Nic nie było bezinteresowne. Esmé też niczego nie robił bezinteresownie, nie był w tym przypadku różny od reszty społeczeństwa, której pomoc zawsze kosztowała. I zdecydowanie nie był różny od reszty Nokturnu, który cenił sobie najmniejszą bzdurę. Tak, kaletnik cenił "bzdurę", ale dlatego, że nie była dla niego bzdurą. Aż chciałoby się przewrócić oczami, ale Rowle uważał częściej pieniądze za bzdurę, a "bzdury" za... coś wartościowego. I nie, nie były to marne próby pozostania równie nietypowym i ekscentrycznym co zawsze, a zwyczajny efekt uboczny jego dolegliwości. Marazm potrafił nadawać wartość rzeczom, które dotychczas jej przeczyły, które ją nawet odbierały. Cena, a zatem i zapłata za jego wątpliwą pomoc kryła się w spędzonym czasie, w wypowiedzianych słowach, w odbijających się echem emocjach, we wspomnieniach, w możliwościach, w wydarzeniach które mogły nastąpić wtedy, teraz, ale i w przyszłości. Gdyby nie to, że Geraldine jasno pokazywała, że cała sprawa Doppelgangera mocno się na niej odbija, to Esmé najpewniej nie miałby nic przeciwko, by ten potwór zwyczajnie grasował i mieszał w życiu tak jego, jak i innych. Część klienteli "Skóry i Kości" uważała rzemieślnika za element pasujący do Nokturnu w sposób bardzo naciągany. Tak, może i tu przynależał, ale jednak była to Aleja Horyzontalna i mentalnie stawiali go bliżej tej "jasnej" części. Niezależnie od klienteli, Esmé był tak samo dobrą osobą, jak i złą - w jakże obrzydliwie pospolitym znaczeniu tych dwóch dwóch określeń. Niezbyt obchodziła go reszta, do momentu, aż zaczęła. Nie zawsze była ku temu zasada, a przynajmniej nie taka oczywista. Thoran mógł tworzyć więcej chaosu, psuć życie wielu ludziom, ale i zabawiać tym samym kaletnika i Rowle nie miałby nic przeciwko. Byłby nawet nieco zawiedziony, gdyby jednak potwora spotkał zasłużony los. Sprawa się zmieniała, gdy w grę wchodzili ludzie, na których zaczynało zależeć temu podupadłemu moralnie Czarodziejowi. Niby rzecz prosta, oczywista, ale jednak granica była bardzo niejasna. Na tyle niejasna, by wmieszał się w sprawy boskie, bo jakaś dziewczyna postanowiła sama złożyć siebie w ofierze podczas obrządków, które miał daleko gdzieś. Czy mu na niej zależało? W żadnym wypadku. A jednak jej los nie był mu obojętny.
Gdzie tkwiło rozwiązanie tego szaleństwa? Ponownie - w marazmie. W emocjach, które dało się, ekhem, wygenerować. Tutaj mogłoby pasować porównanie do silnika, jednak Esmé musiałby tworzyć ich wiele, raz za razem, różnego rodzaju, a wszystkie zasilać po prostu bodźcami zewnętrznymi, które pochodziły prawie wyłącznie z ludzi. I to wszystko, by napędzić siebie do dalszego życia. Po co? Na to pytanie odpowiadało wielu filozofów, każdy wierzył że trafił w sedno, ale... gdyby tak było, to ludzie nie zadawaliby sobie tego pytania po dziś dzień.
- Z jednej strony fatalnie jest być uznawanym za normalnego przez mieszkańców Nokturnu, z drugiej strony - równie mocno brzydziłbym się, gdyby nazwałby mnie tak ktoś wszechstronnie uznawany za normalnego. - tonacja i sama maniera wypowiedzianych słów wskazywała, że mówił to bardziej do siebie. Zresztą nie pierwszy raz mówił w ten sposób, nie pierwszy raz przy Geraldine. Nieświadomie była świadkiem czegoś intymnego, bo pałac myśli panicza Rowle był miejscem, z którego rzadko wydobywały się jakiekolwiek dźwięki na zewnątrz. Sanktuarium, do którego wstęp miał prawie wyłącznie on, a reszta mogła otrzymywać jedynie rozcieńczone echo. Wyrzucane myśli były częściej okruchami, odłamkami lub w ogóle zniekształconymi wnioskami, niżeli rzeczywistymi "myślami". Ale zdarzały się momenty takie jak ten - kiedy myślał i dzielił się swoim myśleniem. Mniej lub bardziej świadomie. - Złotym środkiem jest zostanie elementem, który pasuje do żadnego obrazka. - i nawet kontynuował swoją wątpliwie błyskotliwą myśl, by na koniec... uśmiechnąć się do siebie? Niby kąciki ust nawet mu nie drgnęły, ale dało się przysiąc, że na moment wyglądał na zwyczajnie rozbawionego.Niezbyt rozumiał czym sobie zaskarbił zaufanie Geraldine, ale też niezbyt się nad tym zastanawiał. Jeżeli uznawała, że może mu zaufać to... cóż, jej problem. Nie to, że nie mogła, bo jak najbardziej mogła. Musiałby być w naprawdę, naprawdę fatalnym stanie mentalnym, żeby zrobić cokolwiek, co miałoby jej zaszkodzić i tym samym udowodnić, że nie był warty zaufania. Niemniej, nie uważał siebie za kogoś godnego zaufania i wolał nawet figurować jako osoba niepewna, by oszczędzić sobie sytuacji, w której ktoś miałby do niego pretensje. On tylko mówił, licząc na to, że do kogoś przemówią argumenty, a nie sympatia czy zaufanie wobec jego osoby. Tak było najlepiej, tak było... najciężej. I tak miał najwięcej satysfakcji, chociaż nie dało się ukryć, że przekonywanie do siebie ludzi uważał za łechtający ego sukces.
- Wiele, to bym zrobił, gdybym stworzył magiczne... pończochy, po założeniu których, na Ciebie oczywiście, Thoran znikłby, jakby nigdy nie istniał. - mówił tak spokojnie, tak normalnie, jakby rzeczywiście jego słowa były zupełnie normalne. Jakby wcale nie pieprzył coś bez sensu o pończochach, nawiązując do cholera wie czego. - Tak to jedynie pospacerowaliśmy i popytaliśmy o pewnego rozrabiakę. Jak dobra para... znajomych. Nic więcej. - rozumiał, że wypytywanie ludzi z Nokturnu o takie sprawy było jednak jakkolwiek cenne, ale osobiście nie uznawał tego za nic wielkiego. Ostatecznie skończyli z mglistą tezą i jeszcze większą ilością pytań. Druga sprawa polegała na tym, że nie chciał sprawiać nawet pozorów, że ich śledztwo jest czymś ważnym. Osobiście liczył trochę na szum, który wprowadziłby w jego życie nieco barwy, ale ze względu na Ger - wolał nawet nie dawać po sobie poznawać, że sprawa jest tak ważna, jak była. Że chodzi tutaj, w najgorszym wypadku, o życie słynnej łowczyni. W mniej tragicznych wersjach była to reputacja, która po tej parszywej stronie miasta była... nie, nie tak cenna jak po tej właściwej, ale była tutaj tylko narzędziem. Nikt tu nie dbał o własną reputację, ale o reputację innych? Oh, na tym dało się zarobić fortunę.Prychnął cicho pod nosem, wręcz niezauważalnie i niesłyszalnie, ale wyostrzone zmysły zawodowej łowczyni najpewniej potrafiły wyłapać drobniejsze sygnały i odgłosy. Tak, jak na Nokturn to musieli wypaść na uroczą parę. Jak na te standardy musieli być bardzo uroczy, bo wyglądali w miarę normalnie. Nawet jeżeli jedno z nich było kochającą adrenalinę, tańczącą na granicy życia i śmierci prawie-olbrzymką, a drugie to cień człowieka i podupadły czarodziej o nijakim wyrazie twarzy i podobnie nijakich perspektywach na życie. Rzeczywiście, całkiem urocza para. Z jakiegoś powodu, gdy Rowle myślał o nim i Ger w kategorii przyjaźni, to wydawali się być bardzo do siebie podobni, ale gdy zaczynał myśleć o nich w kategorii pary czy małżeństwa, to wydawało mu się to wręcz absurdalne, tak byli różni. I była to zdecydowanie myśl, która będzie mu towarzyszyć kilka następnych dni albo tygodni, aż znajdzie odpowiedź na pytanie - dlaczego? I nie, nie chodziło o to, że widział ją tylko jako przyjaciółkę. Bo wcale tak nie było. Każdego traktował jak... po prostu człowieka. Potencjalnego wroga, potencjalnego kochanka. "Życie" i sytuacje dyktowały kto był kim w danym momencie, a nie jego jakieś zmyślone i nadmuchane przekonania odnośnie czyjejś roli w jego, pożal się boże, egzystencji.
- Też tak myślę. - odparł krótko, wręcz zbywająco, ale w jego głosie wciąż kryło się nikłe rozbawienie. Nikłe i niknące, bo swą uwagą musiał obdarować na moment Beksę, który pchał się wyżej - wzdłuż jego klatki piersiowej w kierunku lewego barku, przysiadając blisko jego karku niczym ciemna broszka. Iskrząca tuż pod jego brodą, zatem z zaskakującą delikatnością przy pewności i szybkości z jaką wykonał ten ruch - złapał Smoczognika i położył nieco bliżej ramienia, czyli nieco dalej od swojej głowy, od swojej brody i od swoich włosów, które nierzadko cierpiały w związku z pieszczotami, jakich wymagał karłowaty smok z przeceny.Esmé zaraz ruszył w głąb pracowni, by na moment zniknąć za drzwiami. Za drzwiami, które zawsze były zamknięte, a za którymi nie widać było nic. Ciemny korytarz, w którym znikł, a który został zasłonięty przez pociągnięte od niechcenia ręką drzwi. Szybko wrócił, przynosząc kryształową karafkę wypełnioną do... mniej niż połowy bursztynową cieczą. W drugiej ręce miał dwie szklanki, małe i pasujące prostą stylistyką do karafki. Na bazie kwadratu, bez żadnych zdobień, wszystko proste i eleganckie, jakby jakikolwiek grawer czy innego rodzaju ozdoba miała zniszczyć piękno szkła. I, dla Esmé, właśnie tak było - ten zestaw nie wymagał ulepszeń z jego strony. I nie był elementem pracowni, bo przyniósł go z własnego "mieszkania". Postawił to wszystko na stoliku, przy którym zasiadł, wskazując dłonią na drugi fotel, żeby Ger się rozgościła.
- Whisky? - zdjął płachtę tajemnicy odnośnie płynu, spoglądając kątem oka na swoją ulubioną łowczynię. Nie czekając na odpowiedź, nalał do jednej szklanki - jeżeli chciała, to była ona dla niej, odsunąłby ją w jej kierunku, a jeżeli nie - cóż, i tak przyniósł alkohol bardziej z myślą o sobie. Wybacz, Ger. - Jestem ciekaw jak działa Doppelganger. - powiedział tonem... zaskakująco żywym. Nawet widać było w jego oczach błysk - nie wiadomo czy to od nowego tematu rozmowy, czy jednak alkoholu, który zaraz został upity. Swoją drogą - nalał pół szklanki. Sporo? Mało? Wedle uznania. Pociągnął porządny łyk, zdradzając tym samym swoje przyzwyczajenie do trunków wysokoprocentowych, bo... nawet się nie skrzywił. Ot, weszło jak woda. Jeżeli Geraldine skusiła się na szklaneczkę, to mogła się przekonać, że trunek był oczywiście z najwyższej półki, sama arystokracja nie powstydziłaby się podać gościom czegoś podobnego. Nie, oczywiście tylko żartuję. Była to najzwyczajniejsza w świecie whisky, ot może powyżej przeciętnej, ale nic szczególnego. Lepsza niż większość, ale wciąż dosyć mierna. - Zmierzam do tego, że interesuje mnie czy materiały z niego mogą być użyteczne. - dodał, rozsiadając się w fotelu, opierając wygodnie o szerokie oparcie, na które zaraz wskoczył Beksa, by przeskoczyć na czubek głowy kaletnika i tam zająć pozycję do obserwacji... czegoś na pewno. Ryzyko podpalenia włosów drastycznie wzrosło, ale Esmé przejmował się tym w sposób wybiórczy i nikły. Niezbyt mu zależało na nienaganności fryzury, którą nosił, bo była ona zazwyczaj naganna. - Co ja mówię... każdy materiał w odpowiednich rękach może stać się użyteczny. - sprostował, krzywiąc się nawet przy tym, jakby z opóźnieniem zadziałał alkohol. Ale to nie alkohol wywołał tę reakcję, a własna głupota, którą wypowiedział wcześniej. - Mam na myśli sposób w jaki dałoby się je wykorzystać. Myślisz, że jego skóra umożliwiałaby pomniejszą transmutację? A może potrafiłaby ją wspomagać? I ciekawe jaki miałoby to wpływ na animagów - w końcu to też przemiana. A może to wszystko tylko iluzja? I co z tymi wspomnieniami? - z kolejnymi słowami wydawał się być bardziej rozmarzony, odchylając głowę do tyłu, aż Beksa zaczął się zsuwać znów w stronę oparcia. Pociągnął kolejny łyk trunku, tym samym opróżniając połowę z początkowej wartości, nie odkładając jednak kwadratowej szklanki na stół. To też mógł, ale nie musiał być znak. Pod nosem zaczął się delikatnie, wręcz niezauważalnie uśmiechać, jego wzrok tracił ostrość, lecz nim stracił ją zupełnie, to gwałtownie nabrał jej ponownie. Rzemieślnik wrócił na ziemię, nim zupełnie umknął w chmury.- Myślałaś w jaki sposób go zabijesz? - zwęził spojrzenie, a jego uśmiech... nie, wcale nie znikł, pozostał na twarzy. Naprawdę był ciekaw odpowiedzi, bo Doppelganger był zupełnie innego rodzaju potworem. Potrafił być nadzwyczaj ludzki, w końcu przecież zastępował ludzi - tak funkcjonował. Ale był wciąż potworem. Był też potworem, który namieszał w życiu Geraldine i jej bliskich, który podszywał się za rodzinę. Jego śmierć wcale nie musiała być tak banalna, jak innych magicznych stworzeń. Należało też wziąć pod uwagę, że mógł zmieniać się i w ostatnich swoich chwilach. - Kolejne pytanie - zawahałabyś się, gdyby zmienił się we mnie? - jego ciemne oczy utkwione były w Ger, gdy oczekiwał na odpowiedzi. Spokojnie kręcił zawartością szklaneczki w kółko, tworząc drobny wir, w który znów wpatrzony był sam Beksa wciąż znajdujący się na czubku głowy rzemieślnika, zasiadając tam spokojnie, trzymając ogon w górze, ale i tak iskry niekiedy spadały na włosy jego "siedziska", całe szczęście gasnąc, nim zdążyły zrobić jakiekolwiek zniszczenia.