26.09.2024, 12:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.09.2024, 12:48 przez Millie Moody.)
Rozpełzli się jak robaki nafaszerowane grzybem, którego nikt nie powinien z nich jeść. Rozpełzli się po okolicy szukając swoich korzeni, swoich domów, energii, szukając pośród zieleni i błękitu prawdy o sobie, w poszumie drzew, w zapachu jeziora.
Hardwick był z nimi, milczący, otumaniony, on pierwszy upadł, jeszcze niedaleko ścieżki. Dalej Heather zachłyśnięta niebem, refleksami na chmurach i miękkością łoża, z którego mogła to wszystko oglądać. Piękno. Prawdę. Doskonałość.
Millie upadła niedaleko niej, ale gnana melodią, którą słyszała tylko ona, deszczem tańczącym bez wody, turlała się po chwastach, narażając skórę na ranki i oparzenia, dotkliwie próbując swoje ciało, swój i tak już skołowany błędnik, swój śmiech swoje płuca. W końcu wpadła w topielca, znajomy zapach uderzył ją w nozdrza, a chłód bijący od mokrych ubrań ocucił nieco. Wspięła się na niego na tyle, by jego brzuch stał się poduszką dla głowy zdobnej w kłosy i kwiaty zebrane podczas tej szaleńczej toczącej się wędrówki.
– Witaj Stawie, oto ja, ziemia, przyszłam do Ciebie zapłakać nad martwym, które pływa na dnie Twojego istnienia. Oddaj mi ciała Stawie, a ja dam Ci życie, za którym tak tęsknisz... – szeptała cicho śmierdzącej mułem wodzie, która nie wiedzieć czemu przyjęła ciało i kształt Thomasa Figga, ale nie jej poddawać w wątpliwość decyzje Księżycowego Stawu. Błądziła myślami przetleniona i zamroczona narkotykiem, nie będąc wcale pewną czy deszcz pada, czy nie pada, czy jej nogi wrastają korzeniami w trawę, czy jak w Windermere grunt pochłania ją w końcu, aby stała się jednym. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, jak jej kiedyś powiedziano. Chciała jednak tu, w tym miejscu, chciała żyć i było to dziwne, nikomu nieobiecane chcenie. – Albo zabierz mnie Stawie, zabierz i pokryj czernią, ale tak by mój brat nie płakał po mnie. – dodała nagle zupełnie poważnie, uciekając myślami do śmierci, która wpisana była w życie z całym swym rozkładem. – Boisz się śmierci Stawie? A jeśli się jej boisz, to czy boisz się życia tak samo mocno, jak ja? – Wizja wróciła silna, wizja z mugolskiego ośrodka Windermere, twarzy rozrywanej roślinami, ust z których wychodziło robactwo. I cisza i spokój pęt, które obroniły się przed zaburzoną równowagą. A w sercu Millie zagościł lęk i pragnienie, konflikt, którego sama nie potrafiła rozwiązać.
Hardwick był z nimi, milczący, otumaniony, on pierwszy upadł, jeszcze niedaleko ścieżki. Dalej Heather zachłyśnięta niebem, refleksami na chmurach i miękkością łoża, z którego mogła to wszystko oglądać. Piękno. Prawdę. Doskonałość.
Millie upadła niedaleko niej, ale gnana melodią, którą słyszała tylko ona, deszczem tańczącym bez wody, turlała się po chwastach, narażając skórę na ranki i oparzenia, dotkliwie próbując swoje ciało, swój i tak już skołowany błędnik, swój śmiech swoje płuca. W końcu wpadła w topielca, znajomy zapach uderzył ją w nozdrza, a chłód bijący od mokrych ubrań ocucił nieco. Wspięła się na niego na tyle, by jego brzuch stał się poduszką dla głowy zdobnej w kłosy i kwiaty zebrane podczas tej szaleńczej toczącej się wędrówki.
– Witaj Stawie, oto ja, ziemia, przyszłam do Ciebie zapłakać nad martwym, które pływa na dnie Twojego istnienia. Oddaj mi ciała Stawie, a ja dam Ci życie, za którym tak tęsknisz... – szeptała cicho śmierdzącej mułem wodzie, która nie wiedzieć czemu przyjęła ciało i kształt Thomasa Figga, ale nie jej poddawać w wątpliwość decyzje Księżycowego Stawu. Błądziła myślami przetleniona i zamroczona narkotykiem, nie będąc wcale pewną czy deszcz pada, czy nie pada, czy jej nogi wrastają korzeniami w trawę, czy jak w Windermere grunt pochłania ją w końcu, aby stała się jednym. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, jak jej kiedyś powiedziano. Chciała jednak tu, w tym miejscu, chciała żyć i było to dziwne, nikomu nieobiecane chcenie. – Albo zabierz mnie Stawie, zabierz i pokryj czernią, ale tak by mój brat nie płakał po mnie. – dodała nagle zupełnie poważnie, uciekając myślami do śmierci, która wpisana była w życie z całym swym rozkładem. – Boisz się śmierci Stawie? A jeśli się jej boisz, to czy boisz się życia tak samo mocno, jak ja? – Wizja wróciła silna, wizja z mugolskiego ośrodka Windermere, twarzy rozrywanej roślinami, ust z których wychodziło robactwo. I cisza i spokój pęt, które obroniły się przed zaburzoną równowagą. A w sercu Millie zagościł lęk i pragnienie, konflikt, którego sama nie potrafiła rozwiązać.