26.09.2024, 12:15 ✶
Widział już wcześniej to spojrzenie u Morpheusa. W końcu nie byli dla siebie obcymi ludźmi - spotkali się kilka razy i nawet ze sobą współpracowali, więc Lestrange doskonale znał ten wzrok. I pewnie zareagowałby odpowiednio, gdyby nie irytująca mucha, kręcąca się wokół jego głowy. Tą muchą był oczywiście żebrak, którego nie powinno tu być. Powinien znaleźć się w mniej bogatej, wystawnej i pokazowej dzielnicy Londynu. Nie powinien stąpać po Pokątnej, każdy jego krok to była obraza dla porządnych czarodziejów, którzy tędy przechodzili. Ciekawiło go, czemu nikt nie reagował, lecz nie miał teraz czasu, by się nad tym bardziej rozwodzić. Powrócił spojrzeniem do Longbottoma, gdy ten wcisnął żebrakowi wizytówkę.
- Co... - żebrak zamrugał, patrząc na pięknie mieniący się kartonik. Potem spojrzał na Morpheusa, a potem znowu na kartonik. Lestrange naprawdę zaczynał już tracić cierpliwość.
- Spływaj, zanim pan Longbottom się rozmyśli - powiedział dużo ostrzej, niż zamierzał. Puścił mimo uszu ten jego cały wywód, to pierdolenie które doprowadzało go do pasji. Gdyby mógł, pomógłby mu w nieeelegancki sposób opuścić ich towarzystwo, lecz na szczęście wizytówka Longbottom podziałała. Żebrak burknął coś jeszcze w ich stronę, ale odszedł na kilka kroków, ściskając w dłoni kartonik. Chyba wygrali to starcie.
Mógłby podziękować Morpheusowi za to, co zrobił. W końcu to on wybawił go od problemów, lecz przecież gdyby Rodolphus tylko chciał, to sam by sobie dał radę. Wystarczyło po prostu się teleportować, dbając o to by mężczyzna go nie dotknął. Wystarczyło warknąć, krzyknąć albo wyciągnąć różdżkę, by go przegnać. Wystarczyło go ignorować i przeć do przodu. To co jednak zrobił drugi Niewymowny, było dużo bardziej skuteczne i lepsze wizerunkowo, co nie oznaczało że Lestrange czuł się jakkolwiek zobowiązany, by użyć słowa dziękuję. Z uwagą przeniósł na mężczyznę spojrzenie. Jego brew powędrowała odrobinę ku górze. Widział niebezpieczeństwo... Na ustach Rodolphusa zatańczył blady uśmiech. Tym razem sięgnął oczu: nie był jednak przyjazny. Można go było określić mianem uśmiechu niedowierzania, rozbawienia i być może odrobinę kpiny?
- Żyjemy w niebezpiecznych czasach, Morpheusie. Każdy kolejny krok i każdy kolejny dzień wiąże się z niebezpieczeństwem - nie wierzył we wróżby, szczególnie nie tak ogólnikowe, jak ta którą otrzymał. Jego praca, jego życie, samo jego nazwisko sprawiało, że jestestwo młodego Niewymownego było zagrożone. Jeszcze kilkadziesiąt lat i również jego umysł odmówi posłuszeństwa, jeszcze kilkadziesiąt lat i być może on również zwariuje pod ciężarem tajemnic z Departamentu. Nie przejmował się jednak tym: to było wpisane w jego los. A los mógł zmienić, podobnie jak przeznaczenie. Wiedział jednak, że czeka go koniec i to nie był koniec miły. Nie dożyje starości, nie dożyje dziedzica i zdążył się z tym pogodzić. Nie było mu z tego powodu ani trochę smutno. Być może to była młodzieńcza buta, a być może po prostu nie zależało mu na tego typu końcu. - Dziękuję za ostrzeżenie. Jeżeli będziesz potrzebował pomocy z badaniami, poślij mi sowę.
Lestrange nie wyglądał na przejętego widmem zagrożenia. Nie wyglądał też, jakby miał zamiar dłużej zatrzymywać Longbottoma i odciągać go od jego spraw. Odsunął się lekko, dając tym gestem znak, że jeżeli to wszystko, to mogą uznać to dziwne spotkanie za skończone.
- Co... - żebrak zamrugał, patrząc na pięknie mieniący się kartonik. Potem spojrzał na Morpheusa, a potem znowu na kartonik. Lestrange naprawdę zaczynał już tracić cierpliwość.
- Spływaj, zanim pan Longbottom się rozmyśli - powiedział dużo ostrzej, niż zamierzał. Puścił mimo uszu ten jego cały wywód, to pierdolenie które doprowadzało go do pasji. Gdyby mógł, pomógłby mu w nieeelegancki sposób opuścić ich towarzystwo, lecz na szczęście wizytówka Longbottom podziałała. Żebrak burknął coś jeszcze w ich stronę, ale odszedł na kilka kroków, ściskając w dłoni kartonik. Chyba wygrali to starcie.
Mógłby podziękować Morpheusowi za to, co zrobił. W końcu to on wybawił go od problemów, lecz przecież gdyby Rodolphus tylko chciał, to sam by sobie dał radę. Wystarczyło po prostu się teleportować, dbając o to by mężczyzna go nie dotknął. Wystarczyło warknąć, krzyknąć albo wyciągnąć różdżkę, by go przegnać. Wystarczyło go ignorować i przeć do przodu. To co jednak zrobił drugi Niewymowny, było dużo bardziej skuteczne i lepsze wizerunkowo, co nie oznaczało że Lestrange czuł się jakkolwiek zobowiązany, by użyć słowa dziękuję. Z uwagą przeniósł na mężczyznę spojrzenie. Jego brew powędrowała odrobinę ku górze. Widział niebezpieczeństwo... Na ustach Rodolphusa zatańczył blady uśmiech. Tym razem sięgnął oczu: nie był jednak przyjazny. Można go było określić mianem uśmiechu niedowierzania, rozbawienia i być może odrobinę kpiny?
- Żyjemy w niebezpiecznych czasach, Morpheusie. Każdy kolejny krok i każdy kolejny dzień wiąże się z niebezpieczeństwem - nie wierzył we wróżby, szczególnie nie tak ogólnikowe, jak ta którą otrzymał. Jego praca, jego życie, samo jego nazwisko sprawiało, że jestestwo młodego Niewymownego było zagrożone. Jeszcze kilkadziesiąt lat i również jego umysł odmówi posłuszeństwa, jeszcze kilkadziesiąt lat i być może on również zwariuje pod ciężarem tajemnic z Departamentu. Nie przejmował się jednak tym: to było wpisane w jego los. A los mógł zmienić, podobnie jak przeznaczenie. Wiedział jednak, że czeka go koniec i to nie był koniec miły. Nie dożyje starości, nie dożyje dziedzica i zdążył się z tym pogodzić. Nie było mu z tego powodu ani trochę smutno. Być może to była młodzieńcza buta, a być może po prostu nie zależało mu na tego typu końcu. - Dziękuję za ostrzeżenie. Jeżeli będziesz potrzebował pomocy z badaniami, poślij mi sowę.
Lestrange nie wyglądał na przejętego widmem zagrożenia. Nie wyglądał też, jakby miał zamiar dłużej zatrzymywać Longbottoma i odciągać go od jego spraw. Odsunął się lekko, dając tym gestem znak, że jeżeli to wszystko, to mogą uznać to dziwne spotkanie za skończone.