26.09.2024, 23:27 ✶
Uniósł brwi na sugestię, że złodzieje mogli być Irlandczykami. Miał niemal stuprocentową pewność, że nie byli Weasleyami. Natomiast nie brał pod uwagę Irlandczyków, choć nie miał problemu, żeby rozważyć taką możliwość. Tym bardziej, że nie lubił ludzi z Irlandii. Nie ze względu na kolor włosów. Oczywiście. Irlandczycy nie pasowało mi z uwagi na wiele względów. Na przykład byli w większości rudzi. Począwszy od absurdalnego akcentu, który go bawił (swój własny uważał za najnormalniejszy). Poprzez zwyczaje, które pewnie mógłby zrozumieć, ale nie chciał. Skończywszy na tej nieszczęsnej rudości i to nie tylko głów, ale też serc. Irlandczycy byli podstępnymi lisami. Natomiast do Weasleyów nic nie miał. Nawet szacunku.
- Państwo, Obywatelu Greengrass? - Spytał z uniesioną brwią, choć może powinien się powstrzymać. - Jako przedstawiciel wszystkich tych, których tu nie ma i którzy to nie są zaangażowani w sprawę... ...jeszcze... ...mogę Państwu, Funkcjonariuszko Longbottom rzec następująco: wszystko zależy od tego, o którym ściętym drzewie mowa. Co zatem z tego wynika: ta tutaj sekwoja ma drogocenne soki stanowiące przyzwoity choć przekombinowany zamiennik do przykładowo eliksiru wiggenowego. Mamy... ...albo raczej nie mamy... ...również jeszcze bardziej drogocenne drzewa, które oczywiście wskażę. Z jednego z nich można zrobić amulety ochronne. Inny typ jest przydatny w mroczniejszych dziedzinach magii. Ukradziono nam również fragmenty obalonego drzewa, których można używać do okadzania pomieszczeń przed, po lub w trakcie seansów spirytystycznych. Na moje oko, Funkcjonariuszko Longbottom, ktoś miesza w wielu różnych biznesach - zakończył usłużnie.
Brakowałoby tylko, żeby się przed nią skłonił. Wcale nie podchodził zbyt luźno do prawa. Wcale a wcale.
Szczególnie, że przecież już ustalił wszystko, co powinien wiedzieć. To były diabły z kosmosu. Albo raczej: Diabły z Kosmosu. Prawdziwe osobistości. Nie codziennie spotykało się wizytorów z innej galaktyki. Zazwyczaj bywali na chwilę w jednym miejscu. Potem znikali i już tam nie wracali. Wszystkie informacje jakie spłynęły z ust Ambroisa były zbędne względem tego, że on już wiedział z czym mają do czynienia. Znalazł punkt wiążący wszystkie kradzieże. W przeciwieństwie do teorii o złodziejach, którzy kradli co popadnie, żeby sprzedać to w kilku miejscach. On dodał dwa do dwóch i zrozumiał, że chodzi o przemieszczenie gatunków tam, gdzie nie było drzew i tlenu.
Oczywiście. Nadal był wkurwiony. Diabły z Kosmosu były najbardziej parszywym rodzajem przybyszów z kosmosu. Miały wygórowane wymagania, lepkie rączki i małe fiutki. Sprytnie kryły się pod niezbyt udanym przebraniem Weasleyów (bądź innych rudzielców - Irlandczycy mogli być), ale nie wiedziały, że trafiły pod zły adres.
Niestety tylko on był tu widocznie poinformowany. Próbował podzielić się swoimi spostrzeżeniami, ale młoda kobieta zignorowała jego śmiałe założenie. Zaczęła węszyć na miejscu zbrodni. Ku jego zaciekawieniu - dosłownie. Obserwował ją przez cały czas, gdy pozostawała pod postacią zwierzęcia. Stał z rękami w kieszeniach. Nie ruszał się i patrzył na poczynania panny Longbottom. A kiedy wróciła do ludzkiej postaci, wysłuchał ją bez zbędnych wtrąceń, choć na jego twarzy zaczął pojawiać się coraz bardziej rozbawiony i pewny siebie uśmieszek.
- To przenośne wrota kosmicznych piekieł, Panno Longbottom. Słyszała pani kiedyś o czymś takim? - Spytał, ale uprzedził odpowiedź. - Tak jak mówiłem. Diabły z Kosmosu. Małe, wyjątkowo złodziejskie kurwie. Sprowokowane nie są niebezpieczne. To tchórze. Być może damy radę sobie sami i nie będzie potrzeba mieszać w to kogoś jeszcze. Oczywiście, jeżeli nie będzie Panience przeszkadzać, że ja także ruszę na poszukiwania - w gruncie rzeczy to była bajera.
Miał serdecznie gdzieś to, czy chciała z nim iść dalej w las czy nie. On już podjął decyzję. A jeśli chodziło o dodatkowego pracownika Ministerstwa to Ambroise był przekonany, że wolałby dać sobie wyciąć kolejną sekwoję niż dostać jeszcze jednego stróża prawa do towarzystwa.
- Państwo, Obywatelu Greengrass? - Spytał z uniesioną brwią, choć może powinien się powstrzymać. - Jako przedstawiciel wszystkich tych, których tu nie ma i którzy to nie są zaangażowani w sprawę... ...jeszcze... ...mogę Państwu, Funkcjonariuszko Longbottom rzec następująco: wszystko zależy od tego, o którym ściętym drzewie mowa. Co zatem z tego wynika: ta tutaj sekwoja ma drogocenne soki stanowiące przyzwoity choć przekombinowany zamiennik do przykładowo eliksiru wiggenowego. Mamy... ...albo raczej nie mamy... ...również jeszcze bardziej drogocenne drzewa, które oczywiście wskażę. Z jednego z nich można zrobić amulety ochronne. Inny typ jest przydatny w mroczniejszych dziedzinach magii. Ukradziono nam również fragmenty obalonego drzewa, których można używać do okadzania pomieszczeń przed, po lub w trakcie seansów spirytystycznych. Na moje oko, Funkcjonariuszko Longbottom, ktoś miesza w wielu różnych biznesach - zakończył usłużnie.
Brakowałoby tylko, żeby się przed nią skłonił. Wcale nie podchodził zbyt luźno do prawa. Wcale a wcale.
Szczególnie, że przecież już ustalił wszystko, co powinien wiedzieć. To były diabły z kosmosu. Albo raczej: Diabły z Kosmosu. Prawdziwe osobistości. Nie codziennie spotykało się wizytorów z innej galaktyki. Zazwyczaj bywali na chwilę w jednym miejscu. Potem znikali i już tam nie wracali. Wszystkie informacje jakie spłynęły z ust Ambroisa były zbędne względem tego, że on już wiedział z czym mają do czynienia. Znalazł punkt wiążący wszystkie kradzieże. W przeciwieństwie do teorii o złodziejach, którzy kradli co popadnie, żeby sprzedać to w kilku miejscach. On dodał dwa do dwóch i zrozumiał, że chodzi o przemieszczenie gatunków tam, gdzie nie było drzew i tlenu.
Oczywiście. Nadal był wkurwiony. Diabły z Kosmosu były najbardziej parszywym rodzajem przybyszów z kosmosu. Miały wygórowane wymagania, lepkie rączki i małe fiutki. Sprytnie kryły się pod niezbyt udanym przebraniem Weasleyów (bądź innych rudzielców - Irlandczycy mogli być), ale nie wiedziały, że trafiły pod zły adres.
Niestety tylko on był tu widocznie poinformowany. Próbował podzielić się swoimi spostrzeżeniami, ale młoda kobieta zignorowała jego śmiałe założenie. Zaczęła węszyć na miejscu zbrodni. Ku jego zaciekawieniu - dosłownie. Obserwował ją przez cały czas, gdy pozostawała pod postacią zwierzęcia. Stał z rękami w kieszeniach. Nie ruszał się i patrzył na poczynania panny Longbottom. A kiedy wróciła do ludzkiej postaci, wysłuchał ją bez zbędnych wtrąceń, choć na jego twarzy zaczął pojawiać się coraz bardziej rozbawiony i pewny siebie uśmieszek.
- To przenośne wrota kosmicznych piekieł, Panno Longbottom. Słyszała pani kiedyś o czymś takim? - Spytał, ale uprzedził odpowiedź. - Tak jak mówiłem. Diabły z Kosmosu. Małe, wyjątkowo złodziejskie kurwie. Sprowokowane nie są niebezpieczne. To tchórze. Być może damy radę sobie sami i nie będzie potrzeba mieszać w to kogoś jeszcze. Oczywiście, jeżeli nie będzie Panience przeszkadzać, że ja także ruszę na poszukiwania - w gruncie rzeczy to była bajera.
Miał serdecznie gdzieś to, czy chciała z nim iść dalej w las czy nie. On już podjął decyzję. A jeśli chodziło o dodatkowego pracownika Ministerstwa to Ambroise był przekonany, że wolałby dać sobie wyciąć kolejną sekwoję niż dostać jeszcze jednego stróża prawa do towarzystwa.