26.09.2024, 21:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.09.2024, 21:55 przez Baldwin Malfoy.)
- Jaka to różnica? - Zapytał, natychmiast poprawiony. Nie przejął się błędem, nie spłonął rumieńcem. Zwłaszcza, że tym razem nie zdążył się powstrzymać, ugryźć w język.- To wciąż opowieść o trzydniowym ghoulu, którego zaczęto czcić jak Boga.
Zamknął się tak szybko jak się odezwał. Niechęć do kogoś kto nie rozpoznał w nim ukochanego dziecięcia Sceny Wschodniej tkwiła jak mała drzazga w czarnym serduszku Baldwina, ale… tak naprawdę nie można było Anthony’ego za to winić kompletnie. Poza małą teatralną sceną, która mu domem, Malfoy zdawał się skutecznie chowany przed światem przez... praktycznie wszystkich. Zwłaszcza rodziców, pragnących unikać skandalu obyczajowego. Tak długo jak jego życie ograniczało się do ciemnych uliczek, gdzie porządni obywatele się nie zapuszczali – miał swoją wolność.
Jakie złe decyzje życiowe doprowadziły chłopaka do Little Hangleton? Gdzie popełnił błąd, skoro bogaty ekscentryk za parę marnych galeonów mógł go kupić jak pannę z Kościanego Zamtuza.
Jeszcze przez moment dostrajał kolory, zgodnie z każdym, najdrobniejszym życzeniem Anthony’ego. Poprawiał zielonkawe odcienie, nasycał błękity.
- I chciałbym... Chciałbym też szary. Chciałbym plamę kermesowego różu o tu.
A jednak… zawahał się przez ułamek sekundy nad spełnieniem tego życzenia. Ostatecznie dołożył go do palety, chłonąc cały ten chłód dogasającego metafizycznego ogniska. Dam panu tyle szarości panie Anthony....
Przypominał mu teraz te starsze bogate cioteczki, które upierały się, że widzą we własnych portretach zmarszczki, choć Baldwin zarzekał się, że odmłodził je o całe sto lat. Musiał mieć ostatnie słowo – ot przywara bogaczy.
- Nie wiem panie Anthony.- Przyznał z zakłamaną skruchą.- Jestem tylko rzemieślnikiem, nie znam się na gwiazdach i niebie.- Gdyby miał na głowie kaszkiet, zapewne zdjąłby go teraz w pokorze. Słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. Żył na poddaszu jednego z najpiękniejszych budynków Alei Horyzontalnej, mogąc z jego dachu oglądać boskie płótno nieboskłonu. A jednak… wciąż od tego uciekał. Do chłodu podziemi, do półmroku Nokturnu. Tam gdzie żadna z fałszywych gwiazd nie śmiała przysłaniać Jej piękna.
Cała ta pokora zdawała się wystarczyć, bo słowna umowa została zawarta. Termin wyznaczony.
Pięć dni.
Pięć dni wystarczyło, aby sakrum przekształciło się w czyste profanum – ale czyż nie takie jest prawo placu budowy? Nawet jeśli Rzymu w nie zbudowano w tydzień roboczy – Baldwin był gotowy ustanowić ten antyczny rekord.
- Gentle mother fond of Mercy…- Krążył wśród pomieszczeń, nucąc starą piosenkę. W malarskim fartuchu z dłońmi wsuniętymi do kieszeni.- save our sons from war we pray.- Jego twarz pokrywały szare smugi, odzienie było wciąż lepkie od medium. W powietrzu unosił się ciężki zapach farb i podkładów, przysłaniający wszystko inne. Pięć dni malowania, kolejne tygodnie wietrzenia.
Sunął pomiędzy puszkami farby, obserwując jak schnie równo nałożona farba. Wszystko było już gotowe – zgodnie z życzeniem Anthony’ego. Nudne, monotonne ściany neoantycznego grobowca.
Ktokolwiek stwierdził, że mugole są nieprzydatni – chyba nigdy nie widział pana Kazimirira czy jak się tam starszawy mieszkaniec Great Hangleton przedstawiał. Było coś w tym wielkim jak szafa trzydrzwiowa imigrancie z szarego, smutnego państewka w Europie Wschodniej coś absolutnie fascynującego. Zanim został wprowadzony w stan słodkiej hipnozy, zdołał młodego Malfoy’a zapoznać z nowym ładnym słówkiem („kurwa” – ponoć znaczyło wiele rzeczy), wypić po kieliszku wódki (kolejne nowe słówko „na strowie”? „Na zdrawie”? Śmieszny był ten ich język) i przyprowadzić swoich trzech synów – ponoć też zaprawionych w fachu („dobre chłopaki tylko leniwe” stwierdził Kazimimirirz i pierdolnął jednego z nich w łeb tak, że aż Baldwinowi zadzwoniło w uszach. Przez moment blondyn poczuł się niemal jak w domu).
Ale nie było mowy, by pozwolił mugolom się krzątać po magicznych włościach bez kompletnej kontroli nad ich słodkimi umysłami. Bez przesady. Może i był głupi, ale poznawać więzienia od środka to jeszcze nie zamierzał. Dlatego profilaktycznie każdy z jego pomocników znalazł się pod działaniem hipnozy i każdego wieczora z czystym, może nieco skołowanym umysłem był odsyłany do domu. Aktualnie na placu boju pozostał tylko sam Kazimieririrz, który kończył malować ostatnią ścianę.
Można było zapytać czym zajmował się w tym czasie kierownik zamieszania, bo… żadna ze zleconych przez Anthony’ego powierzchni nie była szara. A jednak – drzwi do jednego z pokoi były zatrzaśnięte.
- Podoba mi się ten odcień.- Stwierdził przystając przy Kazimirirrierzu, który nie odpowiedział. Chyba nawet nie zauważył obecności młodego czarodzieja. Poza hipnozą był zabawniejszy, to trzeba mu było przyznać.
Zamknął się tak szybko jak się odezwał. Niechęć do kogoś kto nie rozpoznał w nim ukochanego dziecięcia Sceny Wschodniej tkwiła jak mała drzazga w czarnym serduszku Baldwina, ale… tak naprawdę nie można było Anthony’ego za to winić kompletnie. Poza małą teatralną sceną, która mu domem, Malfoy zdawał się skutecznie chowany przed światem przez... praktycznie wszystkich. Zwłaszcza rodziców, pragnących unikać skandalu obyczajowego. Tak długo jak jego życie ograniczało się do ciemnych uliczek, gdzie porządni obywatele się nie zapuszczali – miał swoją wolność.
Jakie złe decyzje życiowe doprowadziły chłopaka do Little Hangleton? Gdzie popełnił błąd, skoro bogaty ekscentryk za parę marnych galeonów mógł go kupić jak pannę z Kościanego Zamtuza.
Jeszcze przez moment dostrajał kolory, zgodnie z każdym, najdrobniejszym życzeniem Anthony’ego. Poprawiał zielonkawe odcienie, nasycał błękity.
- I chciałbym... Chciałbym też szary. Chciałbym plamę kermesowego różu o tu.
A jednak… zawahał się przez ułamek sekundy nad spełnieniem tego życzenia. Ostatecznie dołożył go do palety, chłonąc cały ten chłód dogasającego metafizycznego ogniska. Dam panu tyle szarości panie Anthony....
Przypominał mu teraz te starsze bogate cioteczki, które upierały się, że widzą we własnych portretach zmarszczki, choć Baldwin zarzekał się, że odmłodził je o całe sto lat. Musiał mieć ostatnie słowo – ot przywara bogaczy.
- Nie wiem panie Anthony.- Przyznał z zakłamaną skruchą.- Jestem tylko rzemieślnikiem, nie znam się na gwiazdach i niebie.- Gdyby miał na głowie kaszkiet, zapewne zdjąłby go teraz w pokorze. Słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. Żył na poddaszu jednego z najpiękniejszych budynków Alei Horyzontalnej, mogąc z jego dachu oglądać boskie płótno nieboskłonu. A jednak… wciąż od tego uciekał. Do chłodu podziemi, do półmroku Nokturnu. Tam gdzie żadna z fałszywych gwiazd nie śmiała przysłaniać Jej piękna.
Cała ta pokora zdawała się wystarczyć, bo słowna umowa została zawarta. Termin wyznaczony.
08.06.1972
Pięć dni.
Pięć dni wystarczyło, aby sakrum przekształciło się w czyste profanum – ale czyż nie takie jest prawo placu budowy? Nawet jeśli Rzymu w nie zbudowano w tydzień roboczy – Baldwin był gotowy ustanowić ten antyczny rekord.
- Gentle mother fond of Mercy…- Krążył wśród pomieszczeń, nucąc starą piosenkę. W malarskim fartuchu z dłońmi wsuniętymi do kieszeni.- save our sons from war we pray.- Jego twarz pokrywały szare smugi, odzienie było wciąż lepkie od medium. W powietrzu unosił się ciężki zapach farb i podkładów, przysłaniający wszystko inne. Pięć dni malowania, kolejne tygodnie wietrzenia.
Sunął pomiędzy puszkami farby, obserwując jak schnie równo nałożona farba. Wszystko było już gotowe – zgodnie z życzeniem Anthony’ego. Nudne, monotonne ściany neoantycznego grobowca.
Ktokolwiek stwierdził, że mugole są nieprzydatni – chyba nigdy nie widział pana Kazimirira czy jak się tam starszawy mieszkaniec Great Hangleton przedstawiał. Było coś w tym wielkim jak szafa trzydrzwiowa imigrancie z szarego, smutnego państewka w Europie Wschodniej coś absolutnie fascynującego. Zanim został wprowadzony w stan słodkiej hipnozy, zdołał młodego Malfoy’a zapoznać z nowym ładnym słówkiem („kurwa” – ponoć znaczyło wiele rzeczy), wypić po kieliszku wódki (kolejne nowe słówko „na strowie”? „Na zdrawie”? Śmieszny był ten ich język) i przyprowadzić swoich trzech synów – ponoć też zaprawionych w fachu („dobre chłopaki tylko leniwe” stwierdził Kazimimirirz i pierdolnął jednego z nich w łeb tak, że aż Baldwinowi zadzwoniło w uszach. Przez moment blondyn poczuł się niemal jak w domu).
Ale nie było mowy, by pozwolił mugolom się krzątać po magicznych włościach bez kompletnej kontroli nad ich słodkimi umysłami. Bez przesady. Może i był głupi, ale poznawać więzienia od środka to jeszcze nie zamierzał. Dlatego profilaktycznie każdy z jego pomocników znalazł się pod działaniem hipnozy i każdego wieczora z czystym, może nieco skołowanym umysłem był odsyłany do domu. Aktualnie na placu boju pozostał tylko sam Kazimieririrz, który kończył malować ostatnią ścianę.
Można było zapytać czym zajmował się w tym czasie kierownik zamieszania, bo… żadna ze zleconych przez Anthony’ego powierzchni nie była szara. A jednak – drzwi do jednego z pokoi były zatrzaśnięte.
- Podoba mi się ten odcień.- Stwierdził przystając przy Kazimirirrierzu, który nie odpowiedział. Chyba nawet nie zauważył obecności młodego czarodzieja. Poza hipnozą był zabawniejszy, to trzeba mu było przyznać.