26.09.2024, 20:25 ✶
Roselyn kiwnęła głową, gdy kelnerka wróciła i podała im ich zamówienia. Z ulgą otoczyła filiżankę, skrywającą kawę z mlekiem, dłońmi. Zaczynała żałować, że nie wybrała stolika na zewnątrz. Mogłaby swobodnie zapalić i zająć czymś ręce, a tak? Westchnęła ciężko, słyszalnie, unosząc wzrok na brata.
- Jest kilka wyjść - powiedziała, nie podnosząc jeszcze naczynia do ust. Na razie kawa była zbyt gorąca, a ona sama była zbyt roztrzęsiona, by próbować unosić filiżankę. Jeszcze Ambroise to zauważy i uzna, że jest słaba. A przecież Roselyn całe życie walczyła z tym wizerunkiem: słabej, chudej ale ładnej dziewczyny, którą byle wiatr mógł połamać. Robiła wszystko, by dumnie kroczyć przez życie i tkać wokół siebie sieci, mogące kiedyś przyciągnąć do niej obrońcę w najgorszej chwili. Byli jak muchy, gdy w nie wpadali, lecz Greengrassówna nie pędziła od razu, by wyciągnąć swoją ofiarę. Najpierw dawała im skruszeć. - W zasadzie to Anthony zabrał mnie do swojego brata, żeby to omówić.
Czy mu się wydawało, czy kącik ust Rose drgnął w odruchu uśmiechu? Nie, to niemożliwe. Przecież nie mogła na samo wspomnienie tego spotkania się uśmiechać, nie w chwili, kiedy tak mu się tak spowiadała. To musiał być cień, który zatańczył pod wpływem promieni słonecznych.
- Nie powiem, żeby nam jakkolwiek pomógł, ale... Rozważyliśmy zerwanie zaręczyn. To jednak mocno odbiłoby się na mnie samej. Już nie chodzi o reputację, Roise, ale o to, że w oczach mężczyzn będę znowu "wolna". Wiesz, że odkąd zaczęły spływać gratulacje, a minęły niespełna dwa dni, to urwały się niechciane listy od adoratorów? - Rose podniosła wzrok. W jej tęczówkach grało światło, wpadające przez wielkie, czyste okno. Spojrzenie miała tak poważne, jak nigdy. I chociaż patrzyła mu w oczy zaledwie przez kilka sekund, to nie mógł tego spojrzenia pomylić z niczym innym. Czyżby podjęła już decyzję? - Jeżeli będziemy ciągnąć tę farsę jeszcze przez kilka miesięcy, zyskam spokój. A potrzebuję spokoju do swoich badań.
Zaczęła cicho, akcentując każde słowo. Po ostatnim nastąpiła cisza, przerwana podniesieniem filiżanki ze spodka. Rose upiła łyk kawy, przenosząc wzrok za okno. Nie była pewna, czy to był dobry pomysł, ale nie miała innego na podorędziu.
- A potem... Potem możemy powiedzieć, że zdecydowaliśmy się być przyjaciółmi. Albo że mnie zdradził. Anthony jest świadomy idiotyzmu, który zrobił, a przynajmniej tak mówił swojemu bratu. Mam wrażenie, że są blisko, tak jak my, wiesz? I że Stanley ma na niego ogromny wpływ. Nie kłamałby mu, a obiecał, że nie wywinie więcej żadnego numeru. Jednocześnie jest w stanie przyjąć najgorszą opcję wyłącznie na siebie, żeby tylko moja reputacja nie ucierpiała - dodała, odkładając ostrożnie kawę. Nie zdecydowała się ponownie spojrzeć na brata, jednak sens jej słów był jasny: zdecydowali się kłamać. Grać przed publiką. Z Borginem. Kimś, z kim w ogóle nie powinna mieć do czynienia. Jasne, ten konkretny Borgin miał normalną pracę i był kimśtam chyba ważnym, był także dziedzicem z tego co wywnioskowała z ich słów. Ale wciąż to był Borgin.