zakładała, że dojdzie do tego od razu, ale miał rację, lepiej było zacząć póki temat był świeży, inaczej jej zapał by osłabł. Jako prawdziwa wampirzyca powinna poznać rumuński.
- Tego nie wiesz. - Mógł sugerować, że by tak nie mówiła, ale Yaxleyówna była naprawdę mocno pokręcona, sama zresztą miała wątpliwą moralność. Pieniądze rządziły jej życiem, nie ukrywała tego przed nikim, wystarczyła odpowiednia opłata, a byłaby gotowa pomóc samemu diabłu.
- Jak kiedyś będziesz miał się nią ochotę podzielić, to wiesz, gdzie mnie znaleźć. - Nie zamierzała go teraz ciągnąć za język, w ogóle nie miała pojęcia, czy chciałby opowiadać jej historie o swojej rodzinie. Nie była w końcu kimś bliskim, nawet teraz, próbowali razem rozwiązać łączący ich problem, później pewnie rozejdą się w swoje strony. Musiała przywyknąć do tego, że to może skończyć się w każdej chwili, nie opuszczała jej ta myśl, może przez to nie do końca chciała się przywiązywać, wiedziała, że jeśli to zrobi to zaboli, z drugiej strony przecież to nic takiego. Poboli i przestanie, jak zawsze.
- Nie ma szans, nie wierzę w te pierdoły, pozostaje mi więc żyć w niewiedzy, no i przekonać się na własnej skórze. - Jej podejście do wróżbiarstwa było bardzo mocno zarysowane. Uważała tę dziedzinę magii za dyrdymały. Nie ufała wróżbitom i uważała ich za oszustów, którzy żerowali na zapatrzonych w nie ludziach, a było ich całkiem sporo. Niezły sposób na biznes sobie znaleźli.
Czuła, że w ich relacji było sporo iluzji. Nie do końca potrafili się przed sobą otworzyć, ale również nie chcieli unikać swojego towarzystwa. To nie było do końca rozsądne, bo przecież prawda mogła ich zranić, zaboleć, ale tacy już byli. Unikali niewygodnych tematów, trzymali się tych bezpieczniejszych, a kiedy przestali się przy tym obrażać tworzyło to całkiem przyjemną relację, w której brakowało skaz, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Każdy miał jakieś swoje ciemne strony, zdawała sobie z tego sprawę, to nie tak, że ich nie widziała, miała świadomość przecież, że Ambroise nie był nieskazitelny, ale czy ona była? Nie była typową, porządną dziewczyną z dobrego domu, pomimo statusu krwi. Ona również miała wiele za uszami, dlatego nie przerażało jej to, że on mógłby robić coś podobnego. Byli siebie warci pod tym względem.
- Nie wydaje ci się, że na zastanawianie się może być już trochę zbyt późno? - Rzuciła cicho. Zrozumiała ostrzeżenie, ale padło w zdecydowanie złym momencie. Nie miała pojęcia, czy tak powinna wyglądać przyjaźń, jeśli jednak nie tak, to co to właściwie mogło być. Nie powiedziała też, że wcale nie chciała być jego przyjaciółką, że ostatnio coś mówiło jej o tym, że mogliby być czymś więcej. Nie zamierzała się do tego przyznawać, jeszcze nie, nie chciała tego spektakularnie spierdolić, bo zaczęła się przyzwyczajać do jego obecności. Przyjmowała to, co oferował, nie chciała przekraczać granic, których tak właściwie przecież oficjalnie nie określili.
Yaxleyówna nie spoglądała teraz na niego, skupiła się na widoku za balkonem, tak było prościej, gdy nie musiała patrzeć mu w oczy, zresztą lękała się, że mógłby zauważyć w jej oczach coś nieodpowiedniego.