Podał wizytówkę tak, aby nagabywacz nie zetknął się z nim w żaden sposób. Widział to zdezorientowanie, to zbicie z pantałyku. Lubił to, poczucie że jest się pięć kroków do przodu, trzy ruchy dalej na szachownicy. Nie, nie do końca. Podczas gdy tacy jak tamten grali w warcaby, jego rozgrywka znajdowała się na zupełnie innej planszy, z daleka od biało-czarnych pół. To nawet nie była ta sama gra, a nie da się wygrać takiej, której zasad się nawet nie zna.
Na Pokątnej robiło się coraz tłoczonej. Kończący pracę czarodzieje wylewali się, pomimo mocno słonecznej pogody, na ulice Londynu, zbierając sprawunki czy po prostu spędzając czas z rodziną. Większa grupa, złożona prawdopodobnie z dorosłego rodzeństwa, ich małżonków i szóstki dzieci, minęła ich swoją grupą, zagłuszając rozgardiaszem wszystko, niczym wielka kula, tocząca się po bruku i zbierająca po drodze wszystko, co nie stawiało oporu. Kilka słów Rodolphusa umknęło mu z rozmowy, ale kontekst był bardzo oczywisty i jasny.
Nie zwrócił uwagi, może słońce go oślepiało, a może zwyczajnie uznał, że będzie wnikał w psychoanalizę wyrazu twarzy Lestrange'a, bo nic na niego nie powiedział. Przypomniał sobie za to złote lato dwie dekady temu, gdy leżał na kanapie w swoimi studiu badawczym na Horyzontalnej, niedużym wynajmowanym gabinecie z trzema pokojami i aneksem kuchennym i świat był przez chwilę na swoim miejscu, bo w pokoju szemrały dwa spokojne oddechy, a nie jeden.
— Największe przekleństwo. Żyjemy w ciekawych czasach — sparafrazował chińskie powiedzenie, którym poczęstował go Antoniusz po jednej ze swoich wypraw, chociaż sam wieszcz nie pamiętał, z którego azjatyckiego kraju pochodziło.
— Kiedy byłem mniej więcej w twoim wieku, spełniła się przepowiednia o tym, że umrę. W bardzo metaforyczny sposób, podczas gdy ja przejmowałem się dużo bardziej dosłowną interpretacją. Dobrze, że nie podzielasz mojego defetyzmu, Rodolphusie. I na pewno napiszę albo przekażę ci paczkę z samymi dziennikami. Na razie muszę zająć się tym — wskazał ręką na lewitujące u jego boku pakunki, po czym skinął mu głową. — Bądź zdrów.
I każdy z nich poszedł w swoją stronę.