26.09.2024, 20:43 ✶
- Ani się waż, bo połamię ci ręce - warknął, cofając się o krok. Również on widział w jakim stanie była ta pożal się boże chusteczka i Merlin mu świadkiem, że chyba jego śniadanie zmieszało się z obiadem i weszło w jakąś dziwną komitywę, a teraz próbowali we dwójkę opuścić jego żołądek. Niedoczekanie, że pozwoli komukolwiek zbliżyć się do siebie i to z tak brudnym kawałkiem materiału. Na potwierdzenie swoich słów Lestrange uniósł różdżkę ostrzegawczo i pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć nie. W przeciwieństwie do Figga nie zamierzał dawać rudzielcowi żadnych dobrych rad. Co więcej: wcale nie planował tutaj zostawać ani sekundy dłużej, chociaż oboje stali mu teraz na drodze. Widząc jak chłopak się skulił, Lestrange westchnął głośno i schował powoli, ostrożnie różdżkę do wewnętrznej kieszeni marynarki. On również nie był idiotą i nie zamierzał atakować nikogo w biały dzień, tym bardziej wśród tylu gapiów. Bo to, że ludzie zwalniali i się gapili, było zauważalne. Komentowali nawet tę sytuację pod nosem, ale z tego co słyszeli, to raczej stali po "ich" stronie.
- Ja... To nie powinno było wejść w reakcję z ubraniami - powiedział cicho, starając się zebrać z ulicy to, co zostało z jego zamówienia. Jego duże, wyłupiaste oczy ponownie zaszły łzami. To było absolutnie żałosne z każdej możliwej strony. - Nie wiem, dlaczego tak się stało, może... Może to było wadliwe.
- Jeżeli było wadliwe, cofnij się do sklepu i zejdź mi z oczu - Rodolphus zdecydowanie nie należał do uprzejmych osób. Nawet jeżeli to Figg wiódł prym w tej rozmowie, wzbijając się na wyżyny swojej złośliwości, to słowa Lestrange'a były jak drobne igiełki. Było ich niewiele, ale trafiały idealnie w każdy czuły punkt rudzielca. Nawet nie był specjalnie chamski czy nieprzyjemny (być może poza tą ostatnią wstawką, no i może poza groźbą... Dobrze, był chamem), lecz ton jego głosu... Ton jego głosu zdradzał irytację, zniecierpliwienie i być może nawet wściekłość.
- Przepraszam - powiedział w końcu rudy, cofając się o kilka kroków, gdy w końcu udało mu się już wstać. Lestrange przewrócił oczami.
- W obliczu nieszczęścia wszyscy stajemy się równi, bez względu na majątek, narodowość czy status społeczny - mruknął cicho ni to do Thomasa, ni to do rudego. Być może rzucił tę dziwną uwagę w eter, a być może mówił do siebie samego. Jednak jego wzrok spoczął na Figgu, który samym wyglądem i posturą różnił się od niego samego. Spojrzenie Niewymownego jednak nie złagodniało ani trochę. Zupełnie tak, jakby wcale nie uważał - wbrew temu co powiedział - że nagle zrównał się z Thomasem, bo oboje prawie się zaczadzili od trutki na ślimaki. - Weź sobie uwagi pana do serca, bo następnym razem możesz trafić na kogoś mniej wyrozumiałego.
Lestrange strzepnął niewidoczny pyłek ze swojego ramienia, a potem wyminął mężczyzn. Mimo iż wyczyścił swoje ubranie zaklęciem to czuł, że będzie musiał oddać je skrzatom do oporządzenia. Wydawało się czyste, ale nie był pewny czy na koszuli nie było małych dziurek, wypalonych przez żrącą substancję. Nie był pewien, czy nie będzie musiał wyrzucić kolejnej koszuli, ale to akurat powodowało u niego tylko skrzywienie się. Nie dbał o pieniądze, mógł w zastępstwie za tę jedną kupić co najmniej kilka tuzinów. I chyba tak to się skończy, bo zapas jego ubrań był coraz szczuplejszy. Czyżby miał wyjątkowego pecha tego lata? Patrząc na to, co się zadziało i miało zadziać, to... tak.
Rodolphus wyminął Thomasa i rudego, który wciąż przepraszał, i bez słowa zniknął za rogiem, nie dbając nawet o to, by przedstawić się któremukolwiek z nich. Nie tylko nie czuł takiej potrzeby, ale również uważał to za stratę czasu. Nie miał zamiaru marnować swojego wolnego czasu na zawieranie nowych, wątpliwej jakości znajomości.
- Ja... To nie powinno było wejść w reakcję z ubraniami - powiedział cicho, starając się zebrać z ulicy to, co zostało z jego zamówienia. Jego duże, wyłupiaste oczy ponownie zaszły łzami. To było absolutnie żałosne z każdej możliwej strony. - Nie wiem, dlaczego tak się stało, może... Może to było wadliwe.
- Jeżeli było wadliwe, cofnij się do sklepu i zejdź mi z oczu - Rodolphus zdecydowanie nie należał do uprzejmych osób. Nawet jeżeli to Figg wiódł prym w tej rozmowie, wzbijając się na wyżyny swojej złośliwości, to słowa Lestrange'a były jak drobne igiełki. Było ich niewiele, ale trafiały idealnie w każdy czuły punkt rudzielca. Nawet nie był specjalnie chamski czy nieprzyjemny (być może poza tą ostatnią wstawką, no i może poza groźbą... Dobrze, był chamem), lecz ton jego głosu... Ton jego głosu zdradzał irytację, zniecierpliwienie i być może nawet wściekłość.
- Przepraszam - powiedział w końcu rudy, cofając się o kilka kroków, gdy w końcu udało mu się już wstać. Lestrange przewrócił oczami.
- W obliczu nieszczęścia wszyscy stajemy się równi, bez względu na majątek, narodowość czy status społeczny - mruknął cicho ni to do Thomasa, ni to do rudego. Być może rzucił tę dziwną uwagę w eter, a być może mówił do siebie samego. Jednak jego wzrok spoczął na Figgu, który samym wyglądem i posturą różnił się od niego samego. Spojrzenie Niewymownego jednak nie złagodniało ani trochę. Zupełnie tak, jakby wcale nie uważał - wbrew temu co powiedział - że nagle zrównał się z Thomasem, bo oboje prawie się zaczadzili od trutki na ślimaki. - Weź sobie uwagi pana do serca, bo następnym razem możesz trafić na kogoś mniej wyrozumiałego.
Lestrange strzepnął niewidoczny pyłek ze swojego ramienia, a potem wyminął mężczyzn. Mimo iż wyczyścił swoje ubranie zaklęciem to czuł, że będzie musiał oddać je skrzatom do oporządzenia. Wydawało się czyste, ale nie był pewny czy na koszuli nie było małych dziurek, wypalonych przez żrącą substancję. Nie był pewien, czy nie będzie musiał wyrzucić kolejnej koszuli, ale to akurat powodowało u niego tylko skrzywienie się. Nie dbał o pieniądze, mógł w zastępstwie za tę jedną kupić co najmniej kilka tuzinów. I chyba tak to się skończy, bo zapas jego ubrań był coraz szczuplejszy. Czyżby miał wyjątkowego pecha tego lata? Patrząc na to, co się zadziało i miało zadziać, to... tak.
Rodolphus wyminął Thomasa i rudego, który wciąż przepraszał, i bez słowa zniknął za rogiem, nie dbając nawet o to, by przedstawić się któremukolwiek z nich. Nie tylko nie czuł takiej potrzeby, ale również uważał to za stratę czasu. Nie miał zamiaru marnować swojego wolnego czasu na zawieranie nowych, wątpliwej jakości znajomości.